czwartek, 2 lipca 2015

FEDERICO & CAMILA "Całość"


Nie wiedziałam jak będzie brzmiało połączenie imion Fede i Camili, więc dałam tylko ich imiona. Mądra ja :') Mam nadzieję, że wam się to coś na dole spodoba, kocham was <3



     - Skarbie, musimy wychodzić! – Zawołał, zakładając buty na nogi.
     Wcisnęła brązowy kapelusz na głowę i zbiegła po schodach, podnosząc do góry niebieską spódnicę. Stanęła na ostatnim stopniu. W tym samym momencie jej lewą nogę przeszył ostry ból, a z jej gardła wydobył się cichy jęk.
     - Camila, wszystko w porządku? – Zaniepokojony Federico zjawił się przy niej w jednej chwili. Chwycił ją za ramię. – Co się stało?
     - Ehm, nic – mruknęła prostując się. – Uderzyłam się. Idziemy?
     Spojrzał na nią podejrzliwie. – Tak, chodźmy.
     Wyszli z domu, on zastanawiając się, co ona ukrywa, ona z wyrzutami sumienia, że znów go okłamała.

     Z całej siły naciskała pedały, próbując nie dać się mu dogonić.
     - Mała, zaraz do czegoś dobijesz, zobaczysz! – krzyknął za nią.
     - Ty się o mnie nie martw! – Z gracją wyminęła jakąś starszą panią z wózkiem z zakupami. – Czemu się tak ociągasz?
     Odwróciła się i spojrzała na niego. Jechał kilka metrów za nią.
     - Bo nie mam przerzutek w rowerze, skarbie – odpowiedział. – Już więcej nie dam ci mojego dziecka, nie.
     Chciała coś odpowiedzieć, ale nagle poczuła okropny ból w nodze. Jeszcze gorszy, niż wcześniej. To nie zdarzyło się pierwszy raz. Nie wiedziała, dlaczego. Przecież nigdy wcześniej się tak nie działo.
     Straciła równowagę i runęła na ziemię, a zaraz za nią rower. Upadła na twardy chodnik.
     - Camila! – zawołał jej chłopak. Chwilę później już był obok niej. – Kochanie, wszystko w porządku? Widzisz, mówiłem, żebyś nie jechała tak szybko. - Ściągnął z niej rower. – Coś cię boli?
     Zagryzła wargę. – Noga.
     - Uderzyłaś się? – Potrząsnęła głową. – To dlaczego cię boli? Cami, słońce, co się dzieje?
     - Nnie… nnie wieem… - wyjąkała. – Nie wiem. Fede, nnie…
     - Spokojnie. Możesz wstać? – Chwycił ją za łokieć i pomógł podnieść się do pionu. Podniósł jej rower. – Trzymaj. Poprowadzimy. Powoli, nie tak szybko. Idziemy do domu. Musimy sobie porozmawiać.
     - Dlaczego? – spytała, zaciskając zęby.
     - Ty mi powiesz. Wiesz coś, a nie chcesz powiedzieć.
     - Nieprawda – zaprotestowała.
     - Będziesz się jeszcze kłócić? – Spojrzał na nią. – Na twoim miejscu siedziałbym cicho.
     Westchnęła cicho, nie odpowiedziała. Szła obok niego wolnym krokiem. Kilka minut później przechodzili przez bramę prowadzącą na ich podwórko. Spytał, czy da radę zaprowadzić rower na miejsce, odpowiedziała, że jasne, tak.
     Weszli do domu. Ściągnęła buty z nóg i chciała jakoś przemknąć do sypialni żeby uniknąć rozmowy, ale ją zauważył.
     - Do salonu – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu.
     Jęknęła w duchu, ale posłusznie skierowała się do dużego pokoju. Usiadła na fotelu, zakładając nogę na nogę, ale prawie natychmiast ją zdjęła, poczuwszy ból. Federico usiadł na sofie.
     - Co się dzieje? – spytał. – I przestań mówić, że nic, bo ci nie uwierzę.
    Milczała przez chwilę. – Ale naprawdę nic.
     - Camila! – Krzyknął zdenerwowany tak głośno, że aż zadrżała. – Nie okłamuj mnie, do cholery!
     - Nie kłamię – powiedziała cicho.
     Wstał z kanapy, podszedł do niej i ukucnął. Położył rękę na jej prawej nodze i zacisnął ją niezbyt mocno, jednak dziewczyna od razu jęknęła głośno.
     - Nie kłamiesz, mówisz? Więc jak może boleć cię – Znów zacisnął rękę na jej nodze – coś takiego?
     - Przestań – poprosiła prawie szeptem.
     Przez moment się nie ruszał, w końcu jednak usiadł z powrotem na kanapie. Oparł głowę na ręce, zmarszczył czoło, jakby się nad czymś zastanawiał. Spojrzał z powrotem na nią.
     - Chodź tutaj – powiedział. Wstała z wahaniem i stanęła przed nim. – Ściągnij spodnie. – Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. – Chcę zobaczyć twoją nogę. No chyba się mnie nie wstydzisz. Ściągnij spodnie – powtórzył.
     Powoli zsunęła czarne leginsy z bioder. Opadły na ziemię. Wyciągnęła z nich nogi. Dotknął jej prawego uda.
     - Tutaj boli? – spytał. Pokręciła przecząco głową. Przesunął rękę niżej, na kolano i nacisnął na nie. Natychmiast się skrzywiła i zachwiała niebezpiecznie. Chwyciła go za ramię, próbując utrzymać równowagę. – Już spokojnie.
     Złapał ją za biodra i pociągnął w swoją stronę, sadzając na sobie okrakiem. Oparła dłonie o jego klatkę piersiową. Ujął jej podbródek. – Chcę, żebyś mówiła mi zawsze, kiedy znów będzie cię boleć. Czy to jest jasne? – Skinęła głową. – A jutro umówię cię do lekarza.
     Westchnęła i oparła głowę o jego ramię. – Na pewno po prostu się przetrenowałam.
     - Możliwe. Ale nie zaszkodzi sprawdzić. I ogranicz te treningi, skarbie. Na razie najlepiej w ogóle z nich rezygnuj.
     Kiedyś śpiewała. I chciała śpiewać już zawsze. Jednak poważna operacja przeprowadzona na jej strunach głosowych skreśliła jej marzenia. Jej głos był teraz słaby, nie tak, jak wcześniej. Musiała pogodzić się z tym, że nigdy nie będzie śpiewać. Ale znalazła nową pasję – taniec. Teraz to jego pokochała. I myśl, że musiałaby zrezygnować z kolejnej ważnej dla niej rzeczy, była nie do zniesienia.
     Wziął do ręki pilot i włączył telewizor. – Będzie ci przeszkadzać? – Potrząsnęła głową.
     Wsunął rękę pod jej koszulkę i zaczął masować jej plecy. Czuła jego oddech na swoim karku. Splotła ich palce ze sobą. – Kocham cię – powiedziała cicho.
     Pocałował ją w czubek głowy. – Ja ciebie też. Spróbuj zasnąć.
     - Będziesz tutaj? – spytała.
     - Oczywiście. Zaniosę cię do łóżka, jak zaśniesz.
     Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Czując, jak przesuwa kciukiem wzdłuż jej kręgosłupa rozluźniła się, i niedługo później zasnęła.

     Obudził ją ból w nodze. W pierwszym momencie chciała zerwać się z łóżka, ale zrezygnowała, nie chcąc obudzić śpiącego obok niej chłopaka. Zacisnęła zęby, ale niewiele to dało. Podparła się na łokciach. Oddychała głęboko. Ostrożnie przysunęła się bliżej Federico i oparła głowę o jego klatkę piersiową. Miała nadzieję, że kiedy poczuje jego bliskość, ból zelżeje, ale pomyliła się.
     Nie zdawała sobie sprawy jak głośno szlocha i jak mocno wbija palce w jego rękę, dopóki on nie potrząsnął nią zaniepokojony.
     - Boże, skarbie, co się dzieje? – Nachylił się nad nią. – Co się stało?
     - Nic – wykrztusiła. – Wszystko… w porządku.
     Odgarnął jej włosy z twarzy i odwrócił swoją stronę. – Co się boli, kochanie? Noga?
     - Nie… zostaw mnie – powiedziała, kiedy chciał jej dotknąć. – Nie dotykaj. Zaraz przejdzie, daj mi spokój, idź spać. Federico, nie dotykaj! Proszę!
     Zrzucił z siebie kołdrę i wstał z łózka. Zerknął na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Wyciągnął z szafy czarną bluzę i tego samego koloru koc. Sam wciągnął na siebie ciemny T – shirt i spodnie dresowe. Podszedł do niej. Chwycił ją za ramię i posadził na łóżku. Założył na nią bluzę.
     - Ja nie chcę! – Protestowała, kiedy wziął ją na ręce i zakrył jej nogi kocem. – Zostaw mnie! – Szarpała się na wszystkie strony. – Postaw mnie, Federico!
     - Bądź cicho – uciszył ją. – Jedziemy do szpitala. Nie będę patrzył, jak się męczysz.
     Zszedł z nią na dół. Z trudem wyszedł z domu i zamknął drzwi. Położył ją na tylnym siedzeniu samochodu. Zanosiła się głośnym płaczem bo noga bolała ją coraz bardziej. A w duchu cieszyła się, że jej chłopak zabiera ją tam, gdzie jej pomogą.

     - Doktorze, co się dzieje z moją dziewczyną? – spytał chwytając wysokiego mężczyznę w białym fartuchu za ramię.
     Odwrócił się w jego stronę. Poprawił okulary. – Sytuacja nie wygląda zbyt dobrze, ale czekamy jeszcze na wszystkie wyniki. Proszę być dobrej myśli.
     Uniósł brwi i otworzył usta, ale jakikolwiek dźwięk udało mu się z nich wydobyć dopiero za trzecim razem.
     - Coś jest nie tak? – zaniepokoił się. – Doktorze, proszę mi powiedzieć.
     - Możliwe, że konieczna będzie amputacja prawej nogi. Przepraszam pana.
     Odszedł.
     Federico stał przez moment w miejscu. Jego usta poruszały się w niemym „amputacja”. To nie było możliwe. Wiedział, że ona tego nie przeżyje. Miał świadomość, że się załamie. Już raz coś zniszczyło jej marzenia. Drugi raz mogła tego nie znieść.
     Powoli nacisnął klamkę i wszedł do jej Sali. Dochodziła siódma rano. Zdążył już przywieźć z domu jej rzeczy. Kiedy ją zostawiał, spała. Teraz leżała na łóżku wpatrzona w sufit, z jedną ręką zaciśniętą na białej kołdrze.
     - Hej, skarbie – powiedział siadając obok niej.
     Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko. Chwyciła go za dłoń. – Coś się stało?
     Odwzajemnił uśmiech próbując ukryć co tak naprawdę czuje.
     - Nic, kochanie. Leż sobie. Odpoczywaj.
     - Fede, widzę, że coś cię martwi. Powiedz mi – nalegała.
     Potarł skroń. – Jestem po prostu zmęczony. I martwię się o ciebie.
     Podniosła się na łokciu i dotknęła dłonią jego policzka.
     - Jedź do domu. Prześpij się. Nie musisz cały czas tutaj siedzieć – powiedziała.
     Potrząsnął głową. – Nie zostawię cię samej.
     - Kochanie, jestem w szpitalu – przypomniała mu. – Przecież nic mi się tutaj nie stanie. – Chciał zaprzeczyć, ale przyłożyła palec do jego ust. – Nie. Federico, proszę. Musisz odpocząć. Zrób to dla mnie.
     Westchnął cicho.
     - Dobrze. Ale połóż się. Wrócę później.
     - Jak się wyśpisz – zaznaczyła. – Nie śpiesz się. Rozmawiałeś z lekarzem? – Skinął z wahaniem głową. – Co mówił?
     - Trzeba czekać na wyniki badań. Na razie tyle. – Pocałował ją w czoło. – Do zobaczenia, skarbie.
     Jeszcze w progu pomachał do niej. Na jej twarzy znów wykwitł lekki uśmiech.
     Musiał skłamać. Nie miał wyboru. Nie mogła znać prawdy, jeszcze nie teraz. Był zdania, że na wszystko przyjdzie odpowiednia chwila. Przecież gdyby badania wyszły dobrze – nigdy nie musiałaby się dowiedzieć o podejrzeniach lekarzy.
     Nikt nie wyobrażał sobie jak bardzo chciał, żeby właśnie tak się stało.

     - Niestety, konieczna była amputacja, ale cały zabieg przebiegł bez problemów. Nie było żadnych powikłań, żadnego zakażenia. Kończyna amputowana jest poniżej stawu kolanowego. Konieczna będzie rehabilitacja i zakup protezy. Myślę, że za kilka dni będziemy mogli wypisać panią Torres z naszego oddziału. Dziękuję panu.
    Jego świat legł w gruzach.

     Wszedł cicho do Sali szpitalnej. Z okna widać było zachodzące już słońce, a jego ostatnie promienie jeszcze wpadały do środka. Leżała na swoim łóżku – tym samym, na którym położono ją kilka dni temu. Teraz jej oczy były zamknięte, ale jej płytki oddech i ciche szlochy wskazywały, że wcale nie śpi. Podszedł do niej powoli. Klęknął obok niej.
     - Skarbie. – Dotknął jej policzka. – Jestem tu. Jestem przy tobie.
     Usiadł na brzegu jej łóżka. Nadal była otumaniona – po operacji – i z wielki trudem wyciągnęła do niego ręce. Przytulił ją mocno do siebie. Przycisnął jej głowę do swojej piersi i pocałował ją we włosy. Kołysał ją lekko w przód i w tył, próbując ją uspokoić i cały czas szeptając coś na ucho. Obejmował ją ramionami, chcąc uchronić ją przed wszystkim co złe. Ale już nie mógł. Było za późno.
     - Kocham cię bardzo – powiedział cicho. – Dasz radę, jesteś silną dziewczynką. Będę przy tobie. Razem przez to przejdziemy.
     Nie odpowiedziała.
     Od tamtej chwili przestała mówić.

     Zapiął jej pasy. Odgarnął jeszcze długie włosy z jej twarzy, po czym zatrzasnął drzwiczki a sam obszedł samochód i wsiadł z drugiej strony. Odpalił silnik i pojazd ruszył.
     - Proteza będzie dopiero za miesiąc. Niecały. – Spojrzał na nią. – I wtedy zaczniemy rehabilitację. Nie wiem jeszcze jak dokładnie, nie wiem, czy pojedziesz do jakiegoś ośrodka, czy zostaniesz w domu. Zobaczymy jak będzie najlepiej.
     Nie zareagowała. Jakby w ogóle go nie słyszała. Ale tak było od dłuższego czasu. Lekarze kazali dać jej czas. Mówili, że to normalne, bo przecież to szok dla chorego. Ale – Broń Boże! – zabronili jej do czegokolwiek zmuszać, nie ważne, czy chodziło o mówienie czy o jakiekolwiek reagowanie. Miał dać jej spokój. Musiała oswoić się z myślą, że już nic nie jest takie jak wcześniej.
     Jej marzenia legły w gruzach. Już drugi raz. I wcale nie miała ochoty się za siebie wziąć. Wiedziała – oczywiście, że wiedziała – jaki ból sprawia tym Federico, ale mało ją to obchodziło. On jej nie rozumiał. Nie miał pojęcia przez co przechodzi.

     Rozmasowywał truskawkowy szampon na całej je głowie. Jego ruchy były wolne i precyzyjne – jakby bał się zrobić jej krzywdę.
     Spłukał pianę z jej włosów i odwiesił słuchawkę na bok. Chwycił ją pod pachami i wyciągnął z wanny, sadzając ją na drewnianym krześle i zarzucając na jej ramiona olbrzymi ręcznik, który zakrył całe jej ciało. Wziął do ręki szczotkę i powoli zaczął rozczesywać jej piękne, długie włosy. Uwielbiał ich zapach. Uwielbiał ich miękkość, którą czuł pod palcami. Kochał je. Zresztą, kochał wszystko, co miało jakikolwiek związek z nią. Bez wyjątku.
     Odłożył szczotkę na bok. Podłączył suszarkę do prądu i włączył ją.
     - Zamknij oczy – powiedział.
     Opuściła powieki, a po chwili poczuła powiew ciepłego powietrza na swojej mokrej głowie.
     Tak było od dwóch tygodni. Dla niej już nic się nie liczyło. Wszystko straciło sens. Czuła się jak dziecko, kiedy Federico się nią zajmował – kiedy ją ubierał, mył, czesał, karmił. Siedział przy niej całymi godzinami, czasami coś mówił, czasami milczał, ale zawsze był. A ona zachowywała się jak lalka – zero reakcji, bo przecież w niej też nie było sensu. Nie mogła patrzeć na siebie, na swoją nogę – a raczej jej brak, a ilekroć przypadkiem jej wzrok skierował się w tamtą stronę, w jej oczach zbierały się łzy i wybuchała głośnym płaczem. Oprócz właśnie takich chwil – już nie płakała. Zabrakło jej łez. Tak podejrzewała.
     Kilka minut później Federico odłożył suszarkę. Klęknął przed nią i zaczął wycierać jej ciało ręcznikiem. Założył na nią bieliznę – z trudem, bo z trudem, ale założył – i szary dres. Związał jej świeżo umyte włosy w wysokiego kucyka. Odchylił jej głowę lekko do tyłu, nachylił się nad nią i pocałował ją w szyję. – Kocham cię – wyszeptał.
     Ale ona milczała. Westchnął cicho i wziął ją na ręce. Poszedł do salonu. Posadził ją na sofie. Związał na supeł prawą nogawkę jej spodni. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
     Znów ta rutyna. Jak zawsze.

     Wszedł do sypialni, spoglądając na tarczę zegara wiszącą przy drzwiach. Dochodziła dziewiąta, na dworze było już jasno. Podszedł jej do łóżka. Ale ona już nie spała. Od kilku godzin, zresztą.
     - Dobra, skarbie. Sytuacja wygląda tak. Miałem dać ci czas, i dostałaś go aż nadto. Przez cztery tygodnie do niczego cię nie zmuszałem, ale teraz to się zmieni. Po południu jedziemy odebrać twoją protezę, załatwimy ci też rehabilitację. A, no i zapomniałbym. Od dzisiaj zaczynasz mówić, a jak nie będzie ci szło, to ja mam kontakt do świetnego logopedy.
     Nie odpowiedziała, choć doskonale go słyszała. Ale jej było dobrze tak jak było. Przecież i tak już nie było po co się starać.
     Ściągnął z niej kołdrę i chwycił za rękę i podniósł do pozycji siedzącej.  - Ubierzesz się teraz, czy później? - Nadal milczała. Założyła ręce na piersi, a w jej oczach zebrały się łzy. Podszedł z powrotem do niej, klęknął przed nią i ujął jej twarz w dłonie. – Co się dzieje? Ej, nie płacz. Nie znoszę patrzeć, jak płaczesz.
     Cisza.
     - Nie pomogę ci, jeśli nie zaczniesz się odzywać – dodał ostrzej. – Płaczesz, a ja nie wiem co się dzieje, bo ty zachowujesz się jak dziecko i nie chcesz nic powiedzieć.
     Pociągnęła nosem.
     - Zostaw mnie. – Jej głos był cichy i schrypnięty, w końcu tak dawno nie wypowiedziała ani słowa.
     - Nie zostawię – odparł głosem niby obojętnym, ale w środku skakał ze szczęścia, bo w końcu usłyszał jej głos, który był muzyką dla jego uszu. – Wiem, że jest ci ciężko. Ale ja będę przy tobie, kochanie.
     - Nic nie wiesz. Nie rozumiesz mnie, i nigdy nie zrozumiesz. Nic już nie ma sensu.
     - Nie mów tak. Nie mów tak, bo to nieprawda. Z czasem będzie lepiej, zobaczysz.
     - Nie będzie lepiej. – Wytarła łzy.
     Patrzył na nią przez moment. – Nie będziemy ciągnąć tej rozmowy. Wiesz, co ja o tym sądzę. Idziemy na dół.
     Chciała jakoś zaoponować, ale on wziął ją na ręce. Zeszli po schodach na dół, do kuchni. Posadził ją przy stole. – Co zjesz? – spytał podchodząc do blatu.
     - Nie jestem głodna. – Pociągnęła nosem.
     - Mamy tylko ser. Wolisz chleb czy bułkę? Wezmę bułkę, chleb już jest stary.
     Oparła głowę na ręce. Nie poruszyła się, kiedy Federico postawił przed nią talerz. – Jedz – powiedział.
     - Nie mam ochoty – odparła cicho.
     - Nie pytam, czy masz ochotę. Masz zjeść.
     - Którego słowa z „nie mam ochoty” nie rozumiesz?
     - Będziesz siedzieć tutaj, dopóki to nie zniknie z talerza. Spokojnie, mamy cały dzień. Idę do salonu.
     Zostawił ją samą, ale jeszcze w progu usłyszał jej rozpaczliwe „Fede, dlaczego ja?”. Serce ścisnęło mu się z żalu. Tak bardzo ją kochał. Kochał ją mimo wszystko, pomimo je braków, a szczególnie jednego, którego nie dało się nie zauważyć. Ale nawet bez nogi była piękna. Była osobą, która wnosiła światło do jego życia. Bez niej nic nie miałoby sensu. Ale była zbyt słaba. Była słaba, a w tym momencie musiała mieć dużo siły, żeby dać sobie radę. Żeby zacząć normalnie żyć. Była jego słońcem. Obiecał sobie, że przy niej będzie, że jej pomoże. I obietnicy zamierzał dotrzymać.
     - Federico…!
     - Zjadłaś?
     - Nie, ja…
     - Więc nie mamy o czym rozmawiać.
     Położyła głowę na stole, zakryła się rękami i zaczęła cicho szlochać.
     Nikt nie wiedział przez co przechodzi. Nikt nie wiedział jak się czuje, kiedy uświadamia sobie, że już do końca życia będzie kaleką. Och, tak, tak, proteza. Ale, do cholery, to nie to samo. Ona wiedziała, że nie jest silna. Nie była typem takiej dziewczyny. A to spadło na nią tak niespodziewanie, bo przecież nic na to wszystko nie wskazywało.
     Wrócił do kuchni, kiedy zegar wskazywał już godzinę piętnastą.
     Ostatni kawałek właśnie znikał w jej ustach. Oczy miała zaczerwienione, a na policzkach jeszcze ślady łez. Kucnął przy niej. – Dało się zjeść?
     Spojrzała na niego. Zagryzła wargę. Wyciągnęła do niego ręce. Chciała jego bliskości. Przytulił ją mocno do siebie. Zaciągnął się zapachem jej włosów.
     - Potrzebuję cię – wyznała, prawie szeptem. – Nie zostawiaj mnie.
     - Nigdy, skarbie – odparł. – Zawsze będę przy tobie.
     - Kocham cię.
     - Ja ciebie też. Najbardziej w świecie.
     Wciągnęła powietrze do płuc. Odezwała się dopiero po chwili.
     - Przepraszam.
     - Nie masz za co. Nic się nie stało.
     Odsunęła się od niego. Zagryzła wargę i spojrzała na jego twarz. W jego oczach widziała bezgraniczną miłość. – Wiesz, jak to jest nie mieć nogi? – spytała.
     Spojrzał na nią z czułością. Dotknął jej policzka. – Z czasem będzie lepiej, obiecuję.
     - Nie odpowiedziałeś.
     Był smutny. Cierpiał, widząc jak cierpi. Odczuwał wszystko to, co czuła ona. Był jej idealną kopią.
     - Nie – odparł. – Ale wierzę w ciebie. Z tym da się żyć, będziesz mogła funkcjonować zupełnie normalnie, jak każdy inny człowiek, Camila.
     Pokręciła przecząco głową i chciała coś powiedzieć, ale on przyłożył palec do jej ust. – Cichutko, nic nie mów. Pomogę ci. Pomogę ci, tak? Przecież po to mnie masz. Hej, tylko nie płacz mi tutaj. No mała, słyszysz mnie? - Skinęła głową i pociągnęła nosem. – Dobra. To teraz cię ubierzemy, i jedziemy po protezę. Wstawaj. – Chwycił ją za rękę, po czym wsadził sobie na barana. – Ale jesteś teraz leciutka.
     - Wcześniej byłam ciężka? – W jej głosie jawiła się słaba wściekłość.
     - Nie powiedziałem tego – prychnął, na co ona westchnęła z rezygnacją i nic nie odpowiedziała. Zaśmiał się po nosem.

     - Nie dam rady – stęknęła.
     - Dasz. Jeszcze dziesięć powtórzeń. Prostuj nogę. – Usztywnił ją w kolanie. – Obciągnij stopę. Druga noga na ziemi. Na ziemi, Camila, czego w tym nie rozumiesz?
     - Nie umiem! – krzyknęła zrezygnowana, a jej noga opadła bezwładnie na matę.
     - Dziewczyno, co ci dzisiaj odwala?
     Zacisnęła ręce na brzegach maty. – Nie daję rady, rozumiesz? – powiedziała przez zęby.
     - Robisz to ćwiczenie od kilku tygodni, więc się nie wygłupiaj, tylko ćwicz dalej.
     Odepchnęła go od siebie. Upadł na ziemię, ale zaraz podniósł się. Nachylił się nad nią i przycisnął jej ramiona do podłogi. – Nie pogrywaj ze mną. Będziesz ćwiczyć. Będziesz ćwiczyć, bo ja ci każę, słyszysz?
     - Nie. Nie słyszę. Jestem kaleką i nie słyszę – warknęła, starając się go z siebie zrzucić, ale nie dawała rady.
     - Tak, masz rację. Jesteś kaleką i zostaniesz nią, jeśli nie weźmiesz się do roboty.
     Walczyła z samą sobą, nie chcąc się rozpłakać. Nie teraz, nie przy nim, nie w tej sytuacji. Nie mogła mu pokazać, jak bardzo słaba jest. Miała być silna.
     - Zostaw mnie. Zostaw mnie! – powtórzyła. – Wyjdź stąd! Nie chcę cię widzieć!
     - Będziesz tego żałowała – rzucił, ale puścił ją. Wstał i opuścił salon.
     Leżała jeszcze przez moment na twardej podłodze, a po chwili z trudem podniosła się na łokciach i usiadła. Powoli doczołgała się do kanapy. Oparła się o nią rękami i próbowała wstać, ale nie udało się jej. Jej zdrowa noga była zbyt słaba, żeby unieść całe jej ciało. A drugiej nie było w ogóle.
     W końcu upadła z hukiem na ziemię. Wybuchła głośnym płaczem. Wtuliła twarz w brudny, ale miękki dywan i głośno zawodziła. Niedługo później, zupełnie wyczerpana, pogrążyła się w głębokim śnie.
     Obudziła się niedługo później. Otworzyła gwałtownie oczy, bo ktoś chwycił ją za ramiona.
     - Spokojnie. – Zauważyła Federico. – Cichutko. Zaniosę cię do łóżka.
     Wziął ją na ręce i powoli zaniósł do ich sypialni. Przebrał ją ostrożnie i przykrył kołdrą.
     - Dobranoc. – Pocałował ją w czoło.
     Tak bardzo ją kochał.



     Jęknęła głośno. – Federico no…
     - Nie jęcz, tylko chodź tutaj. Zobacz, jeszcze tylko osiem kroków. Dasz radę, skarbie.
     - To ty też zrób tyle co ja – zaproponowała wspaniałomyślnie, odgarniając włosy z twarzy.
     Uniósł brwi do góry. – Wtedy się miniemy, skarbie, jaki w tym jest sens?
     - No to ja zrobię cztery i ty też zrobisz cztery. – Uśmiechnęła się tryumfalnie.
     Zaśmiał się.
     - Ale z ciebie kombinatorka. No dobra. Ale idziesz ładnie, stawiasz nogę prosto, jasne?
     Wzruszyła ramionami. – Jasne. Jak zawsze.
     Chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego tylko pokręcił z rozbawieniem głową. Postawiła krok w jego kierunku. Zrobił to samo. Później drugi. Była już tak blisko trzeciego, kiedy niespodziewanie straciła równowagę i runęła z impetem na ziemię, wydając z siebie głośny pisk. Wrzasnęła z irytacją. – Umyłbyś sobie te buty – mruknęła przyglądając się jego zakurzonym adidasom.
     - Wstawaj – powiedział robiąc krok w tył.
     - Pomóż mi.
     - Umiesz sama. No raz.
     W geście protestu objęła jego nogi rękami. – Nie umiem – warknęła.
     Westchnął cicho. Pochylił się, chwycił ją pod pachami, podniósł do góry i przerzucił sobie przez ramię, na co ona zareagowała jeszcze głośniejszym piskiem. – Postaw mnie!
     - No, teraz to bądź cicho. – Wymierzył jej mocnego klapsa w pośladek.
     - Niewyżyty! – syknęła.
     Klepnął ją drugi raz. – Nawet nie wiesz jak bardzo – mruknął do jej ucha, aż jej ciało przeszył dreszcz.
     - Mam się bać?
     - Powinnaś – zaśmiał się.
     - Ale nie zrobisz mi nic złego? – upewniła się.
     - Jak mógłbym skrzywdzić moją księżniczkę? Spokojnie, tobie też będzie się podobało.
     Już nie odpowiedziała. Wiedziała, czego mogła się spodziewać.
     I już nie mogła się doczekać.

     Weszła do kuchni. Postawiła konewkę na stole.
     - Na górę już nie wejdę – westchnęła głośno siadając na krześle. – Później podleję. Najwyżej zwiędną.
     Chłopak zaśmiał się pod nosem.
     - Ja zaraz pójdę. – Przestawił garnek na większy palnik. – Idziemy później na spacer?
     - Ale tym razem weź moje kule – zaznaczyła.
     Podszedł do niej i pocałował ją w policzek. – Ja sobie pani życzy. – Przerwał na moment. – Zapisałem cię.
     Zmarszczyła czoło.
     - Gdzie? – spytała zdezorientowana.
     - Do szkoły tańca dla niepełnosprawnych. Za tydzień zaczynasz.
     Musiała minąć chwila, zanim udało jej się odpowiedzieć.
     - Na… naprawdę? – wyjąkała. Pokiwał głową. Po momencie na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zerwała się na nogi i rzuciła na szyję, przy okazji uderzając protezą w nogę Federico. – Przepraszam! Dziękuję! – zawołała. – Przepraszam, bardzo cię boli? Oooj, dziękuję Fede, dziękuję, dziękuję!
     - Nie ma za co, skarbie – odparł.
     Odsunął ją od siebie. Ich oczy spotkały się. Zbliżył swoje usta do jej. Po chwili złączyły się one w głębokim, pełnym miłości pocałunku.
     - Kocham cię – powiedział, kiedy się od siebie oderwali.
     - A ja ciebie – odparła, ponownie się do niego przybliżając i przywierając od niego całym ciałem.
     Miała ochotę już nigdy go nie puszczać.
     Byli w końcu całością.

18 komentarzy:

  1. Ale cudo!
    Nigdy nie czytalam czegos podobnego!
    Switnie piszesz!
    Juz nue moge doczekac się kolejnych dzieł w twoim wykonaniu <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. *-*
      Nie, nie, nie.... Tylko nie płacz! ;'c Nie mogę... Popłakałam się ;cccc
      Jakie to wzruszające^^
      Nie mogę tu niczego więcej napisać....
      To jest... GENIALNE, CUDOWNE ;-* Tylko Ty potrafisz wzbudzić we mnie AŻ tyle emocji na raz!
      .....
      Czekam na kolejne cudeńko<3
      Cami i Fede :3 Ona już prawie dwa razy straciła swoje marzenia (jeśli mogę powiedzieć straciła) Ale na końcu i tak (raczej) będzie tańczyć :D
      A Feder zawsze przy niej <3
      Jak ja ich uwielbiam *0*
      Weny <3
      Roxita

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. No i wróciłam... Długo mnie nie było, co? Dwie godziny, mądra ja. Nie mam pojęcia co to za para i chyba jeszcze o niej nie słyszałam. Ale ta historia mnie poruszyła. Wreszcie udało mi się nie ryczeć przy twoich partach! Dostanę Nobla? A teraz na poważnie. Do tej pory nie miałam jakoś zwyczaju "przejmować się" uczuciami Camili. Ale ty to zmieniłaś. Dzięki tobie nawet ją polubiłam. Życzę dużo weny. Przyda się, bo inaczej zamęczę cię pytaniami "Kiedy dodasz następny rozdział?"... Przypomina mi się jak cię tak tym pytaniem wkurzyłam :-). Wolę do tego nie wracać. Uwaga, podsumowuję... Rozdział the best, a ty nadal nie zgadłaś kim jestem -.-! Masz w tym komentarzu sporo podpowiedzi. To już wiesz jaka osoba kryje się za moją jakże anonimową a jednak nie anonimową osobą? Czekam :#

      Usuń
    2. Nie każ mi myśleć, szczególnie o tej porze xd Dziękuję ;))

      Usuń
  4. Ja...nie wiem co mam Ci napisać.
    Twoje prace czyta się tak lekko i przyjemnie, co oczywiście jest wielkim plusem.
    I bardzo się cieszę, że je tworzysz i publikujesz, bo dzięki mam co robić w te wakacje.
    Mój komentarz nie jest długi, ale ciężko jest mi cokolwiek zrobić (nienawidzę upałów).
    Wybacz.
    Całuję i życzę przyjemnych wakacji.!!!
    ~Anonim Juleśka ❤

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne. Nic dodać, nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Caderico? Femi?
    Świetnie napisane, uwielbiam Cię!

    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie myślałam, czy nie Femi, no ale to raczej Federico i Ludmiła - Fedemiła - Femiła - Femi, więc zrezygnowałam XD
      Dziekuję bardzo <3

      Usuń
  7. Witaj, Olu!

    Podobno komentarze motywują, więc ja również postanowiłam zostawić po raz pierwszy po sobie ślad na Twoim blogu, pod Twoją historią, a nie wątpliwie jesteś z tych osób, które zasługują na to, aby dostać komentarz. Czytam mało blogów, mało się udzielam, ale u Ciebie postanowiłam zrobić zupełnie inaczej.
    Prawdą jest, że śledzę Twój blog, praktycznie od momentu, kiedy powstał. Czytałam. Czyta każdą historię. Bywało różnie, ale zazwyczaj, każda z nich w jakiś stopniu, chwytała mnie za serce. Bardzo się cieszę, że po krótkiej przerwie jaką sobie zrobiłaś powróciłaś do bloggerowego świata. Nawet nie wiesz, z jaką przyjemnością czyta mi się historie, gdzie nie ma obrzydliwie bogatego Leona, któremu w głowie tylko jedno i Fjoli, która na niego leci (przepraszam, musiałam, ale wciąż nie rozumiem pewnego fenomenu...) Może ja jednak, przejdę do skomentowania najnowszego parta? Tak, myślę, że tak będzie najlepiej.
    A tak na marginesie, osoba wyżej miała rację. Połączenie imion Fede i Cami, to Femi :)
    Ten part, pokazał jak wygląda prawdziwa miłość i na czym ona polega. I chyba dlatego, ta historia tak mnie ujęła. Ukazałaś w niej to, o co chodzi gdy uczucie jest prawdziwe. Cami zawalił się świat, straciła nogę, wiarę również straciła, ale nigdy nie straciła Fede. Trwał przy niej, bez względu na wszystko. Mimo że ona zwątpiła, on nigdy nie przestawał w nią wierzyć. Wspierał ją od początku do końca. Pomagał jej stanąć na nogi. Nauczył od nowa chodzić. Ale przede wszystkim udowodnił jej swoją miłośc, tą prawdziwą. Nie uciekł, kiedy pojawiły się problemy. Był przy niej w momencie, kiedy potrzebowała go najbardziej na świecie. Zdał test miłości. Tej prawdziwej. Pewnie nie jeden na jego miejscu by uciekł, zwątpił, ale on jednak tego nie zrobił trwał przy niej. Był z nią, nie tylko w tych dobrych momentach, ale również w tych złych. To dzięki niemu, Cami zaczęła wierzyć w to, że jeszcze kiedyś wyjdzie słońce. Dzięki jego pomocy i wsparciu, późniejsze chodzenie wychodziło jej coraz lepiej. Gdyby nie Fede, jego miłość Cami nie osiągnęłaby tak wiele. To niesamowite ile może zdziałać jedno uczucie, naprawdę. Końcówka tego parta, idealnie nam to obrazuje.
    Olu, cudownie, naprawdę.
    Jeszcze cudowniejszy jest Twój postęp, naprawdę. Widzę, jak wiele się nauczyłaś od momentu, kiedy założyłaś bloga. Jaki duży postęp zrobiłaś, praktyki czyni mistrza, prawda?
    Wiesz za co jeszcze uwielbiam Ciebie i Twoje historie? Właśnie za tą prawdę, którą każda ma w sobie. Przedstawia prawdziwe problemy, a nie życie w luksusie. Ukazują, że nie najważniejsza są pieniądze, a ja kocham historie z przesłaniem, inne można powiedzieć, że omijam szerokim łukiem.

    Olu, czekam na ''Śpiącą Królewnę'' już nie mogę się doczekać, naprawdę.
    Pozdrawiam Cię serdecznie, L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, jaki piękny komentarz, wzruszyłam się, dziękuję <333
      Tak, ja też widzę, że zrobiłam postęp. Piszę o wiele, wiele, wiele, wiele lepiej niż na początku, to widać xd
      Dziękuję <3

      Usuń

Proszę, skomentuj, to przecież zabiera tak niewiele czasu, a daje dużo więcej :)