czwartek, 13 listopada 2014

ONE PART LEONETTA - W sidłach anoreksji cz 2


- Doskonale wiesz, jak się sprawy mają! - Podniosła głos i zrobiła krok w jego stronę. - Nie wiesz przez co ja przechodzę, więc zachowaj swoje durne rady dla siebie i nie zmuszaj mnie do czegoś, na co nie mam ochoty!
Podszedł do niej, chwycił ją za sterczące ramiona i potrząsnął mocno. - Dziewczyno, weź się w końcu w garść! Nic nie jesz, tak nie można funkcjonować! Niedługo doprowadzisz się do takiego stanu, że będziesz przykuta do łóżka, bo nie będziesz w stanie samodzielnie się poruszać, rozumiesz to?
Wyszarpnęła się z jego uścisku i spojrzała na niego z wrogością.
- W ogóle mnie to nie obchodzi - warknęła. - Będę robiła to, co uważam za słuszne, a ty co najwyżej możesz układać sobie w głowie jakieś beznadziejne scenariusze mojego, podkreślam, mojego życia, które chciałbyś, ale niestety nie możesz urzeczywistnić.
- Więc mówisz, że nie obchodzi cię moje zdanie?
Klasnęła w dłonie. - Właśnie tak, Leon! - Uśmiechnęła się ironicznie. - Nie interesuje mnie co masz do powiedzenia, bo nie masz prawa wtrącać się w moje życie.
Założył ręce na piersi. Nie spodziewał się tego po niej. Myślał, że ich przyjaźń do czegoś zobowiązuje. Cóż, widocznie się pomylił.
- Jakoś parę dni temu, kiedy siedziałem przy tobie całą noc, bo nie mogłaś zasnąć, ci to nie przeszkadzało. Widzę, że sama nie wiesz co mówisz.
- Ależ ja wiem doskonale co mówię! I wiesz co jeszcze ci powiem? - Zbliżyła się do niego, stała centralnie przed nim. Stanęła na palcach, aby ich twarze znajdowały się mniej więcej na tej samej wysokości. - Nie potrzebuję cię. Wcale cię nie potrzebuję, mam gdzieś, co ty uważasz. Świetnie poradzę sobie sama, nie jesteś mi do niczego potrzebny.
Spojrzał na nią spod byka. Nie wierzył, że to powiedziała.
- Tak? Więc na co czekasz? - Podniósł rękę i wskazał nią drzwi. - Wyjdź stąd. Wyjdź, i najlepiej w ogóle nie wracaj.
Obdarzyła go pełnym złości spojrzeniem, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wiatrołapu. Szybko założyła szpilki na nogi i lekko chwiejąc się wyszła z domu, nie kierując do niego ani jednego słowa.

Nienawidziła siebie, że tak bardzo się w nim zakochała.
Miał wyrzuty sumienia, że mógł poczuć do niej coś więcej niż przyjaźń.

Szkoda tylko, że żadne z nich nie potrafiło wyznać swoich uczuć.
Może wtedy to nie skończyłoby się właśnie tak.

Ściskała kurczowo w ręce czerwony długopis. Z trudnością wypisała w wyznaczonym miejscu imię Simona Vitale czyli imię jej kuzynki, tak na marginesie.
- Francesca? - Podniosła głowę i spojrzała na swojego narzeczonego. - Myślę, że twojej kuzynce wystarczy jedno zaproszenie.
Podsunął jej pod nos ozdobną kartkę z tym samym nazwiskiem, jakie napisała przed chwilą. Jęknęła cicho i ukryła twarz w dłoniach, rzucając długopis gdzieś za siebie.
Pomyliła się już trzy razy, jak nie więcej, w dodatku zalała kilka zaproszeń kawą, a jeszcze kilka innych pogryzł jej pies. Wiedziała, że ją i Marco czeka masa roboty, bo było o tyle trudniej, o ile część zaproszeń była w języku włoskim, a część w hiszpańskim.
- Przepraszam - wymamrotała.
Objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie i oderwał jej ręce od twarzy. - Co się dzieje?
Z ciężkim westchnieniem oparła głowę na jego piersi.
- Nie mogę się na niczym skoncentrować, cały czas myślę o Violetcie.
Przytknął wargi do jej czoła i pocałował ją. - Nie myśl tak o tym.
Bardzo ciekawe jak miała to zrobić. Między Violettą a Leonem źle się działo. Ostatnio pokłócili się do tego stopnia, że Leon dosłownie wyrzucił Violkę z domu. Od tamtej pory nie odzywają się do siebie ani słowem, a minęło już pięć dni, jak nie więcej. Ona kilka razy odwiedziła swoją przyjaciółkę, i szczerze mówiąc przeraził ją stan w jakim była. Wyglądała jeszcze bardziej mizernie niż zazwyczaj. W jej oczach widziała smutek i ból. Z Leonem nie rozstawała się od dziecka, dlatego można było się domyślić co czuje, kiedy nie przebywa w jego towarzystwie.
- Nie zrozumiesz. Ja wiem przez co ona przechodzi, przeszłam przez to samo. A jej spory z Leonem teraz tylko pogorszą sytuację.
- Będzie w porządku, tak?
Zaśmiała się ponuro. - To, że ty tak powiesz, nie da gwarancji, że rzeczywiście tak będzie.
No miała rację, musiał to przyznać. On również martwił się o napiętą sytuację między swoimi przyjaciółmi, a także o stan Violetty, ale przecież nie mógł nic na to poradzić. Francesca najlepiej wiedziała co przeżywa teraz ta dziewczyna. On poznał Włoszkę kiedy już wygrała z anoreksją, i przez dłuższy czas nie miał o niczym pojęcia, nawet dowiedział się przypadkiem. Bardzo chciał, aby Violetta wyzdrowiała, ale to nie zależało od niego.
- Wiem. Kochanie, my naprawdę nie możemy nic zrobić, zrozum to w końcu.
Prychnęła zniecierpliwiona.
- Możemy zrobić bardzo dużo, tylko po prostu siedzimy w miejscu i w ogóle nie działamy.
- Francesca... tak na logikę biorąc, to nie jest nasz problem.
Odsunęła się od niego gwałtownie i spojrzała na niego wrogo.
- Jak możesz tak mówić? To, do cholery, nasza przyjaciółka.
- Ale ona ma Leona, to jej najlepszy przyjaciel, znają się od dziecka, więc to on powinien coś robić - upierał się.
- Aha, więc masz na myśli to, że skoro jest Leon, to my jesteśmy jej niepotrzebni, tak? To teraz weź pod uwagę to, że pokłócili się tak, że Leon kazał jej wynosić się z jego domu, więc ona teraz nie ma nikogo oprócz nas. I co? Poderwiesz się teraz na nogi i pobiegniesz do niej błagać ją na kolanach, żeby w końcu zaczęła jeść, i te sprawy, tak?
Westchnął. Chciał chwycić ją za rękę, ale nie dopuściła do tego; cofnęła ją.
- Uwierz mi - wstała z kanapy - że jeśli jej coś się stanie, to będzie zarówno wina nas obojga jak i Leona. A tego sobie nigdy nie zobaczę.
Później wyszła z salonu zostawiając go samego. Uważała, że ma jak największą słuszność, że mówi prawdę. Co innego, gdyby nie doświadczyła tego na własnej skórze. Ona tak naprawdę mogła nawet umrzeć z wycieńczenia, a nikt nie zwróciłby na to uwagi, tak więc nie miała nawet dla kogo wziąć się za siebie. Zrobiła to dla samej siebie, ale jakoś nie żałuje. Gdyby nie to, to możliwe, że wcale nie spotkałaby Marco, którego pokochała całym sercem i który całkowicie zmienił jej życie. Tak naprawdę, to bez niego nic nie miałoby sensu.

Patrzył ze... zdziwieniem/strachem/bólem (?) na jej twarz i próbował wyczytać z nich prawdziwe uczucia, które dokładnie przed nim ukrywała.
- Jak to wyjeżdżasz? - spytał cicho.
Założyła ręce na piersi i przygryzła wargę.
- Tak normalnie, po ludzku - odparła. - Mam już kupiony bilet, jestem spakowana, przyszłam się tylko pożegnać. Mimo wszystko, powinieneś wiedzieć.
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. - Jeśli chodzi o naszą ostatnią kłótnię, to przepraszam, trochę mnie poniosło, ale nie bierz tego do siebie. Wiesz, że nie chciałem tego powiedzieć.
- To nie ma z tym żadnego związku. - Spojrzała na niego. - Tak naprawdę... mam już dość, że wtrącacie się w moje życie, ty i Francesca z Marco. Ciągle mówicie mi co mam robić, a ja już mam tego po dziurki w nosie. Chcę w końcu zacząć żyć swoim życiem, a nie przejmować się wami. Ja wiem, rozumiem, że wy się o mnie martwicie i mnie kochacie i tak dalej, ale ja nie odchodzę na zawsze, wrócę, nie bójcie się.
W jego oczach niespodziewanie zobaczyła ból.
- Jak możesz tak mówić?
Uciekła wzrokiem gdzieś na jakiś obraz wiszący na ścianie. - Chciałam po prostu być szczera. Nie chcę cię okłamywać, szczególnie teraz.
Przez chwilę nie mówili nic. Niezręczna cisza między nimi narastała z każdą chwilą, napięcie pogłębiało się. Żadne z nich nie było zadowolone z zaistniałej sytuacji, ale żadne także nie mogło nic zrobić. Nie, w sumie to mogło. Violetta mogła. Mogła nagle wybuchnąć śmiechem i powiedzieć, że żartowała, że wcale nigdzie nie wyjeżdża, że to po prostu Prima Aprilis czy coś w ten deseń. Ale nie; ona stała nadal w miejscu, z rękami skrzyżowanymi na piersi i ze wzrokiem wbitym w jasne kafelki, które, tak na marginesie, przydałoby się umyć. No ale cóż, Leon nigdy za specjalnie nie był jakimś wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o sprzątanie. Cały ten bałagam nazywał artystycznym nieładem. Co prawda, kilka razy próbował to wszystko ogarnąć, ale jakoś za bardzo mu to nie wyszło. Violetta za to była jego zupełym przeciwieństwem - za każdym razem, kiedy do niego przychodziła, miotła szła w ruch, a po kilku minutach na podłodze nie było już ani jednego okruszka. Dobra, może i dobrze sprzątała, za to z gotowaniem nigdy jej nie szło. Teraz oczywiście nie było jej to do niczego potrzebne, ze względów oczywistych, ale kiedyś... no powiedzmy, że kucharka z niej żadna. Nie pomogły nawet lekcje i największego mistrza kuchni - tudzież Leona.
Szkoda tylko, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie jak wcześniej.
- Gdzie wyjeżdżasz? - On pierwszy przerwał to krępujące milczenie.
- Nie martw się, nie opuszczam Argentyny. Gdzieś dalej od Buenos Aires. Lepiej, żebyś nie wiedział.
Coś jeszcze mówiła, ale nie zwrócił na to uwagi. Nadal nie mógł pogodzić się z tym, że ona naprawdę wyjeżdża. Jeszcze nigdy nie spędził jakiegoś dłuższego czasu bez niej; byli razem od dziecka i wątpił, żeby taka rozłąka komukolwiek pomogła. Wprawdzie, mógł błagać ją na kolanach, żeby została w Buenos, żeby tego nie robiła, ale... ona miała rację, to jej życie i ona będzie decydować co ma z nim zrobić.
Nie zauważył, kiedy odwróciła się na pięcie i nieoczekiwanie ruszyła w stronę drzwi. Stał jeszcze jak kołek w miejscu, kiedy wychodziła przez furtkę na ulicę. Dopiero, kiedy przeszła przez jezdnię ruszył się i pobiegł za nią. Przy drzwiach krzyknął, że bardzo ją kocha, i chyba to usłyszała, bo odwróciła się na moment, a na jej twarzy zobaczył coś w rodzaju... może bólu?, jednak zaraz po tym odeszła już naprawdę.

- Wiedziałaś? - Wrzasnął. - Wiedziałaś, że chce wyjechać i nic mi o tym nie powiedziałaś?
Wpatrzył na nią rozwścieczony. Nie mógł jej zrozumieć. Podobno była jego przyjaciółką, a teraz co? Okłamała go tak, jakby on nic nie znaczył. Zataiła przed nim tak ważną rzecz; rzecz dotyczącą Violetty.
- Prosiła mnie, żebym ci nic nie mówiła, więc co miałam zrobić? - Odpowiedziała zbulwersowana. - Musiałam być w stosunku do niej sprawiedliwa, nie mogłam jej okłamać!
- A mnie okłamać mogłaś, tak? No oczywiście, było o wiele prościej, bo co to tam jakiś Leon, który tylko martwi się o Violkę, prawda?
- Dobrze wiesz, że tutaj nie o to chodzi, sytuacja jest inna! - Podeszła do niego. - Postaw się na moim miejscu!
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią gwałtownie. W tym samym momencie do salonu wszedł Marco. Doskoczył do nich, złapał Francescę za rękę i pociągnął ją do siebie, obejmując ramieniem.
- Nie zapędzaj się - warknął w stronę Leona. - Wyżyj się na czymś innym, na ścianie czy szafce, nie na niej.
- Mogłem się spodziewać, że będziesz jej bronił.
- Bronię jej, bo w tym wypadku ma rację - odrzekł. - Violetta zabroniła jej mówić o tym komukolwiek, nawet ja nie wiedziałem, więc na co ty liczysz? Że pobiegnie do ciebie i wyspowiada ci się ze wszystkiego?
- Nie, oczywiście, że nie, bo po co? - Prychnął. - Zresztą, mogłem się tego spodziewać. Jestem przekonany, że to ona namówiła Violettę do tego wyjazdu. To zwykła manipulantka i oszustka. Szkoda marnować na nią czas.
Meksykanin odsunął od siebie swoją narzeczoną. - Idź do pokoju.
- Nie. - Chwyciła go za rękę, kiedy zrobił krok w stronę Leona. - Przestań, Marco.
- Nie będziesz tak o niej mówił.
- Powiedziałem tylko prawdę. Nie oszukuj się i przejrzyj na oczy.
- Lepiej wyjdź stąd, zanim naprawdę stracę cierpliwość.
Francesca położyła rękę na ramieniu Marco, rzuciła Leonowi zaniepokojone spojrzenie. W jego wzroku widziała tylko nienawiść, i bardzo ją to bolało. Byli w końcu przyjaciółmi. Przecież ona nie zrobiła tego specjalnie, Violetta naprawdę poprosiła ją, żeby nic nikomu nie mówiła. Francesca sama zresztą nie wiedziała gdzie dokładnie jest dziewczyna, nie miała pojęcia.
Chłopak odwrócił się i wyszedł przez otwarte drzwi wejściowe, przy okazji mocno nimi trzapiąc. Czarnowłosa westchnęła lekko i odwróciła się do swojego partnera.
- Nie myślisz jak on, prawda? - spytała zrezygnowana.
- Oczywiście, że nie, kochanie. - Pogłaskał ją po policzku. - On nie ma racji. To nie jest twoja wina, że Violetta wyjechała.
- Więc dlaczego on mnie o wszystko obwinia? - jęknęła. - Przecież ja chciałam tylko dobrze. Zawsze, jak chcę dobrze, wychodzi źle. Jestem jakaś pechowa, czy co?
Chwycił ją za rękę. - Przestań, nie mów tak. Leon jest idiotą, sam nie wie co ci zarzuca. Zobaczysz, uspokoi się i jeszcze będzie błagał cię o wybaczenie. Ale pamiętaj - Uśmiechnął się szyderczo - żeby nie wybaczać mu za szybko. Musi mieć ten baran nauczkę.
Odwzajemniła uśmiech, po czym zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego z całej siły. Ech, czym ona zasłużyła sobie na takiego Marco? Nie dość, że spełniał wszystkie jej zachcianki, to w dodatku nigdy nie narzekał. Chociaż w kłótni umiał być naprawdę nieprzyjemny - potrafił krzyknąć, podnieść znacząco głos. No i oczywiście potrafił nieznoszącym sprzeciwu głosem przypomnieć jej, że „musisz zjeść tą cholerną kolację, jeśli nie chcesz doprowadzić się do takiego stanu w jakim jest Violetta”. Cóż, między innymi dlatego dała sobie spokój z tak zwanym „odchudzaniem przed weselem”. Przy Marco nie było to bowiem możliwe.

Każdy dzień spędzony bez niej był dla niego udręką. Kochał ją całym sercem, ciężko znosił jej wyjazd. Nie sądził, że będzie tak trudno. Z każdą chwilą miał coraz mniej nadziei, że ona wróci. Dzwonił, ale nie odbierała telefonu. Pisał, ale nie odpowiadała. Jakby w ogóle jej nie było, ale to przecież nieprawda. Ona była, tyle tylko, że nie chciała mieć z nim nic do czynienia.
Usłyszał pukanie do drzwi. Oczywiście, od razu zorientował się, że to Marco, bo niby kto inny? Jakoś nie pofatygował się, żeby mu otworzyć, zresztą, po co on pukał? Równie dobrze mógł wejść tutaj niczym do siebie, zresztą zawsze tak robił.
W końcu drzwi się otworzyły, a po chwili w salonie pojawił się jego przyjaciel. Rzucił na podłogę jakieś reklamówki i usiadł na sofie naprzeciwko niego.
- Doprowadziłbyś się do stanu używalności - zaproponował. - Ogoliłbyś się, albo coś w tym stylu. I przede wszystkim, umyj się, bo śmierdzi od ciebie na kilometr.
- Wcale nie musisz tu przychodzić. - Mechanicznie przełączał wszystkie kanały w telewziji. - Mogłeś zostać ze swoją drogą narzeczoną od siedmiu boleści.
- Wiem, że jesteś w dołku, ale nie masz prawa tak o niej mówić. Ona nic nie zrobiła i nie możesz jej winić.
- Zrobiła. Na pewno ma coś wspólnego z wyjazdem Violetty. A jeśli tobie tak bardzo przeszkadza, co o niej myślę, to przecież nikt nie każe ci się ze mną zadawać.
- Ale robię to, bo jesteś moim przyjacielem - warknął Marco. - I dlatego też zachowaj dla siebie co myślisz o Francesce i nie wypowiadaj tego na głos, bo ja toleruję to tylko ze względu na naszą przyjaźń, ale jak przesadzisz kolejny raz, to już naprawdę nie będę się hamował.
Nie odpowiedział.
Był święcie przekonany, że jego przyjaciółka - pff, przecież ona już nie była przyjaciółką - w jakiś sposób przyczyniła się do wyjazdu jego Violki. Nie wierzyła, że dziewczyna sama z siebie potrafiła to zrobić. Co z tego, że podała powód, dla którego opuszcza Buenos Aires, skoro on jej nie wierzył? Urodziła się tutaj, wychowała, więc dlaczego miałaby wyjeżdżać, i to tak nagle?
- Francesca kazała ci przekazać, że dzwoniła Violetta. U niej wszystko w porządku, nic szczególnego się nie dzieje.
- Gdzie ona jest?
- Nie wiem. Francesca też nie.
Prychnął. - Bo uwierzę. Oczywiście, że wie, po prostu nie chce mi tego powiedzieć. Znam ją.
- Kazała ci powtórzyć jeszcze jedną rzecz. Powiedziała, że niczego związanego z tą sprawą przed tobą nie ukrywa i prosi, żebyś w końcu jej uwierzył. Pyta, czy się z nią spotkać.
- Nie mam najmniejszej chęci widzieć jej na oczy.
Zrezygnowany Meksykanin podniósł się z sofy. - Jak chcesz - mruknął. - Ale niech do ciebie dotrze, że ona nie ma z tym nic wspólnego. - Przerwał na moment. - W reklamówce masz jakieś jedzenie. Gdyby coś, to dzwoń.
Później opuścił jego dom, zostawiając go samego.
Leon nie rozumiał już praktycznie nic. Miał mętlik w głowie, nie wiedział, co ma robić. Najchętniej objechałby cały świat w poszukiwaniu Violetty, nie miał jednak zielonego pojęcia, gdzie ona może być. Był w kropce, nie wiedział od czego zacząć. Świat był niesprawiedliwy. Miał tylko nadzieję, że jego przyjaciółka wróci jak najszybciej.
Bo kochał ją całym sercem, a z każdym dniem tracił nadzieję, że ona kiedykolwiek jeszcze zechce go zobaczyć.

Na dworze było już ciemno. Stała na szerokim balkonie, opierając się o czarną, metalową barierkę. Wpatrywała się w świat pogrążony w mroku i myślała o tych wszystkich ludziach, siedzących teraz w domach, szczęśliwych, radosnych... Cóż, ona nie była szczęśliwa. Spędzała kolejną samotną noc w tym wielkim domu - w którym zresztą kiedyś mieszkała, tak na marginesie - i w głębi duszy żałowała swojego wyjazdu. Nie odbierała telefonów od Leona, nie chciała z nim rozmawiać. Bała się, że powie coś, co zrani go jeszcze bardziej, a tego nie chciała.
Stres dawał się we znaki; schudła... dosyć bardzo. Z jednej strony się cieszyła - dążyła ku doskonałości, ale z drugiej bała się, bo każdy dzień był dla niej coraz cięższy. Robiło jej się słabo w najmniej odpowiednim momencie, czuła, że już nie da rady.
Zadzwonił telefon. Marco. Odebrała.
- Violetta, błagam cię, wróć do Buenos Aires. - Bez żadnego „cześć” czy „co u ciebie?” wypalił prosto z mostu. No cóż, podobno tak jest łatwiej. - On bez ciebie się załamuje, dostaje białej gorączki, boi się o ciebie.
Minęła chwila, zanim odpowiedziała. - Beze mnie na pewno jest mu lepiej, mniej się denerwuje... Mój wyjazd powinien dobrze na niego zadziałać.
- Ale nie zadziałał, jak widzisz. Chcesz, żeby popadł w depresję? Żeby stoczył się na samo dno? Od kilku dni nie wychodzi ze swojej sypialni, nie chce z nikim rozmawiać.
- Przecież ma was, o co mu...
- Zależy w jakim sensie na to patrzeć. My jesteśmy, ale on chyba tego nie zauważa. A w szczególności nie zauważa Fran, która chce mu pomóc, ale on potrafi tylko zwyzywać ją od najgorszych i wyrzucić z domu.
Zamurowało ją. Nie miała o tym pojęcia. Ten Leon? Nie, przecież on nie mógłby tak potraktować żadnej kobiety. To gentelman jakich mało, przecież... Przecież to jej Leon.
- Dlaczego? - spytała cicho.
- To nie jest ważne, ale ci powiem. Leon uważa, że to Francesca namówiła ciebie do wyjazdu, tak w skrócie. Co oczywiście jest nieprawdą.
- Tak, jasne - potwierdziła. - Marco... przekaż mu, że ze mną rozmawiałeś i że to ja sama zdecydowałam o tym wyjeździe, a Fran nie miała z tym nic wspólnego.
Prychnął. - Myślisz, że mu tego nie mówiłem? Violka, on nie chce mnie słuchać, nie chce rozmawiać. Nie przejmuje się już niczym, załamał się chłopak, rozumiesz to?
Przygryzła wargę. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Wiedziała, że to była jej wina, nie powinna tak zostawiać Leona, przecież miała świadomość, że to wszystko może się tak skończyć.
- I co ja mam zrobić? - Jej głos był cichy, także chłopak pod drugiej stronie z trudem usłyszał jej słowa.
- Po prostu wróć do Buenos Aires, innego wyjścia nie ma - odparł. - Na pewno tego chcesz, my zresztą też. Nie zaprzeczaj sama sobie.
Miał rację. Rzeczywiście zaprzeczała sobie, ale inaczej nie potrafiła. Wmówiła sobie tak wiele rzeczy...
Między innymi to, że Leon wcale nie jest dla niej kimś więcej niż przyjacielem.

 
Jest i druga część parta, mam nadzieję, że wam się spodoba :)
Nie będę się rozpisywać, bo tak naprawdę to nie ma o czym. Szkoła, i jeszcze raz szkoła, nic więcej. Ale pewnie dobrze o tym wiecie, w końcu - kto by nie wiedział? -,-
Ah, chciałam jeszcze powiedzieć, że trochę przykro, że tak mało - w porównaniu do wcześniejszych - komentarzy było pod ostatnim partem i notką o rocznicy, ale w sumie to rozumiem, no bo w końcu szkoła.
Zapraszam do czytania i jeszcze na mój kanał na YT ;>
I zapraszam również do wysłuchania mojego coveru w duecie z Eweliną, Encender nuestra luz:


Kocham was <3

24 komentarze:

  1. Jak zwykle świetnie, ale moim zdaniem trochę za dużo "tak na marginesie". Nie bierz tego do siebie, to tylko moje, nic nieznaczące zdanie. Nie mogę się doczekać kolejnej części.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no możliwe, że się trochę razy powtórzyło, nadużywam tego stwierdzenia, może nie tyle w mówieniu co w pisaniu. :)
      Dziękuję ;))

      Usuń
  2. Świetne !!!
    Długo czekałam na tę część ale warto było !
    Czekam a cz. III !!!
    Całuski :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Na czym nagrywasz te covery?

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zwykle cudownie napisane ;*
    Juz czekam na kolejna część :3
    Buziole-Maja♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Boskie ile bd czesci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Z boku na rozpisce jest, będzie jeszcze jedna ;))

      Usuń
  6. Nabazgram coś później, muszę iść z psami ;________;

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowny !
    O zakochani są już w sobie :) Szkoda mi tej Violetty no :( Leona w sumie też bo tak chce jej pomóc, a ona nic sobie z tego nie robi. I jeszcze ta ich kłótnia teraz. Wyjechała, nie wiedzą gdzie jest, a Leon pokłócił się tak z Fran. W sumie jej też mi szkoda ;( A on się teraz tak zapuścił i nie chce pomocy ! Violetta wracaj i weź się za siebie kobieto ! Czekam na kolejną część ;*
    Kocham Cię <333

    OdpowiedzUsuń
  8. Niebywałe - Violetta wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Przedstawiłaś ludzkie odbicie tej postaci, co sprawiło, że mimo wielu serialowych sytuacji, w których mnie irytowała, polubiłam ją. Tylko w twojej historii; uwzględniając: podczas oglądania serialu nadal mam ochotę przełączać na inny kanał podczas scen, w których występuje. Ale nie tym czynnikiem powinnam się zająć, a samą miniaturką, która było wspaniała. Ah, nadal będzie! Kolejna część, hę? Cóż, nie mogę się doczekać.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudowny OS
    Masz ogromny talent
    Czekam na nexta
    Pozdrawiam
    Lucyy

    OdpowiedzUsuń
  10. Trochę czasu minęło, zanim zdołałam znaleźć moment na napisanie porządnego komentarza.
    Głównym czynnikiem była szkoła, która stanowi problem nie jednego człowieka. Bloggerów zwłaszcza.
    Pomijając ten kompromitujący i żałosny wstęp, rozpoczynam moją wypowiedź, która także nie będzie wybitna.
    Olu, na twoim blogu nie jestem od początku, stałam się jego obserwatorką i zagorzałą czytelniczką, gdy opublikowałaś pierwszy OP o Marcesce, które ujął moje serce. Od tamtego dnia, rzadko zdarza mi się myśleć o czymkolwiek innym jak kolejne kłody pod nogami wykreowanych przez Ciebie postaci.
    W tej części spotykamy się ze sporem zakochanych i sporem, Violetty z samą sobą, poniekąd. Zostawiła Leona i przyjaciół, wyjechała. Ileż bitew musiała stoczyć, aby podjąć taką decyzje, z pewnością mnóstwo.
    Generalnie rzecz biorąc to w owej części nie dzieje się za wiele. Jest tylko takim dopełnieniem, obejściowym choć niezbędnym. Nieco sprzeczne odczucia, aczkolwiek prawdziwe.
    Choć ostatnimi czasy moje zamiłowanie do Marcesci uleciało, to z przyjemnością czytałam fragmenty z ich udziałem.
    Czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń

Proszę, skomentuj, to przecież zabiera tak niewiele czasu, a daje dużo więcej :)