-
Doskonale wiesz, jak się sprawy mają! - Podniosła głos i zrobiła
krok w jego stronę. - Nie wiesz przez co ja przechodzę, więc
zachowaj swoje durne rady dla siebie i nie zmuszaj mnie do czegoś,
na co nie mam ochoty!
Podszedł
do niej, chwycił ją za sterczące ramiona i potrząsnął mocno. -
Dziewczyno, weź się w końcu w garść! Nic nie jesz, tak nie można
funkcjonować! Niedługo doprowadzisz się do takiego stanu, że
będziesz przykuta do łóżka, bo nie będziesz w stanie
samodzielnie się poruszać, rozumiesz to?
Wyszarpnęła
się z jego uścisku i spojrzała na niego z wrogością.
-
W ogóle mnie to nie obchodzi - warknęła. - Będę robiła to, co
uważam za słuszne, a ty co najwyżej możesz układać sobie w
głowie jakieś beznadziejne scenariusze mojego, podkreślam, mojego
życia, które chciałbyś, ale niestety nie możesz urzeczywistnić.
-
Więc mówisz, że nie obchodzi cię moje zdanie?
Klasnęła
w dłonie. - Właśnie tak, Leon! - Uśmiechnęła się ironicznie. -
Nie interesuje mnie co masz do powiedzenia, bo nie masz prawa wtrącać
się w moje życie.
Założył
ręce na piersi. Nie spodziewał się tego po niej. Myślał, że ich
przyjaźń do czegoś zobowiązuje. Cóż, widocznie się pomylił.
-
Jakoś parę dni temu, kiedy siedziałem przy tobie całą noc, bo
nie mogłaś zasnąć, ci to nie przeszkadzało. Widzę, że sama nie
wiesz co mówisz.
-
Ależ ja wiem doskonale co mówię! I wiesz co jeszcze ci powiem? -
Zbliżyła się do niego, stała centralnie przed nim. Stanęła na
palcach, aby ich twarze znajdowały się mniej więcej na tej samej
wysokości. - Nie potrzebuję cię. Wcale cię nie potrzebuję, mam
gdzieś, co ty uważasz. Świetnie poradzę sobie sama, nie jesteś
mi do niczego potrzebny.
Spojrzał
na nią spod byka. Nie wierzył, że to powiedziała.
-
Tak? Więc na co czekasz? - Podniósł rękę i wskazał nią drzwi.
- Wyjdź stąd. Wyjdź, i najlepiej w ogóle nie wracaj.
Obdarzyła
go pełnym złości spojrzeniem, po czym odwróciła się na pięcie
i ruszyła w stronę wiatrołapu. Szybko założyła szpilki na nogi
i lekko chwiejąc się wyszła z domu, nie kierując do niego ani
jednego słowa.
Szkoda tylko, że żadne z nich nie potrafiło wyznać swoich uczuć.
Może wtedy to nie skończyłoby się właśnie tak.
Ściskała kurczowo w ręce czerwony długopis. Z trudnością
wypisała w wyznaczonym miejscu imię Simona Vitale czyli
imię jej kuzynki, tak na marginesie.
- Francesca? - Podniosła głowę i spojrzała na swojego
narzeczonego. - Myślę, że twojej kuzynce wystarczy jedno
zaproszenie.
Podsunął jej pod nos ozdobną kartkę z tym samym nazwiskiem, jakie
napisała przed chwilą. Jęknęła cicho i ukryła twarz w dłoniach,
rzucając długopis gdzieś za siebie.
Pomyliła się już trzy razy, jak nie więcej, w dodatku zalała
kilka zaproszeń kawą, a jeszcze kilka innych pogryzł jej pies.
Wiedziała, że ją i Marco czeka masa roboty, bo było o tyle
trudniej, o ile część zaproszeń była w języku włoskim, a część
w hiszpańskim.
- Przepraszam - wymamrotała.
Objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie i oderwał jej ręce
od twarzy. - Co się dzieje?
Z ciężkim westchnieniem oparła głowę na jego piersi.
- Nie mogę się na niczym skoncentrować, cały czas myślę o
Violetcie.
Przytknął wargi do jej czoła i pocałował ją. - Nie myśl tak o
tym.
Bardzo ciekawe jak miała to zrobić. Między Violettą a Leonem źle
się działo. Ostatnio pokłócili się do tego stopnia, że Leon
dosłownie wyrzucił Violkę z domu. Od tamtej pory nie odzywają się
do siebie ani słowem, a minęło już pięć dni, jak nie więcej.
Ona kilka razy odwiedziła swoją przyjaciółkę, i szczerze mówiąc
przeraził ją stan w jakim była. Wyglądała jeszcze bardziej
mizernie niż zazwyczaj. W jej oczach widziała smutek i ból. Z
Leonem nie rozstawała się od dziecka, dlatego można było się
domyślić co czuje, kiedy nie przebywa w jego towarzystwie.
- Nie zrozumiesz. Ja wiem przez co ona przechodzi, przeszłam przez
to samo. A jej spory z Leonem teraz tylko pogorszą sytuację.
- Będzie w porządku, tak?
Zaśmiała się ponuro. - To, że ty tak powiesz, nie da gwarancji,
że rzeczywiście tak będzie.
No miała rację, musiał to przyznać. On również martwił się o
napiętą sytuację między swoimi przyjaciółmi, a także o stan
Violetty, ale przecież nie mógł nic na to poradzić. Francesca
najlepiej wiedziała co przeżywa teraz ta dziewczyna. On poznał
Włoszkę kiedy już wygrała z anoreksją, i przez dłuższy czas
nie miał o niczym pojęcia, nawet dowiedział się przypadkiem.
Bardzo chciał, aby Violetta wyzdrowiała, ale to nie zależało od
niego.
- Wiem. Kochanie, my naprawdę nie możemy nic zrobić, zrozum to w
końcu.
Prychnęła zniecierpliwiona.
- Możemy zrobić bardzo dużo, tylko po prostu siedzimy w miejscu i
w ogóle nie działamy.
- Francesca... tak na logikę biorąc, to nie jest nasz problem.
Odsunęła się od niego gwałtownie i spojrzała na niego wrogo.
- Jak możesz tak mówić? To, do cholery, nasza przyjaciółka.
- Ale ona ma Leona, to jej najlepszy przyjaciel, znają się od
dziecka, więc to on powinien coś robić - upierał się.
- Aha, więc masz na myśli to, że skoro jest Leon, to my jesteśmy
jej niepotrzebni, tak? To teraz weź pod uwagę to, że pokłócili
się tak, że Leon kazał jej wynosić się z jego domu, więc ona
teraz nie ma nikogo oprócz nas. I co? Poderwiesz się teraz na nogi
i pobiegniesz do niej błagać ją na kolanach, żeby w końcu
zaczęła jeść, i te sprawy, tak?
Westchnął. Chciał chwycić ją za rękę, ale nie dopuściła do
tego; cofnęła ją.
- Uwierz mi - wstała z kanapy - że jeśli jej coś się stanie, to
będzie zarówno wina nas obojga jak i Leona. A tego sobie nigdy nie
zobaczę.
Później wyszła z salonu zostawiając go samego. Uważała, że ma
jak największą słuszność, że mówi prawdę. Co innego, gdyby
nie doświadczyła tego na własnej skórze. Ona tak naprawdę mogła
nawet umrzeć z wycieńczenia, a nikt nie zwróciłby na to uwagi,
tak więc nie miała nawet dla kogo wziąć się za siebie. Zrobiła
to dla samej siebie, ale jakoś nie żałuje. Gdyby nie to, to
możliwe, że wcale nie spotkałaby Marco, którego pokochała całym
sercem i który całkowicie zmienił jej życie. Tak naprawdę, to
bez niego nic nie miałoby sensu.
Patrzył ze... zdziwieniem/strachem/bólem (?) na jej twarz i
próbował wyczytać z nich prawdziwe uczucia, które dokładnie
przed nim ukrywała.
- Jak to wyjeżdżasz? - spytał cicho.
Założyła ręce na piersi i przygryzła wargę.
- Tak normalnie, po ludzku - odparła. - Mam już kupiony bilet,
jestem spakowana, przyszłam się tylko pożegnać. Mimo wszystko,
powinieneś wiedzieć.
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. - Jeśli chodzi o naszą
ostatnią kłótnię, to przepraszam, trochę mnie poniosło, ale nie
bierz tego do siebie. Wiesz, że nie chciałem tego powiedzieć.
- To nie ma z tym żadnego związku. - Spojrzała na niego. - Tak
naprawdę... mam już dość, że wtrącacie się w moje życie, ty i
Francesca z Marco. Ciągle mówicie mi co mam robić, a ja już mam
tego po dziurki w nosie. Chcę w końcu zacząć żyć swoim życiem,
a nie przejmować się wami. Ja wiem, rozumiem, że wy się o mnie
martwicie i mnie kochacie i tak dalej, ale ja nie odchodzę na
zawsze, wrócę, nie bójcie się.
W jego oczach niespodziewanie zobaczyła ból.
- Jak możesz tak mówić?
Uciekła wzrokiem gdzieś na jakiś obraz wiszący na ścianie. -
Chciałam po prostu być szczera. Nie chcę cię okłamywać,
szczególnie teraz.
Przez chwilę nie mówili nic. Niezręczna cisza między nimi
narastała z każdą chwilą, napięcie pogłębiało się. Żadne z
nich nie było zadowolone z zaistniałej sytuacji, ale żadne także
nie mogło nic zrobić. Nie, w sumie to mogło. Violetta mogła.
Mogła nagle wybuchnąć śmiechem i powiedzieć, że żartowała, że
wcale nigdzie nie wyjeżdża, że to po prostu Prima Aprilis czy coś
w ten deseń. Ale nie; ona stała nadal w miejscu, z rękami
skrzyżowanymi na piersi i ze wzrokiem wbitym w jasne kafelki, które,
tak na marginesie, przydałoby się umyć. No ale cóż, Leon nigdy
za specjalnie nie był jakimś wzorem do naśladowania, jeśli chodzi
o sprzątanie. Cały ten bałagam nazywał artystycznym nieładem. Co
prawda, kilka razy próbował to wszystko ogarnąć, ale jakoś za
bardzo mu to nie wyszło. Violetta za to była jego zupełym
przeciwieństwem - za każdym razem, kiedy do niego przychodziła,
miotła szła w ruch, a po kilku minutach na podłodze nie było już
ani jednego okruszka. Dobra, może i dobrze sprzątała, za to z
gotowaniem nigdy jej nie szło. Teraz oczywiście nie było jej to do
niczego potrzebne, ze względów oczywistych, ale kiedyś... no
powiedzmy, że kucharka z niej żadna. Nie pomogły nawet lekcje i
największego mistrza kuchni - tudzież Leona.
Szkoda tylko, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie jak
wcześniej.
- Gdzie wyjeżdżasz? - On pierwszy przerwał to krępujące
milczenie.
- Nie martw się, nie opuszczam Argentyny. Gdzieś dalej od Buenos
Aires. Lepiej, żebyś nie wiedział.
Coś jeszcze mówiła, ale nie zwrócił na to uwagi. Nadal nie mógł
pogodzić się z tym, że ona naprawdę wyjeżdża. Jeszcze nigdy nie
spędził jakiegoś dłuższego czasu bez niej; byli razem od dziecka
i wątpił, żeby taka rozłąka komukolwiek pomogła. Wprawdzie,
mógł błagać ją na kolanach, żeby została w Buenos, żeby tego
nie robiła, ale... ona miała rację, to jej życie i ona będzie
decydować co ma z nim zrobić.
Nie zauważył, kiedy odwróciła się na pięcie i nieoczekiwanie
ruszyła w stronę drzwi. Stał jeszcze jak kołek w miejscu, kiedy
wychodziła przez furtkę na ulicę. Dopiero, kiedy przeszła przez
jezdnię ruszył się i pobiegł za nią. Przy drzwiach krzyknął,
że bardzo ją kocha, i chyba to usłyszała, bo odwróciła się na
moment, a na jej twarzy zobaczył coś w rodzaju... może bólu?,
jednak zaraz po tym odeszła już naprawdę.
- Wiedziałaś? - Wrzasnął. - Wiedziałaś, że chce wyjechać i
nic mi o tym nie powiedziałaś?
Wpatrzył na nią rozwścieczony. Nie mógł jej zrozumieć. Podobno
była jego przyjaciółką, a teraz co? Okłamała go tak, jakby on
nic nie znaczył. Zataiła przed nim tak ważną rzecz; rzecz
dotyczącą Violetty.
- Prosiła mnie, żebym ci nic nie mówiła, więc co miałam zrobić?
- Odpowiedziała zbulwersowana. - Musiałam być w stosunku do niej
sprawiedliwa, nie mogłam jej okłamać!
- A mnie okłamać mogłaś, tak? No oczywiście, było o wiele
prościej, bo co to tam jakiś Leon, który tylko martwi się o
Violkę, prawda?
- Dobrze wiesz, że tutaj nie o to chodzi, sytuacja jest inna! -
Podeszła do niego. - Postaw się na moim miejscu!
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią gwałtownie. W tym samym
momencie do salonu wszedł Marco. Doskoczył do nich, złapał
Francescę za rękę i pociągnął ją do siebie, obejmując
ramieniem.
- Nie zapędzaj się - warknął w stronę Leona. - Wyżyj się na
czymś innym, na ścianie czy szafce, nie na niej.
- Mogłem się spodziewać, że będziesz jej bronił.
- Bronię jej, bo w tym wypadku ma rację - odrzekł. - Violetta
zabroniła jej mówić o tym komukolwiek, nawet ja nie wiedziałem,
więc na co ty liczysz? Że pobiegnie do ciebie i wyspowiada ci się
ze wszystkiego?
- Nie, oczywiście, że nie, bo po co? - Prychnął. - Zresztą,
mogłem się tego spodziewać. Jestem przekonany, że to ona namówiła
Violettę do tego wyjazdu. To zwykła manipulantka i oszustka. Szkoda
marnować na nią czas.
Meksykanin odsunął od siebie swoją narzeczoną. - Idź do pokoju.
- Nie. - Chwyciła go za rękę, kiedy zrobił krok w stronę Leona.
- Przestań, Marco.
- Nie będziesz tak o niej mówił.
- Powiedziałem tylko prawdę. Nie oszukuj się i przejrzyj na oczy.
- Lepiej wyjdź stąd, zanim naprawdę stracę cierpliwość.
Francesca położyła rękę na ramieniu Marco, rzuciła Leonowi
zaniepokojone spojrzenie. W jego wzroku widziała tylko nienawiść,
i bardzo ją to bolało. Byli w końcu przyjaciółmi. Przecież ona
nie zrobiła tego specjalnie, Violetta naprawdę poprosiła ją, żeby
nic nikomu nie mówiła. Francesca sama zresztą nie wiedziała gdzie
dokładnie jest dziewczyna, nie miała pojęcia.
Chłopak odwrócił się i wyszedł przez otwarte drzwi wejściowe,
przy okazji mocno nimi trzapiąc. Czarnowłosa westchnęła lekko i
odwróciła się do swojego partnera.
- Nie myślisz jak on, prawda? - spytała zrezygnowana.
- Oczywiście, że nie, kochanie. - Pogłaskał ją po policzku. - On
nie ma racji. To nie jest twoja wina, że Violetta wyjechała.
- Więc dlaczego on mnie o wszystko obwinia? - jęknęła. - Przecież
ja chciałam tylko dobrze. Zawsze, jak chcę dobrze, wychodzi źle.
Jestem jakaś pechowa, czy co?
Chwycił ją za rękę. - Przestań, nie mów tak. Leon jest idiotą,
sam nie wie co ci zarzuca. Zobaczysz, uspokoi się i jeszcze będzie
błagał cię o wybaczenie. Ale pamiętaj - Uśmiechnął się
szyderczo - żeby nie wybaczać mu za szybko. Musi mieć ten baran
nauczkę.
Odwzajemniła uśmiech, po czym zarzuciła mu ręce na szyję i
przytuliła się do niego z całej siły. Ech, czym ona zasłużyła
sobie na takiego Marco? Nie dość, że spełniał wszystkie jej
zachcianki, to w dodatku nigdy nie narzekał. Chociaż w kłótni
umiał być naprawdę nieprzyjemny - potrafił krzyknąć, podnieść
znacząco głos. No i oczywiście potrafił nieznoszącym sprzeciwu
głosem przypomnieć jej, że „musisz zjeść tą cholerną
kolację, jeśli nie chcesz doprowadzić się do takiego stanu w
jakim jest Violetta”. Cóż, między innymi dlatego dała sobie
spokój z tak zwanym „odchudzaniem przed weselem”. Przy Marco nie
było to bowiem możliwe.
Każdy dzień spędzony bez niej był dla niego udręką. Kochał ją
całym sercem, ciężko znosił jej wyjazd. Nie sądził, że będzie
tak trudno. Z każdą chwilą miał coraz mniej nadziei, że ona
wróci. Dzwonił, ale nie odbierała telefonu. Pisał, ale nie
odpowiadała. Jakby w ogóle jej nie było, ale to przecież
nieprawda. Ona była, tyle tylko, że nie chciała mieć z nim nic do
czynienia.
Usłyszał pukanie do drzwi. Oczywiście, od razu zorientował się,
że to Marco, bo niby kto inny? Jakoś nie pofatygował się, żeby
mu otworzyć, zresztą, po co on pukał? Równie dobrze mógł wejść
tutaj niczym do siebie, zresztą zawsze tak robił.
W końcu drzwi się otworzyły, a po chwili w salonie pojawił się
jego przyjaciel. Rzucił na podłogę jakieś reklamówki i usiadł
na sofie naprzeciwko niego.
- Doprowadziłbyś się do stanu używalności - zaproponował. -
Ogoliłbyś się, albo coś w tym stylu. I przede wszystkim, umyj
się, bo śmierdzi od ciebie na kilometr.
- Wcale nie musisz tu przychodzić. - Mechanicznie przełączał
wszystkie kanały w telewziji. - Mogłeś zostać ze swoją drogą
narzeczoną od siedmiu boleści.
- Wiem, że jesteś w dołku, ale nie masz prawa tak o niej mówić.
Ona nic nie zrobiła i nie możesz jej winić.
- Zrobiła. Na pewno ma coś wspólnego z wyjazdem Violetty. A jeśli
tobie tak bardzo przeszkadza, co o niej myślę, to przecież nikt
nie każe ci się ze mną zadawać.
- Ale robię to, bo jesteś moim przyjacielem - warknął Marco. - I
dlatego też zachowaj dla siebie co myślisz o Francesce i nie
wypowiadaj tego na głos, bo ja toleruję to tylko ze względu na
naszą przyjaźń, ale jak przesadzisz kolejny raz, to już naprawdę
nie będę się hamował.
Nie odpowiedział.
Był święcie przekonany, że jego przyjaciółka - pff, przecież
ona już nie była przyjaciółką - w jakiś sposób przyczyniła
się do wyjazdu jego Violki. Nie wierzyła, że dziewczyna sama z
siebie potrafiła to zrobić. Co z tego, że podała powód, dla
którego opuszcza Buenos Aires, skoro on jej nie wierzył? Urodziła
się tutaj, wychowała, więc dlaczego miałaby wyjeżdżać, i to
tak nagle?
- Francesca kazała ci przekazać, że dzwoniła Violetta. U niej
wszystko w porządku, nic szczególnego się nie dzieje.
- Gdzie ona jest?
- Nie wiem. Francesca też nie.
Prychnął. - Bo uwierzę. Oczywiście, że wie, po prostu nie chce
mi tego powiedzieć. Znam ją.
- Kazała ci powtórzyć jeszcze jedną rzecz. Powiedziała, że
niczego związanego z tą sprawą przed tobą nie ukrywa i prosi,
żebyś w końcu jej uwierzył. Pyta, czy się z nią spotkać.
- Nie mam najmniejszej chęci widzieć jej na oczy.
Zrezygnowany Meksykanin podniósł się z sofy. - Jak chcesz -
mruknął. - Ale niech do ciebie dotrze, że ona nie ma z tym nic
wspólnego. - Przerwał na moment. - W reklamówce masz jakieś
jedzenie. Gdyby coś, to dzwoń.
Później opuścił jego dom, zostawiając go samego.
Leon nie rozumiał już praktycznie nic. Miał mętlik w głowie, nie
wiedział, co ma robić. Najchętniej objechałby cały świat w
poszukiwaniu Violetty, nie miał jednak zielonego pojęcia, gdzie ona
może być. Był w kropce, nie wiedział od czego zacząć. Świat
był niesprawiedliwy. Miał tylko nadzieję, że jego przyjaciółka
wróci jak najszybciej.
Bo kochał ją całym sercem, a z każdym dniem tracił nadzieję, że
ona kiedykolwiek jeszcze zechce go zobaczyć.
Na dworze było już ciemno. Stała na szerokim balkonie, opierając
się o czarną, metalową barierkę. Wpatrywała się w świat pogrążony w mroku i myślała o tych wszystkich ludziach, siedzących
teraz w domach, szczęśliwych, radosnych... Cóż, ona nie była
szczęśliwa. Spędzała kolejną samotną noc w tym wielkim domu - w
którym zresztą kiedyś mieszkała, tak na marginesie - i w głębi
duszy żałowała swojego wyjazdu. Nie odbierała telefonów od
Leona, nie chciała z nim rozmawiać. Bała się, że powie coś, co
zrani go jeszcze bardziej, a tego nie chciała.
Stres dawał się we znaki; schudła... dosyć bardzo. Z jednej
strony się cieszyła - dążyła ku doskonałości, ale z drugiej
bała się, bo każdy dzień był dla niej coraz cięższy. Robiło
jej się słabo w najmniej odpowiednim momencie, czuła, że już nie
da rady.
Zadzwonił telefon. Marco. Odebrała.
- Violetta, błagam cię, wróć do Buenos Aires. - Bez żadnego
„cześć” czy „co u ciebie?” wypalił prosto z mostu. No cóż,
podobno tak jest łatwiej. - On bez ciebie się załamuje, dostaje
białej gorączki, boi się o ciebie.
Minęła chwila, zanim odpowiedziała. - Beze mnie na pewno jest mu
lepiej, mniej się denerwuje... Mój wyjazd powinien dobrze na niego
zadziałać.
- Ale nie zadziałał, jak widzisz. Chcesz, żeby popadł w depresję?
Żeby stoczył się na samo dno? Od kilku dni nie wychodzi ze swojej
sypialni, nie chce z nikim rozmawiać.
- Przecież ma was, o co mu...
- Zależy w jakim sensie na to patrzeć. My jesteśmy, ale on chyba
tego nie zauważa. A w szczególności nie zauważa Fran, która chce
mu pomóc, ale on potrafi tylko zwyzywać ją od najgorszych i
wyrzucić z domu.
Zamurowało ją. Nie miała o tym pojęcia. Ten Leon? Nie, przecież
on nie mógłby tak potraktować żadnej kobiety. To gentelman jakich
mało, przecież... Przecież to jej Leon.
- Dlaczego? - spytała cicho.
- To nie jest ważne, ale ci powiem. Leon uważa, że to Francesca
namówiła ciebie do wyjazdu, tak w skrócie. Co oczywiście jest
nieprawdą.
- Tak, jasne - potwierdziła. - Marco... przekaż mu, że ze mną rozmawiałeś i że to ja sama zdecydowałam o tym wyjeździe, a Fran
nie miała z tym nic wspólnego.
Prychnął. - Myślisz, że mu tego nie mówiłem? Violka, on nie
chce mnie słuchać, nie chce rozmawiać. Nie przejmuje się już
niczym, załamał się chłopak, rozumiesz to?
Przygryzła wargę. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Wiedziała, że
to była jej wina, nie powinna tak zostawiać Leona, przecież miała
świadomość, że to wszystko może się tak skończyć.
- I co ja mam zrobić? - Jej głos był cichy, także chłopak pod
drugiej stronie z trudem usłyszał jej słowa.
- Po prostu wróć do Buenos Aires, innego wyjścia nie ma - odparł.
- Na pewno tego chcesz, my zresztą też. Nie zaprzeczaj sama sobie.
Miał rację. Rzeczywiście zaprzeczała sobie, ale inaczej nie
potrafiła. Wmówiła sobie tak wiele rzeczy...
Między innymi to, że Leon wcale nie jest dla niej kimś więcej niż
przyjacielem.
Jest
i druga część parta, mam nadzieję, że wam się spodoba :)
Nie
będę się rozpisywać, bo tak naprawdę to nie ma o czym. Szkoła,
i jeszcze raz szkoła, nic więcej. Ale pewnie dobrze o tym wiecie, w
końcu - kto by nie wiedział? -,-
Ah,
chciałam jeszcze powiedzieć, że trochę przykro, że tak mało - w
porównaniu do wcześniejszych - komentarzy było pod ostatnim partem
i notką o rocznicy, ale w sumie to rozumiem, no bo w końcu szkoła.
Zapraszam
do czytania i jeszcze na mój kanał na YT ;>
I
zapraszam również do wysłuchania mojego coveru w duecie z Eweliną,
Encender nuestra luz:
Kocham
was <3

Rezerwacja ^.^
OdpowiedzUsuńOkej ;>
UsuńJak zwykle świetnie, ale moim zdaniem trochę za dużo "tak na marginesie". Nie bierz tego do siebie, to tylko moje, nic nieznaczące zdanie. Nie mogę się doczekać kolejnej części.
OdpowiedzUsuńA no możliwe, że się trochę razy powtórzyło, nadużywam tego stwierdzenia, może nie tyle w mówieniu co w pisaniu. :)
UsuńDziękuję ;))
Świetne !!!
OdpowiedzUsuńDługo czekałam na tę część ale warto było !
Czekam a cz. III !!!
Całuski :*
Na czym nagrywasz te covery?
OdpowiedzUsuńW Audacity. :)
UsuńBoski<3
OdpowiedzUsuńAmcia:)
Dziękuję <3
Usuńcudowne :*
OdpowiedzUsuńJak zwykle cudownie napisane ;*
OdpowiedzUsuńJuz czekam na kolejna część :3
Buziole-Maja♥
Bardzo dziękuję <3
UsuńBoskie ile bd czesci?
OdpowiedzUsuńDziękuję. :) Z boku na rozpisce jest, będzie jeszcze jedna ;))
Usuńmoje <3
OdpowiedzUsuńOkej <3
UsuńNabazgram coś później, muszę iść z psami ;________;
OdpowiedzUsuńOkej. :)
UsuńCudowny !
OdpowiedzUsuńO zakochani są już w sobie :) Szkoda mi tej Violetty no :( Leona w sumie też bo tak chce jej pomóc, a ona nic sobie z tego nie robi. I jeszcze ta ich kłótnia teraz. Wyjechała, nie wiedzą gdzie jest, a Leon pokłócił się tak z Fran. W sumie jej też mi szkoda ;( A on się teraz tak zapuścił i nie chce pomocy ! Violetta wracaj i weź się za siebie kobieto ! Czekam na kolejną część ;*
Kocham Cię <333
Dziękuję, kocham <3
UsuńNiebywałe - Violetta wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Przedstawiłaś ludzkie odbicie tej postaci, co sprawiło, że mimo wielu serialowych sytuacji, w których mnie irytowała, polubiłam ją. Tylko w twojej historii; uwzględniając: podczas oglądania serialu nadal mam ochotę przełączać na inny kanał podczas scen, w których występuje. Ale nie tym czynnikiem powinnam się zająć, a samą miniaturką, która było wspaniała. Ah, nadal będzie! Kolejna część, hę? Cóż, nie mogę się doczekać.
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję ;)
UsuńCudowny OS
OdpowiedzUsuńMasz ogromny talent
Czekam na nexta
Pozdrawiam
Lucyy
Trochę czasu minęło, zanim zdołałam znaleźć moment na napisanie porządnego komentarza.
OdpowiedzUsuńGłównym czynnikiem była szkoła, która stanowi problem nie jednego człowieka. Bloggerów zwłaszcza.
Pomijając ten kompromitujący i żałosny wstęp, rozpoczynam moją wypowiedź, która także nie będzie wybitna.
Olu, na twoim blogu nie jestem od początku, stałam się jego obserwatorką i zagorzałą czytelniczką, gdy opublikowałaś pierwszy OP o Marcesce, które ujął moje serce. Od tamtego dnia, rzadko zdarza mi się myśleć o czymkolwiek innym jak kolejne kłody pod nogami wykreowanych przez Ciebie postaci.
W tej części spotykamy się ze sporem zakochanych i sporem, Violetty z samą sobą, poniekąd. Zostawiła Leona i przyjaciół, wyjechała. Ileż bitew musiała stoczyć, aby podjąć taką decyzje, z pewnością mnóstwo.
Generalnie rzecz biorąc to w owej części nie dzieje się za wiele. Jest tylko takim dopełnieniem, obejściowym choć niezbędnym. Nieco sprzeczne odczucia, aczkolwiek prawdziwe.
Choć ostatnimi czasy moje zamiłowanie do Marcesci uleciało, to z przyjemnością czytałam fragmenty z ich udziałem.
Czekam na następny <3