sobota, 31 października 2015

Valio la pena todo hasta aqui

     
     Dzisiaj mam dla was parta, z którym wygrałam na konkursie u Dorotki. Przyznam, że efekt końcowy mi się nie podoba, myślałam, że będzie lepiej ;c Ostrzegam, długi, bo 18 stron. Zapraszam do czytania!



     Valió la pena todo hasta aquí

     Są miejsca, do których chcemy powracać. Są ludzie, o których chcemy pamiętać. Są rzeczy, które chcemy wspominać. Czasami jednak nie mamy takiej możliwości.
     To spotkanie miało być okazją powrotu w tamte czasy. Powrotu do lat, które były przecież najpiękniejszymi w życiu każdego z nich. Mogli zacieśnić więzy, które poluzowały się przez całą dekadę, naprawić kontakty, które zerwały się z różnorakich, czasami niezależnych od nich powodów.
     Szkoda tylko, że niektórzy z nich zmienili się tak bardzo, że ponowne zrozumienie się nie było do końca możliwe.

     Porque al menos te conocí

     Wysiadła z samolotu.
     Pierwszy raz od ośmiu lat postawiła nogi na argentyńskiej ziemi. Myślała, że nie będzie w stanie tego zrobić. Ale widocznie była silniejsza niż jej się wydawało.
     Kiedy kilka minut później odebrała swoją walizkę i ciągnąc ją za sobą ruszyła w stronę łazienki nie wiedziała jeszcze, że przyjazd tutaj ponownie obróci jej życie o 180 stopni.
     - Natalia! – Usłyszała swoje imię. A ten głos poznałaby wszędzie. Koszmarnie wysoki, tak bardzo, że po dłuższym słuchaniu można było dostać bólu głowy, ale miał w sobie to coś, czego nie można było pomylić z żadnym innym. – Hej, stój!
     Nie zważając na spojrzenia innych ludzi, rzuciła bagaże na ziemię i ruszyła biegiem w stronę zbliżającej się w jej kierunku blondynki. Ech, to nic, że prawie przewróciła się w kilkunastocentymetrowych szpilkach. Miała teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
     - Boże, Ludmiła! – Z rozpędu wpadła w jej ramiona, prawie przewracając ją na ziemię. – Ludmiła… Boże, tyle lat!
     I nie zważając uwagi na nic, wybuchła głośnym płaczem. Dziesięć lat. Tak dawno jej nie wiedziała. Tak bardzo za nią tęskniła. Była jej pierwszą – i jedyną zresztą – przyjaciółką.
    - Jezu, Natka, nie płacz, bo zaraz ja nie wytrzymam – wyrzuciła jej, jednocześnie jeszcze mocniej się do niej przytulając.
     Dopiero po kilku minutach oderwały się od siebie.
     - Włosy ci urosły. – Blondynka przetarła ręką oczy widząc jej długie, ciemne loki sięgające pasa.
     - A ty je znowu ścięłaś. – Pociągnęła nosem. – Nic się nie zmieniłaś. Nadal jesteś taka śliczna.
     Podniosła z ziemi swoje walizki i założyła torbę z laptopem na ramię.
     - Mam ci tyle rzeczy do opowiedzenia. – Ludmiła wzięła od niej większą torbę. – Nawet sobie nie wyobrażasz. Ale pewnie jesteś zmęczona. Chcesz iść coś zjeść, czy wolisz pojechać od razu do domu?
     - Jeśli tam czeka na mnie gar zupy cebulowej i twoje popisowe ciasto bananowe, to wybieram drugą opcję. – Uśmiechnęła się.
     Ruszyły razem w stronę wyjścia z hali.
     To spotkanie mogło zmienić wiele. Fakt faktem – po ukończeniu szkoły utrzymywały kontakt. Ale żyły w innych krajach, na innych kontynentach, oddzielał ich ocean. Każda z nich miała swoje życie, swoją karierę. Ich stosunki nie były takie, jakby chciały. Bo przecież nikt nie może przewidzieć przyszłości.

     Valió la pena lo que vivimos

     Poprawiła szal spadający jej z ramion i przekroczyła próg.
     Dawno tutaj nie była. Zawrotna kariera nie pozwalała jej na zbyt częste odwiedziny w domu rodzinnym.
     - Olga! – zawołała. Dźwięk grubych platform rozniósł się echem po całym domu, kiedy przeszła do salonu. – Olga!
     W drzwiach kuchni stanęła tęga gosposia.
     - Moja dziewczynka! – Wyciągnęła do niej ramiona. – Moja Violetta! Chodź do starej Olgi, nie cię uściskam.
     Nim zdążyła zaprotestować, kobieta zamknęła ją w swoich ramionach.
     - Olga… Olga! – Podniosła głos. – Uważaj, pognieciesz mój kombinezon. Mam go na sobie pierwszy raz. – Wygładziła rękawy. – Zrób mi gorącą kąpiel. Najlepiej z moimi ulubionymi olejkami. Jestem wykończona. Och… co tak pachnie?
     Gosposia uśmiechnęła się szeroko. – Zrobiłam twoje ulubione ciasto czekoladowe, kochanie.
     Na twarzy Violetty pojawił się grymas, który jeszcze kilka lat temu byłby uśmiechem. – Kąpiel może poczekać – stwierdziła i ruszyła w stronę kuchni.
     Kiedy któryś z chłopców – nawet nie pamiętała który, nie było to ważne – przysłał jej wiadomość o spotkaniu z okazji dziesiątej rocznicy ukończenia szkoły, chciała odmówić. Miała swoje własne życie i nie chciała nawet na chwilę wracać do ludzi, o których już zapomniała, których nie potrzebowała. Miała sławę, pieniądze, żyła jak księżniczka. Miała wszystko, co chciała.
     Prawie wszystko.
     Wiele osób mówiło jej, że się zmieniła. Że nie jest już tą samą Violettą co kiedyś. Uważała, że nie mają racji. Była taka od zawsze. Po prostu dopiero teraz naprawdę to pokazała.
     Wiedziała, że ma talent, głos, którego pozazdrościć mogłaby jej niejedna osoba. Mówiono jej, że ma szansę zrobić wielką karierę. I wykorzystała to. Była znana na całym świecie, odbyła już kilka tras koncertowych, wydała kilka płyt. Uważała się za gwiazdę. Za najlepszą, najpiękniejszą i najbardziej utalentowaną. Ślepo zapatrzona w siebie nie widziała, jakie błędy popełnia.
     Przyjaciele nie byli dla niej ważni. Rodzinę odwiedzała sporadycznie, zbyt zajęta sobą. Miała rzeszę ludzi, którzy o nią dbali, i to jej wystarczało. Nie potrzebowała niczego więcej.
     A jednak czegoś jej brakowało.
     Zaczynała tutaj, w Argentynie, szczęśliwa u boku Leona. Kiedy musiała wyjechać najpierw do Hiszpanii, później do Włoch, a jeszcze później w kolejne oddalone o tysiące kilometrów miejsce, stwierdzili, że pojedzie sama. Jej chłopak zbyt zaangażowany w motocross, nie mógł rzucić wszystkiego, aby podróżować razem z nią po świecie. Związek na odległość nie był przeszkodą w ich miłości. Tak było przez długi czas. I to nawet nie z tego powodu się rozstali.
     Wszyscy twierdzili, że sława ją zmieniła. Tylko on zapewniał ją, że to nieprawda, że nadal jest tą samą dziewczyną, w której się zakochał. Ale po pewnym czasie również zmienił zdanie. Twierdził, że zachowuje się jak wielka gwiazda. Nieważne, że rzeczywiście nią była. On nie chciał być z kimś takim. Kazał jej się zmienić. Zagroził, że inaczej ją zostawi. A ona? Nie potrafiła. Bolało ją, że nie akceptuje jej taką, jaką jest.
     Rozstali się w bólu i smutku. Nie kontaktowali się więcej. Nie chcieli rozdrapywać starych ran.
     Przyjazd w rodzinne strony miał być dla niej szansą na odzyskanie go. Przecież… przecież mogła mieć wszystko, czego zapragnie.

     Lo que soñamos, lo que conseguimos

     - Diego, wychodzę na pół godziny – powiedziała zakładając buty na nogi. – Przypilnuj obiadu.
     Mężczyzna skinął głową, nawet nie podnosząc głowy znad gitary. – Nie spytasz, gdzie idę?
     - Do sklepu, brakło ci czegoś – rzucił. – Zgadłem?
     Spojrzała na niego zawiedziona.
     Wyszła z domu.
     Nie wiedziała co się dzieje. Kiedyś było między nimi tak dobrze. Kochali się, ba! świata poza sobą nie widzieli. Myślała, że tak będzie już zawsze. Pomyliła się. Ze smutkiem zauważała, że to już nie jest to samo co na początku. Coś się wypaliło.
     Jak dziś pamiętała dzień, w którym poprosił ją o rękę. Nie musiała się nawet zastanawiać, zgodziła się bez wahania. Teraz coraz częściej żałowała, że to zrobiła.
     Wiele dla niego poświęciła. Zamieszkała w Buenos Aires. Nie była gwiazdą, jaką kiedyś chciała być. Wszystko dla niego.
     Z biegiem czasu zrozumiała, że nie był tego wart.
     Marzyła, żeby występować na wielkich scenach. W pewnym momencie swojego życia chciała zrobić krok w tym kierunku. Była już tak blisko kiedy ta, którą kiedyś nazywała przyjaciółką, zabrała jej jedyną szansę. Wiedziała, że jej życie mogło potoczyć się inaczej. Nadziei na jakąkolwiek zmianę dodawała jej perspektywa spotkania z dawnymi przyjaciółmi. Jeśli jeszcze mogła ich tak nazywać. Minęło przecież dziesięć lat. Każdy z nich miał swoje życie.
     Nigdy nie sądziła, że to wszystko się tak potoczy.

     Valió la pena, pude entender

     Warknęła z irytacją.
     - Broduey, spóźnimy się! – Trzasnęła drzwiami łazienki. – Dlaczego ty zawsze musisz się tak grzebać?
     - Ja? – Zamknął lodówkę. – To ty pół godziny wybierałaś buty, kochanie.
     - Zostaw to jedzenie – mruknęła, zakładając na siebie płaszcz. – Nie po to przylecieliśmy tu dzień wcześniej, żeby teraz spóźnić się na spotkanie. Gotowy jesteś?
     - Od godziny. – Wziął klucze do ręki.
     Wyszli z pokoju hotelowego zamykając za sobą drzwi.
     Nie chciała przyznać się sama przed sobą, ale stresowała się. Bała się tego, jak będzie wyglądać to spotkanie. W końcu nie widzieli się tyle lat. Każde z nich poszło w swoją stronę. Było jej wstyd, że nie utrzymywała kontaktu z osobami, które były dla niej tak ważne. Nie była dobrą przyjaciółką.
     Może zbyt mocno przejmowała się rozwijaniem swojej pasji. Wiedziała, że nie ma na tyle dużego talentu, aby zaistnieć w wielkim świecie. Ale kochała to i nie wyobrażała sobie, żeby mogła robić coś innego.
     Miała przy sobie osobę, którą kochała. To Broduey czynił jej życie lepszym. Dzięki niemu była szczęśliwa. Ich związek był burzliwy, to prawda, mieli odmienne charaktery, ale widocznie przeciwieństwa się przyciągają.
     Już kilka lat temu postanowili połączyć swoje siły. Jej sopran i jego bas doskonale się uzupełniały.      Razem mogli wiele osiągnąć. Sceny teatrów w Brazylii, gdzie mieszkali, uwielbiały ich. Byli z siebie dumni.
     - Jak myślisz – odezwała się – wszyscy przyjadą?
     Spojrzał na nią. – Mam nadzieję. Fajnie będzie ich zobaczyć. Minęło tyle lat.
     - Ale z drugiej strony lepiej byłoby, gdyby pewnie osoby się nie spotkały. Wiesz o kim mówię. – Skinął głową. – Violetta zrobiła Francesce straszne świństwo. Nie wiem jak zachowa się, gdy ją zobaczy.
     - Okaże się.
     Tak naprawdę, okazać miało się wiele rzeczy. Mieli zobaczyć, czy po dziesięciu latach nadal będą potrafili się zrozumieć. Czy złapią wspólny język. Mieli przekonać się, czy uda się naprawić zerwane przed laty kontakty.

     Que cada historia es una razón

     Przekręcił czapkę z daszkiem na bok i stanął przed wysoką ladą na recepcji.
     - Szukam pokoju jednoosobowego – powiedział wzdychając. – Może być bez łazienki. Wystarczy łóżko.
     Kobieta spojrzała na niego znad okularów.
     - Przykro mi, wszystko zajęte.
     Westchnął z irytacją. – Słyszę to dziesiąty raz od godziny. Czy w tym mieście wszystkie hotele są zajęte? Ja potrzebuję tylko miejsca, żeby się przespać, niech pani będzie człowiekiem.
     Recepcjonistka przerzuciła jakieś papiery.
     - Aktualnie nie mamy wolnych miejsc. Proszę zostawić telefon kontaktowy, poinformujemy, kiedy coś się zwolni.
     - Nie, pani mnie nie rozumie. Ja potrzebuję te…
     - Maxi?
     Zmarszczył nos. Skądś znał ten głos. Odwrócił się. Przez moment stał w bezruchu, jednak zaraz na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
     - Camila?
      Chwilę później stali zatraceni w serdecznym uścisku przyjaciół, którzy nie wiedzieli się przez dziesięć lat.
     - Boże, Maxi… - Była bliska płaczu.
     - Mój rudzielec – mruknął w jej ramię. – Jak ja cię dawno nie widziałem.
     Utrzymywali kontakt, ale tylko telefoniczny, a i ten był sporadyczny. Rozwijające się kariery nie pozwalały na spotkania tym bardziej, że mieszkali wiele kilometrów od siebie.
     On, jako zawodowy dźwiękowiec U – mixu, pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Musiał być dostępny o każdej porze dnia i nocy. Urlopy były świętem zdarzającym się raz na trzy lata. Jego praca nie była łatwa, ale uwielbiał to robić. Poza tym nie miał żadnych zobowiązań. Już od ponad siedmiu lat.
     Z Natalią był szczęśliwy. Z ciężkim sercem przyjął do wiadomości fakt, że musi wrócić do rodzinnej Hiszpanii, aby komponować dla tamtejszego U – mixu. Wierzył, że dzielący ich ocean nic nie zmieni, że przerażająco wysokie rachunki za telefon nie będą miały żadnego znaczenia. I tak było przez dwa lata. Dopiero później coś zaczęło się psuć.
     Na początku był prawie pewien, że kogoś spotkała, i że ten ktoś dał jej to, czego on nie mógł jej dać przez telefon. Ale później stwierdził, że nie byłaby do tego zdolna. Nie ona. Rozstali się w przekonaniu, że tak będzie lepiej dla nich obojga. Ale żadne z nich nie przestało kochać. To było zbyt silne.
     - Tyle lat, stary. – Uścisnął swojego przyjaciela. Nawet nie starał się ukryć wzruszenia.
     Dopiero po kilku minutach przerażona Camila przypomniała sobie o spotkaniu.
     - Zostaw rzeczy u nas – zaproponowała, kiedy powiedział, że nie udało mu się niczego wynająć. – Spóźnimy się. Pośpieszcie się. Tylko zamknij pokój, Broduey. No, ruszcie się.
     Bardzo tęsknił za nią, za jej upartym charakterem, wybuchową osobowością, irytującym głosem.
     Tak strasznie różniła się od Natalii.

     Para estar juntos, para creer

     Rozejrzał się wokół, wzrokiem szukając swojego przyjaciela.
     Z nim jednym – nie licząc Ludmiły – utrzymywał kontakt przez wszystkie te lata. Ostatni raz widzieli się podczas jego dwudziestych urodzin. Całe dwa lata temu.
     Mieszkał we Włoszech. To tam czuł się najlepiej, tam robił to co kochał, występował w lokalnych teatrach, dawał małe koncerty. Tam był szczęśliwy.
     To tam wszystko przypominało mu o Nich.
     Ale to były dobre wspomnienia.
     Po zakończeniu szkoły wyjechał do swojego kraju razem z Ludmiłą. Byli naprawdę szczęśliwą parą. Rozumieli się bez słów. Kiedy podczas wakacji w Argentynie jego ukochana wreszcie została zauważona i otrzymała propozycję rozpoczęcia solowej kariery, on wrócił do Włoch, aby tam kontynuować własne plany. Ich niczym niezmącony związek na odległość trwał do tej pory, budowany na zaufaniu, które w ich przypadku było niezbędne. Comiesięczne odwiedziny były ich małym świętem, które zawsze celebrowali z tą samą miłością.
     Tylko dzięki Ludmile utrzymywał granice normalności. Sam często łapał się na tym, że aby zapomnieć, zatracał się w swoim świecie, w którym nigdy nie popełnił żadnego błędu, nie spowodował wypadku, przez który jego rodziców już nie ma. Wiedział, że to jego wina. Ale Ludmiła twierdziła inaczej. Gdyby nie ona… zapewne już by go nie było.
     - Ile można na ciebie czekać, stary?
     Odwrócił się. Leon stał kilka kroków za nim, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Odwzajemnił go.
     - Verdas. – Objął go w uścisku. – Myślałem, że o mnie zapomniałeś.
     - Ja? To twoja żona woli biegać z Natalią po sklepach. Doceń mnie.
     - Nie widziały się dziesięć lat.
     - To przemawia. – Spojrzał na zegarek. – Mamy godzinę do spotkania. Zawiozę cię do domu, ogarniesz się trochę, a później pojedziemy do szkoły. Ludmiła mówiła, że pójdą tam prosto z Natką. Podobno nie mogła się do ciebie dodzwonić.
     Odpowiedział uśmiechem.
     Cieszył się, że ma kogoś takiego jak Leon. Jego kontakty z resztą przyjaciół zerwały się, kiedy ukończył Studio. Wiedział jednak, że po dzisiejszym spotkaniu wiele rzeczy może się zmienić.

     Para que suene nuestra canción

     Sala taneczna, którą dyrekcja użyczyła im na spotkanie, była jeszcze pusta. Po jej prawej stronie ustawione zostały stoły, a wzdłuż nich krzesła.
     Na początku całe spotkanie miało odbyć się w jednej z tych eleganckich restauracji w centrum Buenos Aires, niedaleko szkoły. Po pewnym czasie stwierdzili jednak, że Studio będzie odpowiedniejszym miejscem. W końcu to tam wszystko się zaczęło. To w tych salach uczyli się, śpiewali, tańczyli, a jednocześnie poznawali się i zaprzyjaźniali. To tutaj pozostały wszystkie ich wspomnienia.
     Mogły obudzić się wraz z przekroczeniem progu szkoły.

     Hoy somos tantos, hoy somos más

     Pchnął powoli drzwi i wstawił głowę do środka.
     - Nikogo nie ma – zauważył.
     Wszedł do Sali wraz z podążającą za nim Francescą.
     - Nic się nie zmieniło. – Jej głos był cichy.
     Pamiętała lekcje, które się tutaj odbywały. Surowego Gregoria, który nie dawał im wytchnienia w coraz to bardziej skomplikowanych układach. Drążek przy lustrach nadal był uszczerbiony w miejscu, w które kiedyś Diego z rozpędu uderzył walizką z układu. Uśmiechnęła się na samą tą myśl.
     Usiadł na jednym z krzeseł i westchnął cicho. Wspomnienia rzeczywiście odżyły. Gdyby nie to miejsce, nie poznałby swojego ojca. Nie umiałby tego wszystkiego. Nie spełniałby się w muzyce. Gdyby nie Studio nie byłby tu, gdzie jest.
     Spojrzał na Francescę stojącą przy oknie. Sam nie potrafił zdefiniować swoich uczuć. Kiedyś powiedziałby, że kocha ją najbardziej na świecie. Życie mógłby za nią oddać. A teraz? Nie czuł nic prócz przywiązania. Patrzył na nią i widział zwykłą dziewczynę, niczym nie różniącą się od innych.
     Nie sądził, że kiedyś do tego dojdzie.
     Z korytarza dobiegły ich czyjeś głosy. Spojrzeli w stronę wejścia. Po chwili w progu stanęły Ludmiła i Natalia.
     - Francesca! – zawołała ta druga i rzuciła się w jej objęcia.
     - Boże, Natalia. – Włoszka wyglądała na wzruszoną. – Ludmiła! Tyle lat…
     - Tak strasznie tęskniłam!
     - A za mną nikt nie tęsknił? – Hiszpan wstał z krzesła.
     Chyba dopiero wtedy go zauważyły.
     - Diego!
     - I Leon. – W drzwiach pojawił się Verdas, a tuż za nim Federico.
     Hernandez uśmiechnął się. – Chłopaki, wreszcie.
     Nikt nie zdążył powstrzymać Francesci, która ruszyła biegiem w stronę Leona i rzuciła mu się na szyję, krzycząc coś w emocjach i z całej siły powstrzymując się od płaczu. W takiej pozycji zastała ich Violetta, która dumnie wkroczyła do pomieszczenia. Spojrzała na nich z pogardą.
     - Widzę, że zdążyliście się już przywitać – powiedziała, a jej głos był zimny.
     Włoszka odsunęła się od Leona. – Violetta.
     - Mi też miło znów cię zobaczyć, Fran. – Uśmiechnęła się sztucznie. Rozejrzała się po sali. Nikt specjalnie nie cieszył się z jej przybycia. Wszyscy znali sytuację, wiedzieli, co zrobiła Francesce. Została zaproszona, bo tak wypadało. To był jedyny powód. – O, Diego. – Ruszyła w jego stronę, pewna swojego tryumfu.
     Wstał i uśmiechnął się, choć nieszczerze. – Przybyła i wielka gwiazda. – Chciał pocałować ją w policzek, ale odsunęła się. Starał się nie okazać swojego zdziwienia.
     Próbował zignorować pełne wyrzutu spojrzenie Francesci w jego kierunku.
     - Nie musicie ukrywać tego, jak bardzo się cieszycie. – Violetta odwróciła się w stronę swoich dawnych przyjaciół i stukając obcasami, podeszła do dziewczyn, obok których już ustawił się Federico. – Ludmiła, Natalia. Ale z was słodkie ślicznotki. – Nigdy nie była tak sztuczna, jak teraz. Nikt nie wiedział, jak bardzo się zmieniła. – Strasznie się za wami stęskniłam. – Skłamała. – Wy też, prawda?
     - Viola. – Ludmiła sprytnie uniknęła odpowiedzi. Kiedyś były siostrami. Później Violetta została gwiazdą. – Jednak przyszłaś.
     - Stwierdziłam, że warto odnowić stare znajomości. – Odwróciła się i podeszła do Leona. – Są naprawdę ważne.
     Nie zdążył odpowiedzieć, bo ich uwagę zwróciły głosy dobiegające z korytarza.
- Sala od tańca, Broduey, nie od śpiewu – usłyszeli. – Między perkusjami będziemy się siedzieć? Nie, Maxi, tam jest pokój nauczycielski. Czy wy nie macie żadnego rozeznania? Wszyscy już pewnie na nas czekają. Dobra, to tutaj. – Stanęła w progu, odgarniając długie włosy z twarzy. Pojawił się na niej szeroki uśmiech. – Dziewczyny! – zawołała.
     Z rozbiegu wpadła w ramiona stojącej najbliżej Natalii, zupełnie nie zwracając uwagi na Violettę, która usadowiwszy się wygodnie przy stole mierzyła ją uważnym spojrzeniem.
     - Maxi! – Francesca rzuciła się na przód, w kierunku chłopaka, który stanął zziajany w progu.
     Kiedy stojący obok niego Broduey zaczął lamentować o tym, że nikt za nim nie tęsknił, Ludmiła wybuchła głośnym śmiechem i wyplątawszy się z objęć Federico, pobiegła się z nim przywitać.
     - Mi się nie chce wierzyć – mruknęła Natalia, rozglądając się wokół.
     Nie widzieli się tyle lat. Tak dawno nie spotkali się całą grupą. Kiedyś przecież byli przyjaciółmi, gdyby nie ich zaniedbanie, ich kontakt nigdy by się nie urwał. W końcu kiedyś sobie to obiecali. Ale tylko kilkoro z nich tej obietnicy dotrzymało.

     Hoy más que nunca, puedo volar!

     Ktoś puścił muzykę z wieży stojącej na półce, ktoś inny zgasił światła, a w całym pomieszczeniu panował mrok rozświetlany tylko słabymi promieniami lamp stojących przed szkołą. Było głośno, więc efektem wszystkich rozmów były pozdzierane gardła uniemożliwiające dalszą konwersację.
     - Chodź ze mną. – Francesca chwyciła Camilę za rękę. – Muszę się przewietrzyć.
     Na dworze było chłodno. Spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta. Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów.
     - Palisz? – spytała Camila, patrząc na nią zdziwiona.
     - Od siedmiu lat – odparła, zapalając jednego z nich. - Albo ośmiu. Sama nie wiem.
     Camila oparła się ramieniem o drzewo. Milczała przez moment. – Co się dzieje?
     Uniosła brwi, udając, że nie wie o co jej chodzi.
     - Nic – powiedziała. – Dlaczego pytasz?
     - Dawno się nie widziałyśmy – przyznała. – Ale nawet po dziesięciu latach potrafię zauważyć, kiedy coś jest nie tak. – Cisza. – Coś z Diego, prawda?
     - Czemu tak sądzisz? – Wypuściła dym z ust.
     - To widać, Fran. – W nagłym przypływie czułości odgarnęła jej włosy za ucho. – Wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć, mimo wszystko. Tak, wiem jak to brzmi, nie odzywałam się przez tyle lat, a nagle przychodzę i udaję twoją przyjaciółkę, ale…
     - Niczego nie udajesz – przerwała jej. – To nie twoja wina. Ty wyjechałaś, pracujesz, nie masz na tyle wolnego czasu, żeby myśleć o wszystkim. Ja nie robię praktycznie nic, powinnam postarać się jakoś utrzymać nasz kontakt.
     Przez moment nie odpowiedziała.
     - Violetta nie powinna tego robić – odezwała się w końcu. – Miałam ją za dobrą osobę, ale jak widać, pomyliłam się. Sława jednak potrafi zmienić człowieka.
     - Nie wiem, jak kiedyś mogłam uważać ją za swoją przyjaciółkę. Każdego podejrzewałabym o coś takiego, ale ją nigdy. – Przerwała na moment, zbierając myśli. – Nie wiedziałam, że to wszystko się tak potoczy. Kiedyś myślałam, że po ukończeniu szkoły będę się rozwijać w tym kierunku, że osiągnę cokolwiek, że będę znana. A teraz? Siedzę z boku i patrzę, jak Diego działa z tym swoim zespołem i jest coraz bardziej znany, a ja siedzę schowana w jego cieniu i jestem tylko żoną Hernandeza. Najgorsze jest to, że kiedy chciałam w końcu zrobić krok na przód, pojawiła się Violetta i jak gdyby nigdy nic zajęła moje miejsce. Gdyby nie ona, to ja byłabym wielką gwiazdą, podróżowałabym po świecie, była sławna. – Zbierało jej się na płacz. – Przecież to o tym marzyłam, to dlatego chodziłam tutaj. – Spojrzała na budynek Studia. - Przez dziesięć lat nie osiągnęłam nic. Na początku myślałam, że wystarczy mi związek z Diego. Ale wiesz – Spojrzała na Camilę – nie wystarczył. Masz rację. Coś jest nie tak. Tylko ja nie wiem co, nie mam pojęcia, rozumiesz? On nie zdaje sobie sprawy, że poświęciłam dla niego całe swoje życie. Gdyby nie Diego, mogłabym wyjechać do Włoch i tam próbować się rozwijać, ale ja zostałam tutaj, z miłości do niego. Ale on tego nie docenia. Wszystko, co kiedyś było między nami, zniknęło, a ja nawet nie wiem kiedy i dlaczego. – Zamilkła. – Ja już nic do niego nie czuję, Camila. I nie, nie mówię tak, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nie cierpię się nad sobą użalać, uwierz mi, ale to mnie przerasta. – Zgasiła papierosa o ścianę. – Czasami mam po prostu wszystkiego dość.
     Patrzyła na nią w milczeniu, nie wiedząc co odpowiedzieć na wszystko, co przed chwilą usłyszała.      Ona sama była dumna z tego, co osiągnęła. Może nie była gwiazdą na skalę światową, ale ta mała sława w zupełności jej wystarczała. Najważniejsze, że była szczęśliwa, bo o to chodzi w życiu. Jej przyjaciółka nie zaznała tego samego.
     - Przykro mi – wydusiła tylko.
     Francesca wybuchła płaczem.
     - Wszyscy mówią, że im przykro – odparowała. – „Przykro mi”, „Będzie dobrze, Fran”, „Wszystko się ułoży”. Ale nie, nic się nie ułoży. Mam prawie trzydzieści lat, a na koncie nic, czy mogłabym się pochwalić, o czym mogłabym opowiedzieć innym. Tobie łatwo mówić. Masz męża, szczęśliwą rodzinę, robisz co kochasz i jesteś z siebie zadowolona, a ja? – Camila chwyciła ją za rękę. – Moje małżeństwo się sypie, a ja nawet nie mam tyle odwagi, żeby wszystko skończyć, bo boję się, że wtedy nie będę miała już niczego i zostanę zupełnie sama. To nie jest fajne uczucie, wiesz?
     Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale korzystając z chwili ciszy, rudowłosa przyciągnęła ją do siebie i przytuliła z całej siły. Nie zwracała uwagi na oddech przyjaciółki śmierdzący papierosami. Nie mogła wybaczyć sobie, że nie było jej przy niej w chwilach,  w których naprawdę jej potrzebowała.
     - Pomogę ci – powiedziała. – Nie wiem jak, ale… jakoś ci pomogę. Już nie zostawię cię samej. Choćbym miała zostać w Argentynie i zrezygnować z tego, co mam w Brazylii, zrobię to. – Powstrzymywała płacz. – Naprawię te lata – Jej głos przechodził w szept. – Obiecuję.

     Todo vuelve a comenzar

     Odwróciła się, jednak zbyt gwałtownie, bo w jednym momencie wpadła na kogoś, jednocześnie wylewając na niego całą zawartość czerwonego kubka, jaką był jeden z drinków – specjalność Ludmiły.
     - Boże, przepraszam! – zawołała, przekrzykując muzykę. – Nie chciałam. Kim ty jesteś… Maxi. Jeszcze lepiej – jęknęła. – Przepraszam.
     - Nic się nie stało – mruknął, spoglądając na olbrzymią plamę na swojej ulubionej koszulce.
Chwyciła go za ramię. – Chodź, coś wymyślę. – Pociągnęła go w kierunku wyjścia. - Wyszli z sali baletowej, zamykając za sobą drzwi. – Jak zwykle musiałam coś zrobić. Ale to normalne, jestem Naty, zawsze robię coś głupiego. – Oparła ręce na biodrach. – Przepraszam – powtórzyła kolejny raz. – Może trzeba to zaprać… Tak, tak. Chodź do łazienki. – Złapała go za rękę.
- Naty, nie…
     - Trzeba – dokończyła za niego. – Nie wiem, czy cokolwiek da się z tym zrobić, zaraz zobaczymy. – Wciągnęła go do łazienki. Urwała kawałek ręcznika papierowego, zamoczyła go. Już zbliżała się do Maxiego, kiedy ten niespodziewanie chwycił ją za ramiona.
     - Nie denerwuj się, chciałem powiedzieć – rzekł. – Przecież nic się nie stało, to tylko głupia plama. Jesteś strasznie nerwowa – zauważył.
     Potarła skronie.
     - Nie lubię takich stresowych sytuacji, a zbyt często mi się ona przytrafiają – odparła. – Przepraszam cię, Maxi. Może pójdę spytać chłopaków, czy nie mają czegoś do przebrania…
- Nie trzeba – zaprotestował. – Korzystając z sytuacji, moglibyśmy porozmawiać. Nie mogłem cię wcześnie złapać, cały czas ktoś był przy tobie.
     Westchnęła cicho. – Nie mamy o czym rozmawiać – rzekła. – Wiesz co o tym sądzę, nie ma sensu tego utrudniać.
     - Nie wiesz nawet o czym chcę mówić.
     - Oczywiście, że wiem. O nas, bo o czym innym? – Wzruszyła ramionami. – Ty wiesz, co ja o tym wszystkim sądzę. Rozstaliśmy się, bo między nami się nie układało.
     - To było siedem lat temu – zauważył.
     Ten argument trudno było podważyć. Siedem lat to sporo czasu. Przez siedem lat może stać się wiele rzeczy. Uczucia mogą się zmienić. Stare mogą odżyć.
     - Nie widzę sensu, żeby wywracać nasze życia do góry nogami. – Odgarnęła włosy z twarzy. – Na pewno masz wszystko poukładane. Nie chcę burzyć tego ładu, choćbym nie wiadomo co do ciebie czuła. Może masz dziewczynę, żonę, narzeczoną, nie mam pojęcia. Nie chcę niszczyć twojego szczęścia, Maxi. Po tym spotkaniu część z nas może będzie utrzymywać jakieś kontakty, ale my…
     - Nie mam dziewczyny – przerwał jej. – Nie mam żony ani narzeczonej. Mógłbym wcisnąć ci kit, że praca zajmuje większą część mojego życia i nie mam czasu na nic innego. To prawda, nie mam zbyt wiele czasu, ale jestem sam z innego powodu. – Przerwał. – Tak naprawdę zakochałem się raz w życiu. Trzynaście lat temu. I z własnej głupoty straciłem swoją miłość. – Patrzyła na niego bez słowa. – Zawsze powtarzałem, że mógłbym wyjechać za nią na koniec świata, a tymczasem nie potrafiłem towarzyszyć jej w podróży za ocean. Wiem, to głupie.
     - Maxi, nie…
     - Teraz oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i poświęcić to co miałem i być przy niej, bo była jednym szczęściem, jakie spotkałem na swojej drodze.
     Pokręciła tylko głową, przygryzając wargę i patrząc na niego ze smutkiem.
     - Nie widzieliśmy się siedem lat – powiedziała. – To nie jest takie proste, jak się wydaje. Chciałabym, Maxi, naprawdę, ale nie mogę. Musisz dać mi czas.
     Chwycił ją za rękę.
     - Spójrz mi w oczy i powiedz, że nic do mnie nie czujesz – zażądał. – Powiedz to, a wtedy odpuszczę i…
     - Nie chcę, żebyś odpuszczał – zaprotestowała. – Tylko… po prostu w tym momencie nie potrafię określić swoich uczuć. Nie zrozum mnie źle – poprosiła. – Ja wcale cię nie odrzucam. Ale zmuszasz mnie do podjęcia jednej z najważniejszych decyzji w moim życiu. Muszę ją przemyśleć.
     Westchnął cicho, ale pokiwał głową ze zrozumieniem.
     - Zatrzymałam się u Ludmiły i Federico – powiedziała. – Wyjeżdżam za tydzień. Będziesz wiedział, gdzie mnie szukać. Na razie… dajmy sobie czas. Ty też się nad tym zastanów.
     - Nie mam żadnych wątpliwości – nie wahał się.
     - Mimo wszystko – naciskała. – Nie chcę, żebyś później żałował.
     Chciał powiedzieć, że nie będzie żałował, że wie co robi, ale zdecydował się nie ciągnąć tematu. Zamiast tego uśmiechnął się lekko.
     - Wracajmy do sali.
     Spojrzała na plamę na jego koszulce. – Prze…
     - Nie przepraszaj – jęknął. Chwycił ją za ramię. – Będą się zastanawiać, gdzie jesteśmy.
     Nie wiedzieli, że Ludmiła wraz z resztą dziewcząt już snuła domysły na ich temat.

     Juntos, sin mirar atrás

     Rozsiadł się wygodnie na krześle, już lekko wstawiony. W ręce dzierżył kufel z alkoholem. Przez moment jego spojrzenie utkwione było w poruszającej się w rytm muzyki Ludmile, później przeniósł je na Leona pstrykającego w swoim telefonie. Podniósł się i chwiejnym krokiem podszedł do niego.
     - No, Leon, przyjacielu. – Na szczęście ton jego głosu nie zdradzał jak dużo wypił.
     Czujne oko Verdasa jednak zauważyło, że nie jest już w stanie sprzed kilku godzin. – Siadaj. I lepiej już to zostaw.
     Posłusznie usadowił się na różowym plastikowym krzesełku i odetchnął głęboko.
     - Fajnie jest – stwierdził, upijając łyka.
     - Połowa już straciła kontakt z rzeczywistością – parsknął, chowając telefon do kieszeni.
     - Ja jeszcze nie. – Leon uniósł brwi z powątpiewaniem. – Serio. I póki jestem przytomny – Odwrócił się w jego stronę – porozmawiajmy.
     - O czym?
     Rzucił spojrzeniem w stronę Violetty stojącej samotnie pod oknem. Nie była szczególnie towarzyska. Nie wiedział, czy z własnego wyboru, czy po prostu nikt nie miał ochoty z nią rozmawiać. Raczej to drugie. Ta Violetta niczym nie przypominała starej Violetty.
     - Chciała z tobą rozmawiać – zauważył.
     - Ale ja nie chciałem. – Leon wzruszył ramionami. – Nie mam o czym z nią mówić.
     - Jesteś niesprawiedliwy.
     - A ty niedoinformowany, więc się nie wtrącaj – warknął.
     Federico tylko spojrzał na niego zawiedziony. Chciał pomóc. Leon był dla niego naprawdę ważny. Wiedział, że kochał Violettę, przynajmniej kiedyś. Od ośmiu lat jej imię było tabu, nikt nie miał śmiałości poruszyć przy nim jej tematu.
     Ktoś przyciszył dudniącą muzykę tak, że można było w miarę normalnie porozmawiać.
     - Nie zrozumiesz tego – odezwał się Verdas. – Ja sam tego nie rozumiem. – Federico patrzył na niego z wyczekiwaniem. – Nie będę ci tłumaczył, że Violetta się zmieniła, bo o tym wiesz. Wszyscy to wiedzą. Nie wiem nawet kto i po co ją tu zaprosił. A jeszcze bardziej zastanawia mnie, po co ona tu przyszła, bo przecież nie z przyjemności. Dla niej liczy się tylko sława, pieniądze i własna wygoda. Dziwne jest to, że na samym początku nie widziałem, kim się przez to stała. Zauważyłem za późno, gdybym zrobił to wcześniej, nie traciłbym tyle czasu. Wiesz ile mogłem zrobić przez te dwa lata, które poświęciłem jej? – Spojrzał na Federico. – Niby mówią, że prawdziwa miłość jest bez względu na wszystko, że człowieka kocha się takiego, jakim jest. Cóż, widocznie to, co do niej czułem, nie było miłością. Albo ona nie jest tą samą dziewczyną. Tamta Violetta była inna. Była dobra, wrażliwa, bardziej zależało jej na dobru innych niż swoim własnym. Sława ją zmieniła, a ja nie chcę być z kimś takim jak ona. Może znajdzie kogoś, kto ją pokocha ze wszystkimi jej wadami, z jej próżnością, zapatrzeniem w siebie, ale nie będę to ja. Nie potrafię znów jej pokochać. Jest dla mnie nikim – mówił, nie zdając sobie sprawy, że patrzy teraz wprost na nią.
     - Ludmiła była kiedyś taka jak ona teraz – zauważył Federico.
     - Ale ty taką ją poznałeś, taką pokochałeś. Ja znałem inną Violettę. Nie wyobrażasz sobie ile oddałbym, aby ona wróciła. Ale wiem, że już nie wróci. I nawet się z tym pogodziłem. Mam swoje życie, mam motocross. Na świecie jest wiele innych kobiet. W ciągu tych ośmiu lat byłem w kilku związkach. Gdybym nadal kochał Violettę, nie zdobyłbym się na to. To o czymś świadczy.
     Włoch skinął głową ze zrozumieniem. Przez chwilę panowała cisza.
     - Nie wyobrażam sobie życia – zaczął, wpatrując się w blondynkę rozmawiającą z Violettą – bez niej. – Zbierało mu się na płacz, sam nie wiedział dlaczego. Leon uśmiechnął się lekko i położył mi rękę na ramieniu. – Ona jest dla mnie całym światem. Jest dla mnie wszystkim. Dzięki niej jakoś funkcjonuję. To ona trzyma mnie przy życiu. – Przełknął wielką gulę w gardle. – Nie wiem kim byłbym bez niej. – Spojrzał na Leona. – Nie mam pojęcia czym sobie na nią zasłużyłem. Spotkało mnie wielkie szczęście.
     - Ogromne – zgodził się Leon.
     - A najśmieszniejsze jest to – zaśmiał się nerwowo – że ona kocha mnie cały czas tak samo, wiesz? Nawet wtedy, po wypadku. Ona mówiła, że wciąż mnie kocha, że kocha mnie najbardziej. A wtedy na to nie zasługiwałem. Byłem potworem. – Verdas pokręcił przecząco głową. – Zabiłem swoich rodziców. Byłem zabójcą. A ona nadal mnie kochała. To było niemożliwe.
     Chwile załamania, jak ta, zdarzały mu się często. Nienawidził ich. Czuł się wtedy samotny. Czuł, że to wszystko było jego winą. Wtedy – tak jak i teraz, w tym momencie – obok niego zjawiała się Ludmiła.
     Wyciągnęła do niego rękę, pomogła mu wstać i wyprowadziła z zatłoczonego pomieszczenia. Na zewnątrz wiał lekki wiatr, zaczynało nawet kropić. Mimo to usiedli na kamiennym murku, zanurzeni w swoich objęciach. Oparła głowę o jego ramię, wcześniej całując go w czerwony policzek.
     - Na zawsze – wyszeptała, splatając ich palce ze sobą.
     - Mimo wszystko – dodał, zanurzając mokrą od łez twarz w jej włosach.

     Siente, sueña como yo

     - Zatańczysz?
     Odwróciła głowę w prawo. Przed nią stała Ludmiła.
     Odgarnęła wyniszczone włosy za ucho i wyprostowała się dumnie. Oczywiście, miała zamiar odmówić, jednak coś w twarzy Ludmiły kazało jej jednak się zgodzić.
     - Będzie ci lepiej, jak zdejmiesz buty – poradziła blondynka, spoglądając na jej kilkunastocentymetrowe platformy, dzięki którym przewyższała ją o głowę.
     - Nie trzeba – mruknęła Violetta.
     Spojrzała tylko na nią i uśmiechnęła się z rezygnacją. Chwyciła ją za ręce. Zaczęły poruszać się w rytm cichej muzyki płynącej z odtwarzacza.
     - Do końca nie byłam pewna czy przyjedziesz. – Ludmiła przerwała ciszę.
     - A ja do końca się wahałam – przyznała.
     - Więc dlaczego przyjechałaś? – spytała prosto z mostu. – Bo, wybacz, ale nie wierzę, że z własnej chęci.
     W tym momencie wzrok Castillo na moment zatrzymał się na Leonie.
     - Nie muszę robić niczego, jeśli nie chcę – odparła wyniośle. – Przyjechałam tutaj z własnej potrzeby.
     Uniosła brwi z powątpiewaniem.
     - Przyjechałaś tutaj dla Leona. – To było stwierdzenie, nie pytanie.
     - Nasz związek to przeszłość, moja droga.
     - Wiem, przynajmniej dla niego – zgodziła się. – Ty za to ciągle masz nadzieję na to, żeby znów być razem, choć wiesz, że to niemożliwe.
     - Niby dlaczego? – wypaliła, zanim zdążyła się powstrzymać.
     - Dlatego, że Leon nie chce być z kimś tak zarozumiałym, zapatrzonym w siebie i egoistycznym jak ty.
     Otworzyła ze zdziwieniem usta, słysząc od niej takie słowa.
     - Szybko mnie oceniłaś – stwierdziła.
     - Miałam na to dziesięć lat – odparła. – To wystarczająco dużo czasu. Do końca nie chciałam wierzyć, że tak bardzo się zmieniłaś. Ale sytuacja z Francescą nie pozostawiła mi złudzeń. Violetta, którą kiedyś znałam, nie zrobiłaby czegoś takiego swojej przyjaciółce, choćby nie wiadomo jak bardzo jej na tym zależało.
     - Ta sprawa była czysto biznesowa – tłumaczyła się. – Robiąc to, nie myślałam o Francesce jako o przyjaciółce, a jako o konkurentce. Kontrakt mogła podpisać jedna z nas, nie moja wina, że padło akurat na mnie.
     - To było jej marzenie – ciągnęła. – A ty tak po prostu jej je zabrałaś. To nie byłoby fer w stosunku do nikogo, a szczególnie do niej. Nie wiem, co chciałaś tym osiągnąć. To ją zauważyli, ją chcieli zatrudnić, a nagle pojawiłaś się ty i sprzątnęłaś jej szansę na karierę sprzed nosa. Przecież na świecie są miliony wytwórni, mogłaś spróbować w każdej, z twoim głosem nie miałabyś żadnego problemu. Francesca zasłużyła na ten kontrakt. – Violetta chciała coś powiedzieć, ale nie pozwoliła jej. – A wiesz, co robi teraz? Nie, nie jest żadną gwiazdą. Nie daje koncertów, nie występuje, tak jak ty. Nie osiągnęła niczego – Spojrzała na nią uważnie – czym mogłaby się poszczycić. Od dziesięciu lat pozostaje w cieniu Diego, od którego nawet nie ma odwagi odejść. Nie pytaj skąd wiem. Też nie utrzymywałam z nią kontaktu. Ale zmienię to. Taka dziewczyna jak ona nie zasługuje na nic z tego, co ją spotkało.
     Minęła chwila, zanim odpowiedziała.
     - Więc mówisz, że to moja wina? – spytała.
     - Nie całkowicie, ale w większej części – przyznała bez ogródek.
     Pokręciła przecząco głową. – Mylisz się – powiedziała. – Ja nie zawiniłam niczym. Zrobiłam to, co było dobre dla mnie. Życie nigdy nie układa się po naszej myśli, Ludmiło. Tutaj trzeba walczyć o swoje.
     - Ale nie kosztem przyjaciół.
     Zapadła kilkuminutowa cisza.
     - To nie jest dobre, Violetta – przerwała ją blondynka. – Wiem to z własnego doświadczenia. Zwracając uwagę tylko na siebie, jednocześnie krzywdzisz innych i siebie. To ci nic nie da. Pamiętasz co mówiłaś mi kilka lat temu? Mówiłaś, że wierzysz, że gdzieś w środku mnie jest ta dobra Ludmiła, która boi się ujawnić. Ja też wierzę, że gdzieś tutaj – Dotknęła jej klatki piersiowej – kryje się Violetta, którą poznałam. Nie wiem, dlaczego postanowiła usunąć się na bok. Może czegoś się przestraszyła, nie mam pojęcia. Ale ona może wrócić, jeśli tylko ktoś jej w tym pomoże. Jest kilka takich osób, zapewniam cię. Ja jestem jedną z nich.
     Patrzyła na nią w milczeniu.
     Była już tak blisko przyznania jej racji. Chciała zrzucić z siebie ciężar, który nosiła na ramionach od dziesięciu lat. Chciała stać się na powrót sobą, beztroską dziewczyną, dobrą szczęśliwą, otoczoną przyjaciółmi.
     Potem przypomniała sobie, kim jest.
     - Mam tego dość. – Odsunęła się od Ludmiły. – Ty chyba zapominasz z kim rozmawiasz. Jestem Violetta, najjaśniejsza gwiazda. Nie potrzebuję rad od nikogo. Wiem co robić. A to, że Francesca nie potrafiła zawalczyć o swoje jak ja, i teraz jest gdzie jest, to nie moja wina.
     Nie czekając na jej odpowiedź, ruszyła w stronę wyjścia. Na korytarzu było cicho, jednak szepty dobiegające z Sali śpiewu od razu zwróciły jej uwagę.
     - O – odezwała się, gdy stanęła w jej progu i zobaczyła Francescę, a zaraz obok niej Diego -  jak dobrze, że cię widzę. – Podeszła do niej szybko z wściekłością malującą się jej na twarzy. – Powiedz mi jedno. Dlaczego – Zacisnęła zęby – rozpowiadasz innym takie kłamstwa o mnie?
     Uniosła brwi i spojrzała na nią zdziwiona. – Nie rozumiem.
     - Przeze mnie nie podpisałaś kontraktu? – spytała zdenerwowana. – Przeze mnie, tak? A nie pomyślałaś, że może nie miałaś na tyle talentu, żeby to wybrali ciebie, a nie mnie?
     Zdezorientowana Francesca spojrzała na Diego, szukając u niego ratunku, ale on milczał.
     - Nie wiem, po co o tym mówisz – rzekła.
     - Wciągasz innych w sprawy, które dotyczą nas dwie, w dodatku mnie oczerniasz. To nie moja wina, że nie byłaś wystarczająco dobra, żeby cię zatrudnili. Nie zrobiłam nic, co zadziałałoby na twoją niekorzyść. Ale ty oczywiście musisz robić z siebie ofiarę. Biedna Francesca, Violetta sprzątnęła jej okazję sprzed nosa, i teraz ona zamiast spełniać swoje marzenia, siedzi w domu, znana tylko w swojej okolicy. Jak mi przykro.
     Nastała chwila ciszy.
     - Nie wiem kto ci o tym powiedział.
     - Przez dziesięć lat zdążyłaś się już wyżalić każdemu, co to za różnica? – prychnęła. – Zapamiętaj jedno – Podeszła jeszcze bliżej – mnie się tak nie traktuje. Każdy pracuje sam na siebie. To, że ty nie potrafiłaś, nie jest już moim problemem.
     Później odwróciła się na pięcie i odeszła.
     - Dlaczego mnie nie obroniłeś? – Francesca spojrzała na Diego.
     - Nie chcę wtrącać się w wasze sprawy – odparł, naciągając rękawy na dłonie.
     Zacisnęła zęby.
     - Jesteś jeszcze moim mężem, czy może już nie? – Nie odpowiedział. – Czy ja choć trochę jestem dla ciebie ważna?
     - Oczywiście, że tak. – Oboje wiedzieli, że kłamie. Ona już nie była dla niego ważna. Od kilku lat, zresztą.
     Posmutniała, choć nie chciała dać po sobie tego poznać.
     - Jakoś nie widać – odrzekła i wolnym krokiem oddaliła się w stronę wyjścia.
     Stał w miejscu jak kołek, patrząc za nią. Czasami zastanawiał się, co on jeszcze tutaj robi. Co robi przy niej. Na świecie były miliony kobiet, a on na siłę pozostawał przy Francesce, do której nic już nie czuł. Łapał się na tym, że już sam siebie nie potrafi zrozumieć.

     Vive, tu destino es hoy

     Dochodziła czwarta rano. Impreza powoli dobiegała końca. Muzyka już cichła, dziewczyny próbowały ogarnąć bałagan na stole, chłopcy – ci, którzy trzymali się na nogach – ustawiali krzesła w porządku.
     Kilka minut później nadeszła chwila pożegnania. Możliwe, że niektórzy nie mieli się już nigdy zobaczyć. Kilkoro z nich zostawało jeszcze na kilka dni, reszta wracała do swoich codziennych zajęć.
Dopiero za kilka tygodni mieli przekonać się, czy to spotkanie po latach coś zmieniło.

     Sabes, cuál es la verdad

     Jęknęła cicho, kiedy obcas buta ugrzązł jej w błocie. Z trudem wyszarpnęła go, odzyskała równowagę i z dumą ruszyła na przód. Oparła ręce o brudne barierki, czego natychmiast pożałowała.      Zmrużyła oczy. Pośród kilkunastu motocykli próbowała wypatrzeć jeden, ten, na którym jechał Leon, jednak nie było to takie proste – nie wiedziała jak wygląda maszyna ani jego właściciel.
     - Violetta?
     Odwróciła się.
     - Leon.
     - Co tu robisz? – spytał chłodno.
     - Chciałam porozmawiać.
     - Nie mam na to ochoty – odparł. – Szczególnie po scenie, którą odstawiłaś Francesce w sobotę.
Zmarszczyła czoło. – Już zdążyła ci się wyżalić? – palnęła, zanim zdążyła się powstrzymać.
     - Jeśli przyszłaś tutaj po to, by mnie zdenerwować, to równie dobrze możesz już iść – powiedział. – Zresztą, w innej sytuacji też. Nie chcę z tobą rozmawiać.
     Odwrócił się i ruszył w stronę budynku, zakładając na głowę kask.
     - Przyjechałam do Argentyny dla ciebie – zatrzymała go.
     Spojrzał na nią dopiero po chwili.
     - Dla mnie?
     Skinęła głową. – Myślałam, że… - Po raz pierwszy od dziesięciu lat nie wiedziała co powiedzieć. Ona, Violetta, wielka gwiazda, nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. – Że może moglibyśmy spróbować.
     Patrzył na nią przez chwilę oniemiały.
     - Spróbować?
     - Tak. – Starała się nabrać pewności siebie. – Przecież kiedyś byliśmy razem… i było nam tak dobrze.
     Nie wiedział, czy parsknąć śmiechem, czy może się rozpłakać. Nie potrafił zebrać myśli. Violetta wróciła po dziesięciu latach do Argentyny, i teraz chce znów z nim być? To było wręcz absurdalne.
     - Violetta, czy ty siebie słyszysz? – spytał po momencie.
     - Przecież wiem, że nadal coś do mnie czujesz. – Zbliżyła się do niego. – Nie zaprzeczaj temu.
     Odpowiedział kilka sekund później.
     - Z tobą jest coś nie tak – stwierdził. – Puść mnie. – Zaprotestował, kiedy chwyciła go za rękę. – Sława uderzyła ci do głowy. Nie myślisz racjonalnie. Możesz być jedną z największych celebrytek. Ale nigdy nie będziesz tą dziewczyną, w której się zakochałem. Nie wrócę do ciebie, Violetta. Zrozum to. – Przerwał. – Jeśli przyjechałaś na to spotkanie tylko po to, żeby zobaczyć mnie – Pokręcił ze zrezygnowaniem głową – to jesteś jeszcze gorsza, niż myślałem przez ostatnie lata.
     Kolejny raz odszedł. Stała przez chwilę w miejscu. Nie wiedziała co zrobić. Była przekonana, że może mieć wszystko czego zapragnie, a właśnie straciła osobę, której pragnęła najbardziej.
     - Nie… - szepnęła sama do siebie. Później coś w niej zawrzało. – Pożałujesz tego! – zawołała za nim. – Mi… mi się nie odmawia!
     Nie zwrócił na nią uwagi. Krzyczała jeszcze jakiś czas. Później z jej oczu popłynęły łzy. Nikt jej nie wierzył. Ale ona go kochała. Szczerą, prawdziwą miłością. Bo w środku nadal była starą Violą, po prostu nikt tego nie zauważał.
     Nigdy nie sądziła, że nastanie taki moment jej życia. Wtedy zrozumiała, że na zawsze będzie sama. Sama i nieszczęśliwa. Bo nigdy nikogo nie pokocha tak bardzo, jak kochała Leona.

     Es el latido de tu corazón

     - Nie dzwoniła?
     Pokręciła przecząco głową, odrywając wzrok od telefonu. Nie rozstawała się z nim od tygodnia. Przecież Francesca mogła dać jakiś znak w każdej chwili, a ona obiecała, że jej pomoże. Bez względu na wszystko.
     - Broduey – odezwała się.
     - Tak?
     - Jeśli… - Starała się ubrać myśli w słowa. – Chcę, żebyś wiedział, że… że jeśli będzie trzeba… to zostanę w Argentynie. Zrobię to dla niej.
     Westchnął cicho i usiadł obok niej.
     - Jesteś pewna? – spytał.
     Skinęła głową. – Tak. Przez dziesięć lat nie zainteresowałam się tym, co się u niej dzieje, a nie działo się dobrze. Jeżeli ona teraz będzie potrzebowała pomocy, to jej pomogę. – Spojrzała na niego. – Wtedy ty wrócisz do Brazylii.
     - Nie zostawię cię samej – zaprotestował.
     Uśmiechnęła się. – Jesteś taki słodki. – Dotknęła wzruszona jego policzka. – Ale przecież dobrze wiesz, że to niemożliwe. Już kiedy ja nie wrócę do teatru, będzie źle. Jeśli nie wrócimy oboje… nie dasz rady wyobrazić sobie szału, w jaki wpadnie reżyser.
     Odwzajemnił uśmiech.
     - Nie chcę cię zostawiać tutaj samej – powtórzył.
     - Wiem, ale… nie będę sama. W Argentynie jest Ludmiła, jest Leon… i Francesca. A Brazylia wcale nie jest daleko. Zobaczysz, będzie dobrze. – Splotła razem ich palce. – Poza tym, wcale nie jest przesądzone, że tutaj zostanę. To tylko przypuszczenia. Może wrócę. To zależy od Francesci. Wiesz, że jest dla mnie ważna.
     Objął ją ramieniem i przytulił do siebie.
     - Wiem – odparł. – Szkoda, że nie znalazła kogoś, kto na nią zasługuje. Diego… chyba zbyt bardzo się zmienił – stwierdził.
     - Nie jest jej wart – dodała. – Może kiedyś był, teraz to już przeszłość. Mam nadzieję, że znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby go zostawić.
     - Boi się, że bez niego sobie nie poradzi.
     - Teraz już tak – zauważyła. – Pomogę jej. Razem pomożemy. – Pocałowała go w policzek. – Prawda?
     - Oczywiście. – Złożył pocałunek na jej ustach. – Wiesz, że kocham cię najbardziej na świecie?
     Zaśmiała się cicho.
     - Wspominałeś.  - Ktoś zapukał do drzwi ich pokoju hotelowego. – Otworzysz?
     Wstał z jękiem i powłócząc nogami podszedł do drzwi. Otworzył je. W progu stała średniego wzrostu dziewczyna, z twarzą mokrą od łez.
     - Francesca?
     - Francesca. – Camila zerwała się na nogi.
     Po chwili już stała obok nich. Chwyciła Francescę za rękę i wciągnęła ją do środka. Posadziła ją na łóżku, a sama klękła na podłodze przed nią.
     - Co się stało? – spytała cicho.
     Włoszka podniosła wzrok i spojrzała na nią przez łzy.
     - Odeszłam – odparła szeptem.
     Przygryzła wargę. – Zostawiłaś go?
     Pokiwała głową i wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem.
     Broduey usiadł obok niej i położył jej rękę na ramieniu. Żadne z nich nie wiedziało co powiedzieć, jak ją pocieszyć. Mieli szczęście, bo trafili na siebie, i byli razem szczęśliwi. Francesci to nie spotkało.
     - Camila? – wykrztusiła.
     - Tak, kochanie? – Uśmiechnęła się lekko.
     Przełknęła wielką gulę w gardle. – Mogę wyjechać z wami?
     Rudowłosa podniosła głowę i zwróciła wzrok na swojego męża, a w jej oczach jawiło się niewyobrażalne szczęście, co było wręcz absurdalne zwracając uwagę na zaistniałą sytuację.
     - Oczywiście, że możesz, słońce – odpowiedziała, przytulając ją do siebie. – Możesz na nas liczyć.
     Francesca czuła, że spotkanie z okazji dziesiątej rocznicy zakończenia Studia było najlepszym, co mogło ją w życiu spotkać. Dzięki niemu w końcu wiedziała, że coś może się zmienić. Szkoda tylko, że potrzeba było tyle czasu, aby uczynić ten krok.
     
     Sabes que lo puedes escuchar

     Wstawiła miskę do zlewu, jednak po chwili namysłu wyjęła ją z powrotem. – Mogę jeszcze?
     Ludmiła parsknęła śmiechem.
     - Ta zupa miała starczyć do jutra, a ty pochłonęłaś już dwie miski, i chcesz trzecią?
     - Nie moja wina, że jest taka dobra. – Natalia nalała sobie trzy kolejne chochle. – Jak przyjedziesz do mnie, do ugotuję dwa gary.
     - Trzymam cię za słowo. – Umilkła. – Mam dla ciebie małą niespodziankę.
     Zmarszczyła czoło, zatrzymując łyżkę w połowie drogi. – Niespodziankę?
     - Tak. – Wstała. – Chodź ze mną.
     - Jem – jęknęła, kiedy chwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą.
     Mimo protestów dała się wyciągnąć na dwór. Jęknęła, kiedy kazała zamknąć jej oczy, ale usłuchała jej. Ciągnęła ją za sobą, a ta potykała się na każdym kroku – zawsze była niezdarna, wydawało się, że w tym wieku powinno być lepiej, jednak wcale nie przechodziło.
     - Podglądasz?
     - Nie – mruknęła. – Możemy już skończyć to przedstawienie? Ludmiła, dlaczego wyszłyśmy na dwór? Zimno mi. Czy ty w ogóle słyszysz co do ciebie mówię?
     Nie uzyskała odpowiedzi, a kiedy po momencie otworzyła oczy, zdrętwiała.
     Stał przed nią. Ciężko jej było przyznać samej przed sobą, że z niecierpliwością czekała aż przyjdzie, co było nieuniknione. Ale mimo wszystko nie wiedziała jak się zachować.
     - Wredna żmija… - westchnęła. – Ty jesteś tą niespodzianką?
     Uśmiechnął się lekko. – Podoba ci się? - Odwzajemniła uśmiech, jednak z wahaniem. – Chciałem dać ci jak najwięcej czasu, ale już nie mogłem dłużej wytrzymać – wyznał. – Wiem, że te kilka dni ma się nijak do ośmiu lat, ale… sama rozumiesz.
     - Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle przyjdziesz – powiedziała cicho.
     - Byłbym głupcem, gdybym zmarnował taką szansę. – Nie odpowiedziała. – Przez osiem lat żyłem z poczuciem winy, a jednocześnie z każdym kolejnym dniem tęskniłem za tobą coraz bardziej.
     - Byłam pewna, że to niemożliwe, żebyśmy znów byli razem – dodała.
     - Myślałem, że taka kobieta jak ty na pewno znalazła kogoś, kto zasługuje na nią bardziej niż ja.
     Pokręciła ze zrezygnowaniem głową i wbiła wzrok w swoje stopy.
     - Nie chciałam uwierzyć, że nadal tak strasznie cię potrzebuję, i że nadal coś do ciebie czuję.
     Uniósł jej podbródek do góry.
     - Chyba zawsze miałaś z tym problem – stwierdził, dotykając jej policzka.
     Uśmiechnęła się. – Chyba tak. – Przełknęła ślinę. – Wiesz, że nie mogę ci niczego obiecać, prawda?
     - Wiem. Ja też nie. – Zbliżył swoje usta do jej. – Ale na razie wystarczy mi tylko, żebyś była przy mnie.
     - Tyle mogę zrobić. – Złączyła ich usta w gorącym pocałunku.
     Jeszcze dwa tygodnie temu żadne z nich nie pomyślało, że to wszystko może się tak skończyć. Pomyśleć, że obojgu z trudem udało się dotrzeć na spotkanie. Ale życie pisze różne scenariusze. Ich był może zbyt dynamiczny. I trwał od trzynastu lat. To była najdłuższa opowieść, jaką każde z nich miało okazję poznać.

     Junto al mío!

     Kilka dni później, trzynastego lipca, dokładnie o 13.34 z lotniska w Buenos Aires wystartował samolot do Brazylii, na swoim pokładzie przewożąc wśród wielu pasażerów najważniejsze trzy osoby – w tym, jedną szczególną, która odważyła się postawić na swoim, i zdecydowała rozpocząć nowe życie w miejscu, gdzie będzie doceniana, i gdzie nikt już jej nie powie, że żyje w czyimś cieniu. Na ziemi Argentyńskiej zostawiła osobę, z którą spędziła ponad dziesięć lat swojego życia. Wiedziała jednak, że to najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć. Siedząca przy oknie rudowłosa kobieta uśmiechała się patrząc na brunetkę – czuła się niesamowicie z myślą, że chociaż częściowo naprawiła błąd, jakim było zerwanie kontaktów ze swoją najlepszą przyjaciółką.
     W tym samym czasie, na tym samym lotnisku, na pokład samolotu wsiadała wysoka, szczupła kobieta, której wygląd mówił sam za siebie. Spojrzała z ukosa na stewardessę, która chciała pomóc jej znaleźć właściwe miejsce, ofuknęła mężczyznę, który zaoferował pomoc w zapakowaniu podręcznego bagażu do schowka i usiadła na fotelu, czując, że przyjazd tutaj był błędem. Przekonała się, że w życiu jednak nie można mieć wszystkiego. Osoba, którą kochała, nie chciała mieć z nią nic wspólnego, i mimo, że go nie rozumiała, to musiała pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie już na zawsze pozostanie samotna, bez osoby u swojego boku, która byłaby w stanie zrobić dla niej wszystko.
     Ostatni samolot wskazał drogę do szczęśliwego życia dwójce zakochanych w sobie młodych osób, które dopiero po kilku latach były w stanie spotkać się, porozmawiać, przyznać się do swoich błędów i wyznać swoje uczucia, duszone od momentu rozstania. Teraz, jeszcze silniejsi, budując swój związek na nowo, od podstaw, wiedzieli, że nikt nie jest w stanie zburzyć ich szczęścia.
     Patrząc na mechanicznego ptaka wzbijającego się do lotu, i – chyba w wyobraźni – widząc niską dziewczynę z kręconymi włosami machającą do niej przez małe okienko, uśmiechnęła się i oparła głowę o ramię stojącego obok niej wysokiego Włocha. Ten przyciągnął ją do siebie ramieniem i ucałował w czoło, co tak uwielbiała. Za tydzień to oni mieli wylecieć razem, do jego rodzinnego kraju, aby mogła odpocząć od natłoku pracy i obowiązków. Wiedziała, że przyjaźń z Hiszpanką teraz już przetrwa wszystko, że pozostanie niezniszczona do końca ich dni.
     Żadne z nich nie miało pojęcia, jak zwykłe spotkanie mające być tylko rocznicą ukończenia szkoły zmieni ich życie. Kontakty odnowione po latach były teraz o wiele silniejsze. Oni wszyscy byli już dorosłymi ludźmi, obrali swoją drogę w życiu i wiedzieli czego chcą. Niektórzy z nich poszli w złym kierunku, niektórzy zbłądzili, a dobrej drogi nie da się odnaleźć tak prosto.
     Ich losy rozeszły się dziesięć lat temu. Teraz znów są razem. Nie wszyscy. Bo przecież nigdy nie będzie jak wcześniej. Czas odcisnął swoje piętno na każdym z nich, mimo to wszyscy wiedzieli, że
valió la pena todo hasta aquí.

14 komentarzy:

  1. Świetne to wszystko ! ;**
    Naprawdę cudowne , masz wyjątkowy talent naprawdę <3
    Świetny i czekam z niecierpliwością na nexta ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam to! ❤❤
    Naprawdę!
    Boże, kiedy skończyłam czytać zaczęłam żałować że to już koniec ;-;
    Och pisz takie dłuższe dzieła częściej!
    Buziaki-Maja❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej ❤
    Normalnie nie wiem co mam powiedzieć...
    Jest tyle utalentowanych osóbek na Blogerze, ale tych najlepszych jest zdecydowanie najmniej. Ty kochana zaliczasz się do tej malutkiej grupki najbardziej uzdolnionych osóbek ❤
    Nie wiem jak to robisz... Wciągnięcie czytelnika w one shota, opowiadanie, cokolwiek! ❤ Takie, rzeczy potrafią tylko najwspanialsze osóbki! ❤ Jestem pod ogromnym wrażeniem...
    Mam nadzieję, że będziesz więcej pisać takich długich One Shotów, one partów. Są po prostu wspaniałe w Twoim wykonaniu! ❤ Nigdy za bardzie nie przepadałam za nimi, ale kiedy tylko zaczęłam czytać Twoje cudeńko, od razu się do nich przekonałam ❤ Także... Dziękuję ślicznie ❤
    A ten one shot, zdecydowanie trafił w moje małe serduszko ❤ . Opowiada o ważnych wartościach, błędach, zmianie i owych szansach ❤ . Jest po porostu genialny ❤
    Nie żałuję, że trafiłam na tego bloga. Jest przecudowny! ❤
    Ściskam mocno i życzę weny ;*
    Kerry ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Ahh, w końcu coś się pojawiło.
    Wiesz jak ciężko trudno tyle czekać?
    Ale za wystawienie takiego cudeńka jestem w stanie Ci wybaczyć. Zwłaszcza, że było w nim wszystko, co lubię.
    Były ulubione pary, ulubione charaktery i tyle ciekawych wątków.
    Do szczęścia brakowało mi tylko Lary i Marco, ale przecież nie można mieć wszystkiego, prawda?
    Coraz trudniej znaleść sobie wolny czas, to zrozumiałe.
    Ale cieszę się, że mimo to coś jednak wstawiłaś i przez chwilę mogłam się zatrzymać w tym cudownym świecie.
    Pozdrawiam.
    ~Anonim Juleśka ❤

    OdpowiedzUsuń
  5. Heej, heej, helooł. ♥
    Jejku, naprawdę długi Part. ♥ Bardzo, ale to bardzo mi się podobał. ♥
    Gratuluję wygranej! Zasłużyłaś. ♥
    Twój styl pisania jest bardzo ładny, masz wspaniałe pomysły i potrafisz je pięknie opisać. ♥
    Wszystko co przeczytałam było wręcz idealne, perfekcyjne. ♥♥♥
    Życzę dużo weny na kolejne takie cudeńka. ♥

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeju jakie cudo *_*
    MEGA TALENT
    Wspaniałe ��

    OdpowiedzUsuń
  7. Jako, że jestem nowa na bloggerze to się przywitam :)
    Hejka, czytam Twojego bloga już od dawna, ale nigdy nie komentowałam, bo nie miałam swojego konta.
    Dzisiaj sama ruszyłam z pisaniem opowiadań i uważam, że to jest coś niesamowitego, daje taką radość.
    Szczególnie jak patrzę na Twoje opowieści, które są na bardzo wysokim poziomie i w dodatku poruszają ważne ale trudne tematy ;)
    To wspaniałe, że mimo tego, że zarówno serial jak i trasa się skończyły, "Violetta" dalej żyje w naszych sercach i traktujemy ją jako ważną część naszego życia :))
    Szczególnie, kiedy czytam Twoje opowiadania, zdaję sobie sprawę, ile mogę się z nich nauczyć i ile wynieść stąd ważnych wartości ♥
    Historie, które tworzysz są cudne <3
    Życzę Ci dużo pomysłów, radości i sukcesów :*
    Ten part jest idealny. Spotkanie przyjaciół po latach, ukazałaś wspaniale.
    Marcesca para siempre ;))
    Pozdrawiam i powodzenia w szkole ;* ♥

    OdpowiedzUsuń
  8. Musiałam się odstresować po egzaminie i przyszedł mi do głowy pomysł, by sprawdzić czy Twój blog nadal istnieje w eterze... Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mogłam przeczytać tę opowieść. Jest naprawdę piękna. I znów potrzebowałam chusteczek. Z resztą, zawsze czytając Twoje opowiadania beczę jak bóbr... To się chyba nigdy nie zmieni.
    Olu, mam nadzieję, że czytasz ten komentarz i przypomnisz sobie dzięki temu ile radości w Twoje życie wniosło pisanie takich opowiadań. Jedne były krótkie, inne długie... Ale zawsze chwytały czytelnika za serce.
    Mam nadzieję, że kiedyś zobaczę na półce w księgarni Twoje opowiadania, a może nawet powieść. Ręczę, że wszystko rozeszłoby się jak świeże bułeczki.
    Ściskam mocno ♥
    I mam nadzieję, że mnie pamiętasz :)

    OdpowiedzUsuń

Proszę, skomentuj, to przecież zabiera tak niewiele czasu, a daje dużo więcej :)