Z góry zaznaczam, że wszystko pod tą linią (czyt. cały part) to jedynie wytwór mojej wyobraźni. Jak się zastanowić, to kilka rzeczy się nie zgadza, ale tak musiało być. Mam nadzieję, że wam się spodoba, zapraszam do czytania ;)
(Od razu zaznaczam, że nie wiem kiedy kolejny.)
Fioletowy autokar mknął z zawrotną prędkością po ruchliwej
autostradzie Niemiec. Do celu brakowało już tylko kilkunastu minut – Monachium
dzieliło od nich kilka kilometrów. Autobus wypełniony po brzegi ludźmi teraz
tonął w ciszy, nikt zbytnio nie miał ochoty na rozmowy, szczególnie po tak
długiej podróży.
Przy fotelach dziewcząt stanął dosyć niski chłopak w
skórzanej kurtce, co zupełnie zaburzało wizerunek serialowego Maxiego. – Zbieramy
ekipę. Nie chce nam się czekać na kolację, więc idziemy na miasto, na jakąś
pizzę czy coś.
Candelaria podniosła głowę i spojrzała na niego. Niedawno
się obudziła. – Zameldujemy się i ja idę spać. Możecie mi kupić zapiekankę. Z
serem. No i grzybami. Rugg idzie? – Chłopak pokiwał głową. – To dobrze, on wie
co lubię.
Facundo przeniósł wzrok na skuloną na siedzeniu pod oknem
Hiszpankę. Zmarszczył czoło.
- Co się stało?
Molfese westchnęła cicho. – Nie mam pojęcia. Jest taka od
początku drogi. Próbowałam z nią rozmawiać, ale mnie ignoruje.
Pochylił się nad dziewczyną i dotknął ramienia ciemnowłosej.
– Alba, wszystko w porządku? - Nie odpowiedziała. Poruszyła się tylko trochę i
jeszcze bardziej objęła nogi rękami. – Cande, możesz?
- Tak, tak. – Podniosła się szybko i prawie przewróciłaby
się, kiedy autobus skręcił ostro, ale jej przyjaciel zdążył ją przytrzymać. –
O, nie trzeba. Dzięki. Idę sobie. – Położyła dłoń na jego ramieniu i stanęła na
palcach. – Zrób coś – szepnęła, spoglądając na swoją przyjaciółkę.
Ruszyła na tył pojazdu, już wołając coś w stronę swojego
chłopaka. Gambande usiadł na jej miejscu.
- Alba, co się dzieje? – spytał, ale ona nadal milczała.
Założył jej włosy za ucho. – Mała, słyszysz mnie? Wiesz, że mi możesz wszystko
powiedzieć, tak?
Siedzący za nimi Diego wychylił się zza siedzenia. – Już po
koncercie w Genewie dziwnie się zachowywała.
Facu rzucił spojrzenie na Hiszpana, a później znów zwrócił
je na dziewczynę. – Alba, chodzi o ten błąd? Przecież tego nawet nie było
widać. Poza tym, te pałki są głupie, cały czas wypadają z rąk. Jorge też
upuścił jedną w Paryżu, pamiętasz?
Nie uzyskał odpowiedzi. Westchnął cicho. – Ktoś powiedział
ci coś przykrego? Powiedz kto, a rozwalę mu łeb, przysięgam. Alba, widzę, że
coś jest nie tak.
W tym samym momencie w głośnikach autokaru rozległ się głos
któregoś z członków ekipy oznajmiający, że „za pięć minut będziemy na miejscu,
zbierajcie się. Tylko nie zapomnieć niczego, bo dla żadnego królewicza nie
będziemy zawracać autokaru, mówię do ciebie, Jorge” a w całym pojeździe podniósł
się gwar. Oczywiście nie obyło się bez
odpowiedzi wyżej wymienionego.
- No dobra – Facundo chyba zrezygnował. – Ale gdybyś chciała
porozmawiać, to zawsze możesz do mnie przyjść.
Nie usłyszawszy z jej ust żadnego słowa wstał i ruszył w
stronę swojego siedzenia. Kilka minut później z autobusu wysypała się cała
chmara ekipy koncertowej – począwszy od makijażystów i fryzjerów, przez
reżysera, choreografów i tancerzy a na samej obsadzie skończywszy.
Któryś z aktorów – to był chyba Samuel – zaproponował
niskiej Hiszpance pomoc w ciągnięciu walizki, ale ona tylko spojrzała na niego
jak na idiotę nie racząc go żadną odpowiedzią; nawet tą w stylu „odwal się” czy
„nie jestem dzieckiem”.
- Do ciebie też się nie odzywa? – Rudowłosa znalazła się tuż
obok Brazylijczyka, ciągnąc za sobą swojego chłopaka. Pokręcił głową. – Nie
wiem co się z nią dzieje. Jezu, ale jestem głodna. Kochanie, nie zapomnij o tej
zapiekance. Tylko nie z szynką, wiesz, że ja mięsa nie jem.
I oddalili się – ona w jednej ręce trzymając rączkę walizki,
która pomieścić mogła słonia, z gigantyczną torbą na ramieniu, a on z małą
torbą, która przecież była wystarczająco pojemna i obowiązkowo z gitarą na
ramieniu. Molfese w swoich dziesięciocentymetrowych szpilkach wzrostem
dorównywała Włochowi – pomijając to, że
kilka razy już się na nich potknęła, bo przecież utrzymać równowagę na
szczudłach i jednocześnie ciągnąć za sobą bagaże i swojego chłopaka to wcale
nie taka prosta sprawa.
- No, dość, że się nażarli jak świnie na mieście, to teraz
jeszcze dokładki chcą! – zawołała zirytowana Mercedes. – Ludzie, ileż można?
- Oj, daj spokój. – Jorge chyba nie obchodziły dobre
maniery, bo przecież wśród swoich można mówić z pełnymi ustami, prawda? – Sama
lepiej coś zjedz. O, zobacz, to jest całkiem dobre…
Ale w odpowiedzi otrzymał tylko uderzenie w tył głowy i
wiązankę przekleństw, więc dla swojego własnego dobra postanowił już nic więcej
nie mówić.
Siedząca na końcu długiego stołu Alba dłubała ze znużeniem w
talerzu z jakąś sałatką.
- Alba, uspokój się. – Martina mówiła to niby groźnie, ale
mimo to w jej głosie dało się wyczuć zaniepokojenie. – Jeść nie umiesz?
Dziewczyna odłożyła widelec na bok i oparła głowę na ręce.
Po chwili stanął za nią Gambande. Oparł się o oparcie jej krzesła. – Jak nie
zaczniesz mówić to zawołam ci psychologa, a jak nie będziesz jadła, to podłączą
cię pod kroplówkę, więc zastanów się co robisz.
Nim zdążył oberwać od siedzącej obok serialowej Violetty,
Hiszpanka zdążyła wstać z krzesła i szybko wybiec z jadalni, po drodze
potrącając kelnera.
- Jak ty się do niej odzywasz? – warknęła Stoessel.
- Nie działało jak odzywałem się inaczej – odparł. – Poza
tym, to prawda. Ja tylko stwierdzam fakty.
Candelaria podniosła się ze swojego krzesła. – Debil –
syknęła, przechodząc obok niego i wychodząc z pomieszczenia za swoją
przyjaciółką.
- A, więc to teraz moja wina? – zdenerwowany podniósł głos.
Kelnerki spojrzały na niego zdziwione. I tak nic nie rozumiały. – Chcę pomóc,
jest źle. Ale później będzie, że nic nie robiłem. Nie robiłem? Oczywiście, że
robiłem, ale nikt tego nie zauważył. Bo Gambande zawsze jest taki zły, nie?
Ktoś – chyba Jorge – podniósł się z krzesła. Wyprowadził go
z jadalni, chcąc uniknąć kłótni.
Jak zwykle, wszystko było jego winą.
Obudził się z potwornym bólem głowy, który chyba chciał
rozerwać mu czaszkę. Światło wpadające do pokoju hotelowego przez okno,
poraziło jego oczy. Naciągnął na siebie kołdrę i odwrócił się na bok.
- Wstawaj. – Usłyszał głos swojej dziewczyny. – Za dziesięć
minut śniadanie.
- Która godzina?
- Wpół do dziewiątej. Zaraz wychodzimy.
Usiadł z wielkim trudem i przetarł oczy. – Dlaczego budzisz
mnie tak późno?
Spojrzała tylko na niego z politowaniem, ale nie odpowiedziała.
Rzuciła w jego kierunku koszulkę i spodnie dresowe. Kilka minut później
zamknęli pokój i zeszli do jadalni, gdzie już czekała na nich reszta znajomych
z pracy – co było dziwne, nawiasem mówiąc, bo myślał, że chłopaków trudno
będzie ściągnąć z łóżek po wczorajszej imprezie. Zresztą, teraz też nie
wyglądali zbyt dobrze.
- Nigdy więcej – mruknął siadając obok Samuela. – A
przynajmniej nie przed koncertem.
- Powtórzymy za parę dni, na urlopie – odparł chłopak. –
Będzie można odespać. Jak z Cande?
Oparł głowę na ręce. – Co „Jak z Cande?”?
- Odzywa się do ciebie?
Zmarszczył czoło.
- A dlaczego miałaby nie?
Siedzący naprzeciwko niego Jorge parsknął śmiechem, a zaraz
potem skrzywił się, czując ból głowy. – On nie pamięta.
- Czego nie pamiętam?
- Ja mu tego nie powiem. – Dominguez podniósł ręce w geście
obronnym. – Facu, ty jesteś genialny w przekazywaniu takich wiadomości.
Wyżej wspomniany podniósł głowę ze stołu. Wyglądał na
zmęczonego. – Szczerze, miałem ochotę cię wczoraj zabić.
- Za co? – Jęknął, sięgając po leżącą w koszyku kajzerkę.
- Za to, jak się wczoraj odnosiłeś do Cande. Za to, jak ją
zwyzywałeś, zupełnie bez powodu. Za to.
Pieczywo wypadło mu z ręki. – Co?
- Nieźle po niej wczoraj pojechałeś – przyznał Jorge. –
Chyba nie była zadowolona.
- Nawymyślałeś jej we wszystkich językach świata – wtrącił
Diego. – Wyglądała, jakby się miała rozpłakać. Wrzeszczałeś na nią, a ona tylko
mówiła do ciebie jak do dziecka. Pomogła ci wstać, zaprowadziła cię do pokoju i
do łóżka położyła. Nic się nie skarżyła. Cande to anioł, nie dziewczyna. Tylko
ci takiej zazdrościć.
Otworzył usta, ale dopiero za którymś razem udało mu się coś
powiedzieć.
- To czemu mi po prostu nie przywaliliście i nie kazaliście
mi się zamknąć?
- Ja sam niewiele pamiętam ze wczoraj – odezwał się Samuka.
– Ale z tego co wiem, to dziewczyny próbowały coś zrobić, no ale… no nie udało
im się.
- Wszyscy trochę przesadziliśmy, ale, stary, ciebie nikt nie
przebił.
Uderzył się otwartą dłonią w czoło. – Ale ze mnie debil. Powiedziałem.
Nigdy więcej. – Westchnął. – Chyba na kolanach będę ją przepraszał. Co za cwel.
Siedzące przy stoliku obok dziewczyny zaczęły podnosić się z
krzeseł. Nie przerywając rozmów wyszły z jadalni, zostawiając swoich kolegów
samych. Rudowłosa dogoniła Mercedes i zaciągnęła ją na bok. Po chwili obie
zniknęły za zakrętem.
- Co ja mam zrobić? – Jęknął. – Kwiaty jej kupić? Sukienkę
jakąś? Diego, ty masz przecież dziewczynę. Doradź mi coś.
Chłopak zaśmiał się.
- Wybacz, Stary, ale nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Trzeba
było słuchać, jak kazaliśmy ci przestać.
- Mów mnie, a ja tobie. – Westchnął i podniósł się z
krzesła. Nie miał ochoty na jedzenie. – Idę. Trzymajcie kciuki.
Wstał, nadal się chwiejąc i czując ten uporczywy ból głowy.
Wydawać by się mogło że w tym wieku powinien już wiedzieć ile może wypić. Cóż,
nie wiedział.
Wyszedł z jadalni. Minęło jakieś siedem minut, zanim trafił
do pokoju. Zawsze gubił się w hotelach, teraz jeszcze pomagał mu w tym niezbyt
przyjemny kac. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Na małym przedpokoju było
pusto, w salonie również. Drzwi do łazienki były otwarte. Ruszył w ich
kierunku. Candelaria stała przed dużym lustrem wiszącym nad umywalką. Próbowała
związać swoje długie, rude włosy w kucyka na czubku głowy. Podszedł do niej i
objął ją od tyłu ramionami. Wyswobodziła się z jego uścisku.
- Co chcesz? – spytała chłodno.
Milczał przez moment. – Przepraszam. Za wczoraj.
Zaśmiała się ponuro.
- Nie musisz mnie przepraszać za to, że napiłeś się ze
znajomymi. Mimo tego, że prosiłam cię, żebyś tego nie robił.
- Nie tylko za to – przerwał. – Chłopaki mi powiedzieli. –
Nie odezwała się. Chwyciła do ręki tusz i zbliżyła się do lustra, z zamiarem
umalowania rzęs. – Skarbie, przepraszam. Byłem pijany. Nie pamiętam co mówiłem,
ale wiesz, że tak nie myślę.
- Wiem – zgodziła się z nim, nie przerywając malowania.
- Nie bądź zła – poprosił.
Zignorowała go. Wrzuciła tusz do kosmetyczki, wyminęła go i
wyszła z łazienki. Poszedł za nią.
- Kochanie, proszę cię…
- Nie chcę o tym rozmawiać. – Ściągnęła z siebie spodnie i
koszulkę, po czym odwróciła się tyłem do niego. Rozpięła biustonosz, zdjęła go
a zamiast niego założyła stanik sportowy. Wciągnęła na nogi jaskrawożółte
legginsy sięgające kolan. Zarzuciła na siebie szeroką koszulkę.
- Gdzie idziesz? – spytał, kiedy zakładała białe adidasy na
stopy.
- Z Mechi na siłownię – odparła, biorąc do ręki telefon i
butelkę wody.
- Miałaś dzisiaj nie wychodzić – przypomniał jej,
posępniejąc. Miał nadzieję, że zabierze ją gdzieś i spróbuje przeprosić.
- Tak. Ty wczoraj też. Przyjdę na próbę. – Podszedł do niej,
chwycił ją za rękę, zaczął przepraszać. – Puść mnie, dobra? – Wyrwała się mu. –
Powiedziałam coś.
Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Warknął zdenerwowany i
uderzył nogą o stojącą przy nim szafkę. Był debilem. Powinien błagać ją na
kolanach o przebaczenie, a tymczasem on najzwyczajniej w świecie pozwolił jej
wyjść na siłownię. Był beznadziejny.
Zasłoniła nagie piersi koszulką i jęknęła głośno. Wyszła z
łazienki. Rzuciła okiem na leżącego na jej łóżku Samuela, ale teraz nie miała
czasu zastanawiać się co on tak właściwie robi. Otworzyła drzwi pokoju
hotelowego i wystawiła głowę na korytarz. Wtem – to chyba Bóg zesłał go dla
niej z nieba – zauważyła idącego w jej stronę Jorge.
- Jorge! – krzyknęła. – Chodź tu!
Chłopak spojrzał na nią zdziwiony. Nic dziwnego – kosmyki
mokrych włosów opadały na jej nagie ramiona, na nogach miała szare spodnie od
piżamy, a klatkę piersiową zasłaniała jakąś koszulką.
- Co jest? – spytał, kiedy chwyciła go za rękę i wciągnęła
do pokoju. Spojrzał na jej łóżko. – A on co tutaj robi?
Zamknęła drzwi. – Nie wiem, przyszedł, położył się i chyba
śpi. Pewnie zgubił klucz od pokoju. – Nabrała powietrza w płuca. – Słuchaj
mnie! Jesteś moim wybawieniem. Ostatnią nadzieją.
- Tini, co się dzieje? – Już się niepokoił.
Odwróciła się do niego plecami. – To się dzieje! Widzisz jak
mnie spaliło? Dotknąć się nie mogę. Ale wytłumacz mi, jak? W marcu? W Belgii?
Przecież ja prawie na słońcu nie siedziałam, tylko wtedy, co tak grzało,
usiadłam sobie na balkonie, ale nie myślałam, że mnie cokolwiek złapie.
Zaśmiał się. – No, złapało.
- No złapało! – powtórzyła za nim zirytowana. – Za bardzo,
Jorge. Prośbę mam do ciebie. Weź ten krem, co stoi na szafce i posmaruj mi
plecy, dobra? Wiesz, nogi bym sobie mogła sama posmarować, ale tak bardzo
wygimnastykowana to ja nie jestem.
Usiadła na krześle i odgarnęła włosy do przodu. Blanco
stanął za nią, a po chwili zaczął rozmasowywać krem na jej karku i plecach.
- Nie tak mocno – jęknęła.
- Trzeba było myśleć co się robi – odparł, uśmiechając się.
– Nie wiedziałaś, że słońce o tej porze roku jest najbardziej niebezpieczne?
- Tak? – Zdziwiła się. – Nie… Oj, mniejsza o to. Auć… trochę
delikatniej, Blanco, no.
- Słyszałaś o tej akcji na twitterze? – zmienił temat.
Parsknęła śmiechem. – Jortini? Tak. Oni coraz lepsze mają te
spamy. I coraz bardziej… światowe. O! – Chyba coś sobie przypomniała. – Miałam
spytać. Co u ciebie i Stephie?
- W porządku. – Przerwał na dłuższy moment. – Zaręczyliśmy
się.
Nabrała powietrza w płuca. Odwróciła się gwałtownie w jego
stronę.
- Żartujesz? – Zmarszczył czoło, nie rozumiejąc jej reakcji.
– I dopiero teraz mi o tym mówisz?
Zerwała się na nogi i zarzuciła mu ręce na szyję, skacząc z
radości. Nawet nie zauważyła, że jej koszulka upadła na ziemię, a ona był teraz
zupełnie naga. – Kiedy?
- Ostatnio jak się spotkaliśmy – odparł, przytulając ją do
siebie i uśmiechając się. – Miałem na razie nikomu nie mówić, ale…
- Ale mi możesz! – Dokończyła. – Bo mi możesz wszystko
powiedzieć, wiesz o tym, nie? Nikomu nie powiem, jeśli nie chcesz. Będę cicho,
obiecuję.
Chciał, odpowiedzieć, ale nie zdążył.
- Co wy robicie? – Leżący na łóżku Samuel obudził się. Teraz
wpatrywał się w nich zdziwiony.
Martina parsknęła śmiechem, ale nie odsunęła się od swojego
przyjaciela. – Przytulamy się.
- Nago? To taka nowa moda?
Nastolatka zdrętwiała. Razem z nią Jorge. Spojrzała na dół.
Jej koszulka leżała na podłodze. Jęknęła cicho.
- Dobra. To teraz tak. Ty stój – Spojrzała na Blanco – i się
nie ruszaj. Zamknij oczy. No oczy zamknij! Ty tam z tyłu też. Nic nie
widziałeś? – Potrząsnął głową, hamując śmiech. – I bardzo dobrze. To teraz też
nic nie zobaczysz. Nie patrzcie się! – Ostrożnie schyliła się po bluzkę i
pośpiesznie założyła ją na siebie. – Już.
- Mogę się dowiedzieć, co się tutaj dzieje? – Brazylijczyk
walczył, aby nie wybuchnąć śmiechem.
Stoessel spojrzała na niego wzrokiem, który mógł zabijać. –
A ciebie to kto ciebie tutaj zapraszał? Swojego pokoju nie masz? Złaź z tego
łóżka i spadaj stąd. Popraw pościel, co ty sobie myślisz? I nic nie widziałeś,
jasne? – Ostrzegła go.
- Myślałem tylko, że…
- To źle myślałeś! – przerwała mu. – Zbieraj się i wynocha
stąd! Głuchy jesteś?
- Bez nerwów, mała, przecież…
- Idź stąd!
Próbował coś odpowiedzieć, ale mu na to nie pozwoliła. W
końcu wstał i wyszedł z pokoju, nadal śmiejąc się pod nosem.
- Nikomu ani słowa. – Odwróciła się do Jorge.
- No proste – mruknął, próbując się nie zaśmiać. Zauważyła
to. Już chciała na niego nawrzeszczeć, ale nie pozwolił jej na to. – Wiesz co,
już późno. Idę… gdzieś. Próba chyba jest. No… to cześć.
Wybiegł na korytarz, już w progu buchając śmiechem. Na sam
widok jego zginającego się w pół i odchodzącego tak szybko jak nigdy, ona także
zaśmiała się. Czego za chwilę pożałowała, bo opalenizna na plecach dała o sobie
znać. Śmiejąc się i krzywiąc jednocześnie zamknęła drzwi i opadła na łóżko,
chwilę później zasypiając.
Publiczność szalała. Ich krzyki zagłuszały nawet jej myśli.
A może to i dobrze. Bo ostatnio nie były zbyt dobre.
Kochała to. Uwielbiała stać na scenie, śpiewać i widzieć, że
ludziom się podoba, że doceniają to, co robi. I kiedy widziała ich radość,
czuła się spełniona, wiedziała, że naprawdę coś potrafi.
Ale tym razem tak nie było. Patrzyła na nich wszystkich i
nie czuła nic prócz niechęci. Chciała stamtąd uciec, schować się gdzieś, gdzie
nikt nie mógłby jej znaleźć.
Zapanowała cisza. Podniosła głowę z przerażeniem
uświadamiając sobie, że powinna zaśpiewać swój wers. Dostrzegła wbite w nią
spojrzenia swoich przyjaciół. Widownia milczała. Zabrzmiały głosy kolejnych
osób.
Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
Ktoś popchnął ją, kiedy stała w miejscu jak słup zamiast
rozpoczynać układ. Ruszyła, kilka razy potykając się o własne nogi.
Tak bardzo kochała tą piosenkę. Być lepszym. Zawsze myślała,
że to piosenka o niej. Ale nie wtedy.
W ostatnich nutach Candelaria uśmiechała się do niej,
jednocześnie zastanawiając się, co dzieje się z jej przyjaciółką, Samu okręcił
pod swoją ręką, Jorge przybił z nią piątkę, a Facu objął od tyłu ramionami,
śpiewając jej prosto do ucha. W międzyczasie zdołała wyłapać zaniepokojone
spojrzenie Martiny.
A kiedy piosenka skończyła się – a ona z opóźnieniem
wykonała ostatni krok – coś w niej pękło i w jednym momencie jej oczy napełniły
się łzami, które wkrótce potem spłynęły po jej policzkach. Ktoś chwycił ją za
rękę i pociągnął za kulisy – bo inaczej stałaby tam do samego końca, stopy
chyba wrosły jej w ziemię a ona nie była zdolna do żadnego ruchu.
- Alba, skarbie, co się dzieje? – Gambande odwrócił ją w
swoją stronę, patrząc na nią uważnie.
Patrzyła na niego przez łzy, nie mogąc wydusić z siebie ani
słowa. Wydawało jej się, że głosy jej przyjaciół dochodzą zza jakiegoś muru.
Odsunęła się i na chwiejnych nogach podeszła do ściany. Oparła o nią dłonie i osunęła
się na podłogę. Wybuchła głośnym płaczem.
Nastał gwar, mówili jeden przez drugiego.
- Na scenę! – zawołał reżyser. – Wyłączcie mikrofon Alby. Na
scenę powiedziałem, czego w tym nie rozumiecie? Facu, zostaw ją. Gambande,
oberwiesz zaraz! Wynocha na scenę!
Musieli go posłuchać, bo głosy ucichły, za chwilę na scenie
zabrzmiały dźwięki melodii.
Czuła tylko jak ktoś przytula ją do siebie i gładzi po
włosach. Szlochała głośno, czując się źle jak nigdy wcześniej. Nie wiedziała
dlaczego. Po prostu miała wszystkiego dość.
Muzyka ucichła, za to usłyszała jeszcze głośniejszy wrzask
widowni. Kilka minut później za kulisy wysypali się jej przyjaciele. Ktoś
pytał, co się dzieje. Ktoś wołał jej imię. Ekipa przygotowawcza próbowała
opanować sytuację. Ktoś inny zarzucił Martinie, że nie wypadła zbyt
przekonująco. Chyba nie odpowiedziała, zbyt przerażona sytuacją.
- Spokój! – Wrzasnął ktoś, kogo głosu nie potrafiła
rozpoznać. – Kto idzie na spotkanie? Facundo, odsuń się od niej. Głuchy jesteś?
Martina, Jorge, Mechi, Rugg, Samu, przebierać się. Gambande, ty też.
- Zostaję z nią – zaprotestował chłopak.
- Z nikim nie zostajesz. Do garderoby,
powiedziałem!
W końcu ktoś odciągnął ją od leżącej na podłodze dziewczyny.
- Zostaniemy z nią – zasugerowała Candelaria. Diego pokiwał
głową. – My dzisiaj nie idziemy. Zajmiemy się nią.
Reżyser zgodził się, jednocześnie wyganiając resztę do
makijażystów i powtarzając, że niedługo wróci. Wkrótce potem za kulisami
zrobiło się cicho. Rudowłosa klęknęła przy Hiszpance i odgarnęła jej włosy za
ucho.
- Już dobrze, kochanie – powiedziała. – Już po wszystkim.
Diego usiadł na podłodze i położył głowę dziewczyny na
swoich kolanach. Przytulił ją do siebie. Ciemnowłosa nadal cicho płakała. Cała
się trzęsła.
- Zdejmę ci mikrofon – powiedział Dominguez, odchylając jej
głowę. Odczepił jakieś kabelki i wyjął je z jej ucha.
Cande poprawiła jej biało – złotą sukienkę, która podwinęła
się, odsłaniając jej nogi. Chwyciła ją za rękę. Milczeli przez chwilę. Ekipa
koncertowa opuściła zaplecze. Zostali we trójkę.
Kilka minut później oddech Alby uspokoił się. Chyba zasnęła.
- Bałam się – głos Molfese był cichy. Diego spojrzał na
nią. – Bałam się, że to się kiedyś
stanie. Że któreś z nas nie wytrzyma tego wszystkiego, tego stresu. Ale nie
myślałam, że to mogłaby być ona.
Chłopak skinął głową. – Myślisz, że to przez to?
- A co innego? Gdyby wcześniej coś się działo,
zauważylibyśmy. A to się stało nagle.
Westchnął.
- Masz rację. To całkiem możliwe – przerwał. – Chyba śpi. Zaniesiemy
ją do pokoju. Rano pewnie zawołają jej jakiegoś psychologa.
- Zostanę z nią na noc. – Dziewczyna stanęła na nogi. – Tak
nawet będzie lepiej.
Diego uśmiechnął się pod nosem. – Jak długo będziesz pastwić
się nad tym biedakiem?
- Ile będzie trzeba. – Odwzajemniła uśmiech. – Weź ją już.
Nie ma sensu tutaj siedzieć.
Mężczyzna wstał i ostrożnie podniósł brunetkę. Jej głowa
opadła na jego ramię.
- Będzie dobrze – spojrzał na jej twarz, na której w dalszym
ciągu widać było łzy.
Przecież była dla niego jak siostra. Zresztą… oni wszyscy
byli rodziną.
Szła przez korytarz, który już tonął w mroku oświetlanym
tylko pojedynczymi lampkami wiszącymi pod sufitem. Jej kroki tłumił gruby – i
zapewne kosztowny – dywan leżący na podłodze. Naciągnęła rękawy swetra na dłonie
i ścisnęła w ręce pudełko papierosów.
Jedne z drzwi otworzyły się, a ona zobaczyła głowę Diego
wychylającą się na zewnątrz.
- Idziesz zapalić? – spytał.
- Tak, idziesz ze mną?
- Poczekaj moment.
Zniknął w pokoju, aby za chwilę wrócić. Przekręcił klucz w
zamku. Uśmiechnął się do niej i objął ją ręką w pasie.
- I co się szczerzysz jak głupi do sera? – Spojrzała na
niego.
- Chce mi się palić, a nie mogłem iść, bo nie wiem gdzie to
jest tylne wyjście, a pod głównym stoją setki fanów, więc cieszę się, że w
końcu ty szłaś i mogłem się z tobą zabrać, a to jest wystarczający powód, żeby
szczerzyć się jak głupi do sera, jak to powiedziałaś – odparł.
- A skąd wiesz, że ja wiem gdzie jest wyjście? – prychnęła.
- Bo nie wierzę, że od końca koncertu ani razu nie wychodziłaś.
Dochodzi już pierwsza.
- I co?
Uniósł brwi. Pchnął szklane drzwi. Zeszli po schodach. – A
to, że oboje wiemy jak często musisz zapalić. Ogranicz to, swoją drogą.
- Daj spokój – mruknęła. – Ostatnie drzwi na końcu
korytarza. Powinny być otwarte, recepcjonistka mówiła, że nie zamykają na noc.
Wyszli na zewnątrz, a chłodne, nocne, niemieckie powietrze
owiało ich zmęczone twarze. Nic dziwnego, ten dzień – jak i wszystkie
poprzednie – dały im się we znaki. Trzy miesiące praktycznie codziennych
koncertów potrafiły złamać każdego.
Oparła się o metalowe barierki i wyjęła z paczki jednego
papierosa. Odpaliła go od zapalniczki i zaciągnęła się dymem. Prawie
natychmiast zaniosła się głośnym kaszlem.
- Można pomyśleć, że się dusisz – stwierdził Diego, stając
obok niej i również zapalając papierosa.
- Śmieszne – parsknęła, odgarniając włosy z twarzy.
- Kiedy zaczęłaś palić?
Spojrzała na niego zdziwiona. – Co to za pytanie? – Pociągnęła
nosem. – Miałam szesnaście lat. A ty?
- Też jakoś tak – odparł.
- Dlaczego my o tym rozmawiamy? – Jakby się zaśmiała. – Co u
ciebie i Clary?
- W porządku. – Uśmiechnął się. – Jadę jutro do niej. Do
Włoch. Mamy tam spędzić trochę czasu, a później ona ma przerwę w nagrywaniu i
chcemy gdzieś pojechać. Jeszcze nie wiemy gdzie. A ty co będziesz robić na
urlopie?
Wzruszyła ramionami.
- Chcę odpocząć. Wrócę do Argentyny, do domu. Sama nie wiem.
Spędzę trochę czasu z rodziną, pewnie jeszcze z Tini, bo ona też wraca z
rodzicami. Jak na razie, niczego więcej nie potrzebuję.
Wypuścił dym z ust. –
Może nie powinienem pytać. Ale… dlaczego rozstaliście się z Xabim?
Westchnęła. Zaciągnęła się i znów zaniosła się kaszlem. –Nie
wiem. – Odparła, kiedy już się opanowała. – To chyba przez tą odległość. Rzadko
się widywaliśmy, a przez komputer, to nie to samo co na żywo. Chociaż, nie
wiem. Ty i Clara też się nie widujecie.
Tylko czasami. Ale jesteście razem. Jorge i Stephie też. I Tini z
Peterem. Cande i Ruggero też będą musieli dać jakoś radę. A nam się nie udało.
Spochmurniała. Naprawdę kochała Xabiego i sama nie
wiedziała, dlaczego coś między nimi się popsuło. Przecież nie mogli ciągnąć
wszystkiego na siłę. Brakowało jej go, ale wiedziała, że ich związek nie miał
przyszłości. Musiała się z tym pogodzić.
Objął ją ramieniem.
- Kiedyś znajdziesz kogoś odpowiedniego. Widocznie ty Xabi
nie byliście dla siebie – powiedział.
Pokiwała głowa. – Dziewczyny też tak mówiły. Może za bardzo
różniliśmy się od siebie. Wiesz przecież, jaka jestem. Dla niektórych po prostu
za spokojna. On był bardziej energiczny.
- Tak, wiem. – Ostatni raz wypuścił dym i zgasił papierosa o
barierkę. – Nie martw się. Będzie dobrze. Idziemy już?
Wyrzuciła peta za barierkę.
- Poczekaj. Zapalę jeszcze jednego.
- Nie przesadzaj.
Zignorowała go i wyjęła z paczki kolejnego papierosa.
- Mówię do ciebie – prawie warknął.
- O co ci chodzi? – Spojrzała na niego.
- Słuchaj. Wiem, że ci się chce. Wiem, bo nieraz też tak
miałem. Ale nie możesz tyle palić. Nie jeden za drugim.
- Raz na jakiś czas mogę. – Odgarnęła włosy z twarzy. – Ale
dobra. Masz. Dokończ. I idziemy, bo zimno jest.
Wcisnęła mu do ręki połowę papierosa. Pokręcił ze
zrezygnowaniem głową, ale wziął go od niej. Kilka minut później – już trzęsąc
się z zimna, bo noc nie była ciepła – weszli z powrotem do hotelu, zamykając za
sobą szklane drzwi.
- Nie dzwoń już do Clary, tylko idź spać, daj jej odetchnąć.
– Byli już pod drzwiami jego pokoju. Wyciągnął klucz z kieszeni.
Uśmiechnął się. – Jasne. Ty też prosto do łóżka. Dobrej
nocy.
- Dobranoc. – Pomachała mu, po czym odeszła ciemnym
korytarzem w stronę swojego apartamentu.
- Chyba umarłam – mruknęła siadając przy stole.
- Coś nie tak? – Mechi podała jej koszyk z pieczywem. – Nie
bierz tych bułek, są strasznie słodkie.
- W ogóle nie spałam. Zupełnie. – Wzięła do ręki dwie kromki
chleba. – Nie wiem dlaczego. Alba była spokojna, w ogóle się nie budziła. A
ja leżałam jak głupia i gapiłam się w sufit. – Odłożyła kanapki na bok. – Nie
jestem głodna. Chce mi się spać.
Oparła głowę na rękach.
- Teraz uważaj – syknęła blondynka. – Ruggero tutaj idzie. I
spróbuj nie być dla niego taka ostra, chłopak od wczoraj chodzi taki
przygaszony.
- Bronisz go? – warknęła podnosząc głowę.
Dziewczyna jednak nie zdążyła odpowiedzieć, bo za krzesłem
Candelarii stanął przed momentem wspomniany chłopak.
- Skarbie, wszystko w porządku? – spytał zatroskany, widząc
w jakim jest stanie.
- Nie mów do mnie skarbie, to po pierwsze – odparowała. – A
po drugie, powiedziałam ci, że nie chcę z tobą rozmawiać. Zostaw mnie.
- Ale, kochanie…
- Zostaw mnie, powiedziałam! – podniosła głos.
Zrezygnowany chłopak westchnął cicho i odszedł wolnym
krokiem w stronę swojego miejsca. Mercedes spojrzała na dziewczynę z
nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Jesteś niesprawiedliwa – powiedziała. – Wiem, że nie
powinien był tak cię potraktować. Ale on nie zrobił tego specjalnie. I już tyle razy cię przepraszał.
- Powinnaś mu już wybaczyć – dodała Martina. – On by ci
nieba uchylił, Cande, proszę cię.
Zdenerwowana rudowłosa podniosła się z krzesła.
- Nie chcę waszych rad. I nie wtrącajcie się. Sama sobie
poradzę. Idę do Alby.
Opuściła jadalnię, czując na sobie spojrzenia swoich
przyjaciół.
Usiadł na fotelu obok niej.
- O czym myślisz? – spytał, dotykając jej włosów.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. – O niczym. Co chcesz?
- Przyszedłem sprawdzić jak się czujesz. Za niedługo
będziemy lądować. – Rozmawiał z nią chyba pierwszy raz od wczorajszego
wieczoru. Przerwał na moment. – Nieźle mnie wczoraj przestraszyłaś. Zresztą,
nie tylko mnie.
Zagryzła wargę, zapewniając go, że zdaje sobie z tego
sprawę. Przejechał palcem po jej policzku.
- Jeszcze tylko dwa koncerty w Polsce – powiedział. – Jutro
wracamy do domu. Przyda ci się odpoczynek. Wracasz do Argentyny?
Pokręciła głową. – Jadę do Hiszpanii. Prosto z…
- Z Warszawy – podpowiedział jej.
- Tak, właśnie. Pomożesz mi zarezerwować bilet?
Westchnął cicho i uśmiechnął się z politowaniem. – Chcesz
jutro lecieć, a jeszcze nie masz biletu?
- Miałam lecieć do Argentyny, i dopiero stamtąd do
Hiszpanii, ale to byłoby bez sensu. Z Polski jest bliżej – wytłumaczyła.
- A wiesz ile wyniesie cię teraz bilet?
Uśmiechnęła się. – Mówisz, jakbym miała jakiś problem z
pieniędzmi, Facu. Nieważne ile będę musiała zapłacić. Chcę wrócić do domu. To
pomożesz mi?
- No jasne. – Dotknął jej policzka. Przerwał na moment. – Z
kim jesteś w pokoju w Łodzi?
- Nie wiem – odparła, patrząc na niego podejrzliwie. –
Pewnie sama. A co?
Wzruszył ramionami. – Nic. Pomyślałem tylko, że nie powinnaś
teraz zostawać sama. Może Tini, albo Mechi, albo jakaś inna dziewczyna mogłaby
wziąć z tobą mieszkanie. Tak byłoby lepiej.
- A to musi być dziewczyna?
Spojrzał na nią zaskoczony.
- No, nie musi… przecież możesz spytać Diego, albo Jorge,
niby mają dziewczyny, ale przecież to tylko…
- A ty masz dziewczynę? – przerwała mu.
Zmrużył oczy.
- Alba, o co ci chodzi?
Uderzyła go w ramię i zaśmiała się. – Jesteś głupi. Nie
udawaj, przecież dobrze wiesz.
On również się zaśmiał.
- Hm, w sumie, miałem już kilka propozycji, ale… no, twoja
jest ciekawa, nie powiem…
- Oj, przestań. Weźmiesz pokój ze mną, czy mam szukać kogoś
innego?
Uśmiechnął się tak, jak uwielbiała.
- Pewnie – odparł. Nachylił się nad nią i pocałował ją
krótko w usta, ale tak, żeby nikt nie zauważył. – A… - Nie dokończył, bo coś
ciężkiego uderzyło go w tył głowy. – Ej, no co jest? – Odwrócił się,
rozmasowując obolałe miejsce.
- Kiedy wy się w końcu przyznacie, co?! – Zawołała siedząca
trzy siedzenia za nimi Mechi.
Alba rozprostowała nogi i spojrzała na blondynkę. – Do
czego?
- Przyjaciele nie całują się w usta – dodał szczerzący się
jak głupi do sera Diego.
- No, ale na przykład Tini i Jorge… - zaczął Samuel.
- Zamknij się, bo cię skrzywdzę! – W pół słowa przerwała mu
siedząca zaraz przed Albą serialowa Violetta. – Twój limit słów już się
wyczerpał, więc siedź cicho, dobrze ci radzę.
- A ja razem z nią, stary – mruknął zirytowany Blanco.
Siedzący obok Jorge Ruggero zerwał się na równe nogi, przy
okazji uderzając głową w niski sufit. Nachylił się do przodu.
- Gdzie Cande? – spytał, wychodząc na wąskie przejście i
potykając się o buty Martiny leżące na samym środku. Nie pytał, skąd się tam
wzięły. Zdążył nauczyć się, że rzeczy dziewczyn mają prawo być wszędzie, a on ma
zakaz dotykania ich. I nie tylko on. – Alba, nie siedziała z tobą?
- Poszła do łazienki.
Zmarszczył czoło – możliwe, że nie zrozumiał, czasami miał z
tym problem – ale za chwilę na jego twarzy pojawił się wyraz olśnienia.
- A gdzie jest łazienka?
Chyba nie oczekiwał odpowiedzi, bo pół sekundy później już
stał przed jej drzwiami, ignorując ostrzeżenia swoich koleżanek. Bez pukania
nacisnął dziwaczną klamkę i wszedł do środka. Stojąca przed lustrem Candelaria,
odwróciła się gwałtownie w jego stronę.
- Co. Ty. Tu. Robisz? – Wywarczała patrząc na niego
morderczym wzrokiem.
- Chcę z tobą porozmawiać.
- I uda ci się to szczególnie po tym, jak wparowałeś mi bez
pukania do łazienki. Gratuluję pomysłu.
- Jak chciałem to zrobić w jakimś normalnym miejscu, to mnie
zbywałaś.
- Ciekawe dlaczego.
Przez chwilę nie mówił nic. – Porozmawiasz ze mną?
- A wyglądam jakbym miała taki zamiar? – Zmrużyła oczy i
prychnęła głośno. Zrobiła krok w jego stronę. – Posłuchaj mnie. Jesteśmy już
dorośli, więc nie będziemy zachowywać się jak dzieci, kłócić się, wrzeszczeć na
siebie i wyzywać się, bo gdzieś są granice. Ale nawet dorosłym ma prawo być
przykro. Ja jestem dorosła i mam prawo się do ciebie nie odzywać po tym, co
zrobiłeś. Nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia. Wiem, że nie zrobiłeś tego
specjalnie, ale dla mnie to nie ma znaczenia. I skończmy tą rozmowę, bo ona do
niczego nas nie zaprowadzi.
Wyminęła go i chciała wyjść, ale chwycił ją za ramię i oparł
o ścianę.
- Obiecałem sobie, że w końcu z tobą porozmawiam. I zrobię
to. Nieważne czy tego chcesz, czy nie – powiedział.
Zacisnęła zęby. – Puść mnie, bo będę krzyczeć.
Zatkał jej usta ręką.
- Nie będziesz krzyczeć. Wysłuchasz mnie. – Próbowała się
wyrwać, ale jej to uniemożliwił, więc uspokoiła się. Zdjął rękę z jej twarzy. –
Bądź cicho i daj mi coś powiedzieć. – Na jej twarzy widział chęć zamordowania
go, ale zignorował ją. – Wiem. Wiem, że zachowałem się jak debil. Wiem, że
przesadziłem. Wiem, że jestem skończonym idiotą, cymbałem, deklem, pacanem. Ja
to wszystko wiem, Cande, zdaję sobie z tego sprawę. Ale wiesz co? Znam siebie.
I ty też mnie znasz, może nawet lepiej niż ja. I oboje dobrze wiemy, że gdyby
nie ten alkohol, z którym przesadziłem, to nic takiego by się nie stało. Ja
nawet nie pamiętam co dokładnie wtedy mówiłem. Ba, ja nic nie pamiętam.
Przecież sama powiedziałaś, że jesteś dorosła, wiesz, jak to jest za dużo
wypić. Jeszcze sytuacja byłaby inna, gdyby to zdarzało się często. Ale to
zdarzyło się raz. Jeden cholerny raz, którego żałuję jak niczego innego. Może
to i lepiej, że tego nie pamiętam, bo wtedy miałbym ochotę sobie coś zrobić.
Zresztą, teraz też mam, ale to szczegół. Cande. Wiesz jak bardzo cię kocham.
Wiesz, że jesteś dla mnie wszystkim. – Wyraz jej twarzy powoli się zmieniał. –
Wszystko bym dla ciebie zrobił. Chcę tylko twojego szczęścia. Nie mogę znieść
myśli, że przeze mnie cierpisz. A myślę tak cały czas, bo nie chcesz mi
wybaczyć, mimo, że robiłem wszystko. Nie wiem, co mogę więcej. Powiedz mi, a
zrobię to. Jak mam cię przeprosić? Daj mi jakąś odpowiedź, proszę, kochanie.
Milczała przez chwilę.
- Nikt nigdy mnie tak nie upokorzył – wyznała cichym głosem.
Miał ochotę przywalić sobie z całej siły.
- Przepraszam, skarbie – powiedział. – Przepraszam. Kocham
cię najbardziej na świecie. Obiecuję, że to się nigdy więcej nie powtórzy.
Nigdy.
Westchnęła i pokiwała głową.
-Wybaczysz mi?
Spojrzała na niego. – Dobrze – odparła. – Ale nie rób tak
więcej.
Uśmiechnął się, a w środku skakał jak głupi ze szczęścia.
- Przysięgam. Przysięgam, kochanie. A jak nie dotrzymam
słowa, to możesz zrobić co chcesz. Wszystko. No, prawie. Tylko mnie nie
zostawiaj. Bo tego nie przeżyję, naprawdę.
Odwzajemniła uśmiech. – Niech ci będzie. – Wspięła się na
palce, zarzuciła ręce na jego szyję i przytuliła się do niego. – Ale i tak
jesteś idiotą.
- Twoim idiotą – mruknął w jej włosy. – Czym ja sobie na
ciebie zasłużyłem?
Wzruszyła ramionami. – Nie mam pojęcia. – Odsunęła się od
niego. – Chodź już. Będą się zastanawiać dlaczego nas tak długo nie ma. No i za
chwilę lądujemy.
Spletli palce swoich dłoni ze sobą, i – już razem – wyszli z
łazienki, jak szczęśliwa para, która kocha się nad życie i pomimo kłótni
potrafi się odnaleźć w świecie pełnym przeszkód i życiu pełnym
przeciwności.
Przy stole siedziała cała ich dziewiątka. Było głośno, gwarno.
Marcowe powietrze dawało się we znaki, szczególnie tutaj, w Polsce, ale im
wcale nie przeszkadzał ten chłód ziejący ze wszystkich stron. Wystarczyło tylko
się ciepło ubrać. I oczywiście rozgrzać jakimiś procentami.
Martina, która dopiero niedawno weszła w dorosłość – co nie
znaczy, że wcześniej była święta, co to to nie – korzystała z nieobecności
swoich rodziców i pozwalała sobie na zbyt dużo, co próbował opanować Jorge,
także lekko już wstawiony, jednak jeszcze orientujący się w świecie go
otaczającym. A obiecał Stephie, że tego wieczoru nie tknie alkoholu.
Zrezygnowana Alba patrzyła ze znużeniem jak Facundo wchłania
kolejną butelkę piwa. Ale chłopak miał silną głowę. Jeszcze dawał radę. Ona
tego wieczora postanowiła sobie odpuścić. Przecież nikt nie chce, by sytuacja
sprzed kilku dni – z Ruggero w roli głównej – się powtórzyła.
Samuel powoli odlatywał. Tańczył z boku z puszką piwa w ręce
i podśpiewywał pod nosem portugalską wersję En mi Mundo. Nawet w takim stanie
nieźle brzmiał.
W powietrzu unosił się dym z papierosa Mercedes, która kulturalnie
popijała alkohol z wysokiego kufla i przyglądała się z rozbawieniem swoim
przyjaciołom. Dostrzegła Diego rozmawiającego przez telefon na schodach. Biedna
Clara, znów nie zazna nocy.
Siedzący na krześle Ruggero – zupełnie trzeźwy, przecież
przyrzekł, że nie będzie pił – chwycił za rękę stojącą obok niego Candelarię i
pociągnął ją tak, że ta z piskiem upadła na jego kolana, wypuszczając przy
okazji z rąk szklaną butelkę, która spadła na ziemię i roztrzaskała się w
drobny mak. Odwrócił jej głowę w swoją stronę i pocałował ją w usta.
- Niech pani nie przesadza, panno Molfese – zamruczał do jej
ucha.
- Dzisiaj moja kolej, panie Pasquarelli – odparła, choć tak
naprawdę nie miała zamiaru się upić, znała granice.
Uniósł brwi, chwycił jej podbródek i znów zbliżył swoje usta
do jej.
- Dopilnuję, żebyś nie wypiła za dużo – powiedział, dotykając
palcem jej policzka. – I mam nadzieję, że później się jakoś odwdzięczysz.
Zmrużyła oczy. – Jesteś obrzydliwy. Przy stole nie mówi się
o takich rzeczach.
- Hm przecież nikt nas nie słucha. – Pocałował ją w szyję
Westchnęła cicho. –
Później. Czekaj, chcę wstać. – Podniosła się i stanęła na nogi. Wzięła do ręki
butelkę, cudzą, oczywiście, bo jej leżała potłuczona na podłodze. – Chcę coś
powiedzieć. Ej, bądźcie cicho. – Zero reakcji. – Ludzie, cisza! – Wrzasnęła.
Gwar ucichł, a spojrzenia wszystkich skierowały się na nią.
- Korzystając z okazji, że jeszcze wszyscy kontaktują… Samu,
zostaw to drzewo w spokoju. Chciałam wznieść toast. – Większość osób wstała,
biorąc do rąk kufle i butelki. – Za wspaniały koniec pierwszej części trasy i
za nasz nadchodzący urlop. Za krótki, tak, ale ważne, że jest.
- I za Ruggero – wtrącił Jorge, szczerząc się do chłopaka. –
Za nowy rozdział w jego życiu. Życzymy ci powodzenia, przyjacielu. Zawsze
możesz na nas liczyć. – Podniósł szklankę. – Zdrowie.
Wypili wszyscy razem. Jak rodzina. Jakby byli ze sobą od
zawsze.
Mieli wielkie szczęście, że spotkało ich coś takiego. Że
mogą robić to co kochają i swoje emocje przekazywać innych ludziom,
jednocześnie i ich uszczęśliwiając. Byli jednostkami, dziewięcioma osobami z całego
świata, które tego doznały. Żadne z nich nie wyobrażało sobie dnia, w którym
będą musieli się rozstać, by każde mogło pójść swoją drogą. Cztery lata
spędzone razem na zawsze zmieniły ich życie. Byli wyjątkowi. Jedyni i
niezastąpieni.
Byli sobą. I sobą zostaną.
Mimo, że już niedługo wszystko się zmieni.
Mimo, że już niedługo wszystko się zmieni.

♥
OdpowiedzUsuń<333
Usuń<3
OdpowiedzUsuńWracam po przeczytaniu ♡♥
OdpowiedzUsuńJejku jakie cudeńko ♡
UsuńMoje kochane Candeggero ♡♥ Ten fragment z Jorge, Tini i Samu był... ciekawy xD Ale i tak Candeggero ponad wszystko ♡♥ Aha i nie, że jestem jakaś czepialska, ale w jednym momencie napisałaś Natalia zamiast Alba :) Piękny OS.
Dziękuję <3
UsuńA możesz powiedzieć w którym momencie? Bo przeczytałam całe i znaleźć nie umiem xd
Widzę że już poprawiłaś więc już nie ma potrzeby ^^
UsuńTak, wyszukałam w Wordzie, bo nie dałoby rady znaleźć xd
UsuńJejuńciu *.* Ten OS jest taki piękny♥
OdpowiedzUsuńHahahahahh... Rozwalili mnie Samu, Tini i Jorge! Hahahahh...
Candeggero♥
Falba♥
Czekam z niecierpliwością na następny Shot!
Buziaki♥
Dziękuję *.*
UsuńCześć, Kochana.
OdpowiedzUsuńPrzeczuwam, że dziś nastąpi mój debiut w roli komentatorki na Twoim wspaniałym blogu. Do obserwowanych dodałam już go dawno temu. Czuję się troszkę głupio, że pojawiam się dopiero teraz, by pozostawić po sobie jakikolwiek ślad. Doskonale wiem, że komentarze dają ogromnie dużo motywacji, jak i szczęścia. Mam nadzieję, że nie jesteś ani nie będziesz na mnie zła, że pojawiłam się tutaj dopiero teraz. Rozumiesz, po prostu nie chciałam Cię jeszcze załamywać jakością mojej jakiejkolwiek wypowiedzi, aczkolwiek ten dzień, kiedy się tutaj pojawię musiał nastąpić i dzieje się to właśnie teraz. Muszę Cię jeszcze uprzedzić, że komentarze w moim wykonaniu są prawdziwą tragedią. Z góry przepraszam Twoje oczka, Skarbie.
Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, jednak wygląd Twojego bloga jest prześliczny. Uwielbiam szablony stworzone głównie z szarości, z takich delikatnych odcieni. W nagłówku, który znajduje się po prawej stronie została umieszczona fotografia kochanej i uroczej rudowłosej. Okropnie ją uwielbiam, więc to kolejny powód, by ubóstwiać Twojego bloga jeszcze bardziej.
Piszesz cudownie, naprawdę. Potrafisz bardzo zgrabnie wprowadzić nas w wykreowany przez Ciebie świat. Czyta się wszystko niesamowicie lekko. Twój talent powalił mnie na kolana, naprawdę. Gdybym tylko potrafiła, napisałabym Ci tutaj komentarz wysokości Mount Everest, a nawet i dłuższy, bo naprawdę zasługujesz na właśnie takie, jednak niestety nie potrafię. Chlip.
Już od dawna poszukiwałam na bloggerze pracy, która będzie przedstawiała to wszystko, co zawarłaś u góry. To niesamowite, że wreszcie znalazłam coś takiego. Bardzo Ci dziękuję.
Niemcy, Niemcy, Niemcy... Ugh, szczerze mówiąc nie przepadam za trym krajem, choć jest podobno całkiem fajny. Może to wszystko przez ten język niemiecki, którego uczę się w szkole. Zdecydowanie nie przepadam za tym przedmiotem. Oo Monachium, to tam gra Robcio Lewandowski. Sympatia do sportu jednak się na coś przydaję.
Było mi tak strasznie szkoda Alby. Moje słoneczko tak cierpiało. Każdy ma chwile zwątpienia, wzloty i upadki. Ale po burzy, zawsze wychodzi słońce. Mój kochany kręciołek nie może się poddać. Jest naprawdę wspaniałą dziewczyną, więcej wiary w siebie, kwiatuszku, no. Ja wiedziałam. Wiedziałam, że ona z Facu coś kręci. No wiedziałam! Po prostu tak o nich czytałam i jeszcze bardziej ich pokochałam. ♥
Doszczętnie rozbroiła mnie scena z Jorge, Martiną i Samu. Nie wierzę, że mój murzyn był tak nieroztargniony, że zgubił klucze do swojego pokoju i poszedł akurat położyć się do Stoessel. Nasz meksykanin z krwi i kości - Jorge, jak zwykle pojawia się we właściwym momencie. Martina tak się ucieszyła, aż jej niefortunnie bluzeczka spadała. Było widać wszystko, dosłownie. A Samuś wyszedł na totalnego głupka, wyciągając z tego zupełnie niewłaściwe wnioski. I tak jest kochany, hyhy. ♥
No wreszcie Jorge się oświadczył. Tak swoją drogą to Stephie musi mieć anielską cierpliwość do tego faceta. Z tym pierścionek to czekała dosyć dłuuuugo. Jak dla mnie, to mogą się hajtnąć już dzisiaj wieczorem. Chętnie pomogę, heheh.
Ruggelaria, najlepsi moi. Jeju, uwielbiam o nich czytać, naprawdę. Wspaniali są. ♥
Olu, dzięki Ci, że mogłam przeczytać coś tak wspaniałego.
Pisz, pisz jak najwięcej i zachwycaj nas swoimi dziełami.
Uwielbiam cię. ♥
Jeju, jaki długi. Uwielbiam takie! Bardzo, bardzo, bardzo ci dziękuję <3
UsuńKochana, nie wiem jak to robisz, ale każda twoja praca mnie zachwyca.
OdpowiedzUsuńRób dalej to, co robisz.
Śpij dobrze słońce.
~Anonim Juleśka ❤
Dziękuję <3
UsuńTo jest po prostu genialne.
OdpowiedzUsuńWeszłam, bo czytam twojego aska i zaprosiłas tu, na bloga, i tak z nudów i ciekawości przeczytałam... I zakochałam się.
Biedna Alba :( Ta trasa rzeczywiście jest wykańczająca, wiec właściwie nie ma się co dziwić.
Ruggelaria, słodziaki. Ale Rugg jest głupi! Ja wiem że alkohol i w ogóle ale mógł tyle nie pić ;// Ale jest happy endzik :)
Mechi i Diego, tacy dobrzy przyjaciele. Szkoda, że tak się psują przez palenie :(
Jortiniii! Swietnie ,,uchwyciłaś" ich przyjaźń. Szkoda, że Jorge się zaręczył ze Stephie, ale z drugiej strony reakcja Tini była słodka. I ta cała sytuacja, jeszcze Samu XD Kocham gościa!
Słowem - GENIALNE.
Zostanę na dłużej ;***
http://leonetta-para-siempre.blogspot.com/
Bardzo dziękuję ;))
OdpowiedzUsuńJA TO MYŚLAŁAM, ŻE ALBA JEST W CIĄŻY. Może być w ciąży, ja nie mam nic przeciwko, serio.
OdpowiedzUsuńRzadko tu bywam, a czytam wszystko. Może to się ze sobą sprzecza, ale co tam. Jestem zbyt leniwa, wybacz. Wyspowiadam się z tego wkrótce.
Palenie jest be, Diego i Mechcia powinni się wstydzić. Napisy na opakowaniach to się czyta.
Tajniacki związek Falby, ajidlflslaldlgm. Oni są razem, powiadam wam. Mam nadzieję, że Alba nie postanowi zrezygnować z trasy. CHYBA, ŻE TO CIĄŻA. Wybacz, mam teraz wizję. Facu napisał kiedyś swojemu tacie, że chciałby też być takim dobrym ojcem. A jego imię znaczy płodny. HEHE. HEHE. He...
Rozumiem Albę. Zachowuję się tak samo po wyjściu z każdej lekcji fizyki.
Sztefa i Horhan. ♥ 3/4 świata szipuje Hortini, czuję się oridżinal.
RUGGELAAAARIAAAAA. ♥ Cande też może być w ciąży. Zapomnij, nic nie mówiłam. Mam marzenia tak.
Uwielbiam ich razem. ♥ Nawet z pijanym Ruggero. On nawet najebany w trzy dupy jest cudowny. ♥ Bierem.
HABLA SI PUEDEES
MUUURZYYN ZA DRZEWEM
Samu był gwiazdą. Niezaprzeczalnie. Biję pokłony.
No i Horheeee. ♥ O luju, jego to kocham.
Korzystając z okazji, chciałabym zapalić znicz dla Ś.P. Mechiani [*]
Uwielbiam os' y o obsadzie. Teraz przeważnie żyję ich życiem. Nie mogę doczekać się koncertu, chyba zejdę na zawał, jak zobaczę Falbę. Idę pisać testament. Możesz wziąć moje dwa złote.
Wybacz, że tak rzadko tu bywam. Postaram się to zmienić, słowo honoru. Fajnie piszesz i widać, że naprawdę Ci na tym zależy. W Twoim stylu zaszły duże zmiany i bardzo to widać. Ja tam jestem zachwycona. ♥ Napiszmy razem bestseller o ciąży. Nie, nic.
Powinnam w końcu napisać dla Ciebie os o Marcesce. Wciąż nie mam pomysłu. XD Myślę jak stereotypowa blondynka. W sumie teraz nią jestem, to farbowanie źle na mnie wpłynęło.
Czekam na następną część (i ciążę Alby LALALALALAL NIC NIE SŁYSZĘ), kocham bardzo. ♥
Alba w ciąży, Cande w ciąży - mi tam pasuje. Widzę już ich dzieci, boże <3
UsuńBestseller o ich ciążach nie byłby zły, serio, obie przerywają trasę XDDDD
Dziękuję za komentarz, boziu <3 Uśmiałam się. Serio. ;*
Przeczytalam... I niestety chce mi sie plakac bo ten OS sie juz skonczyl ;-; jest tak cholernie genialny! Prosty.... Ale jaki dobry?❤❤❤ Ten wątek Falby ❤❤❤❤
OdpowiedzUsuńBoze nawet sobie nie wyobrazasz jak podziwiam Twoj talent ;-;
Czekam na kolejna boska prace!
Buziaki- Maja❤