Takie to dno, że szkoda gadać, ale chciałam skończyć dziś, aby nieliczni, którzy czekają - a wierzę, ze tacy są, proszę, utwierdźcie mnie w tym przekonaniu - mogli go przeczytać.
A w dniu Wigilii, kończącej się już, zresztą, życzę wam wszystkiego co najlepsze, przede wszystkim zdrowia, napotkaniu w życiu samych dobrych ludzi, spełnienia marzeń, no i aby w waszym życiu zawsze się dobrze wiodło, abyście byli szczęśliwi, bo to nadaje wszystkiemu sens. Aby rok 2016 przyniósł wam wiele radości i zadowolenia z życia.
Jeszcze jedna moja prośba do was. Proszę, aby KAŻDY kto jeszcze tu jest, zostawił po sobie ślad. Choćby tą tak bardzo oklepaną kropkę lub przecinek. Chciałabym po prostu zobaczyć, ile was tutaj jest, jak wiele nadal czyta to, co piszę.
Zapraszam do czytania :3
Śnieg za oknami sypał tak gęsto, że ciężko było dostrzec
cokolwiek poza nim. Mroźny, porywisty wiatr zaginał najcieńsze drzewa prawie do
poziomu, o mało ich nie łamiąc. Pogoda, zdawać by się mogło, idealna na
Wigilię. Przyjemnie było siedzieć przy kominku w ciepłym domu i patrzeć przez
okno na śnieżną zawieję. To były
pierwsze święta od kilku lat, które naprawdę wyglądały jak święta. Białe
płatki, które osiadły na liściach drzew przepięknie kontrastowały z ciemnym niebem
wigilijnej nocy.
Jednak nie dla wszystkich ten wieczór był szczęśliwy.
Już kolejną godzinę tkwił na niewygodnym krzesełku za ladą.
Tyle razy obiecywał sobie przywieźć tutaj coś, na czym siedziałoby się o wiele
lepiej. Nigdy słowa nie dotrzymał. Obracał w ręce czerwony długopis, jednym uchem
słuchając świątecznej audycji z małego radyjka stojącego obok niego. Sygnał co
chwila zrywał się; pogoda wcale nie sprzyjała dobremu odbiorowi. Co jakiś czas
na zewnątrz zatrzymywał się samochód, a ze środka wyskakiwał mężczyzna –
rzadziej kobieta – który napełniwszy szybko bak paliwem wbiegał do sklepu,
rzucając szybkie „Dobry wieczór”, płacił i życząc wesołych świąt, odjeżdżał,
prawdopodobnie śpiesząc się do swojej rodziny na wieczerzę wigilijną.
Tu było tak smutno.
I tak nie miał z kim spędzić tych świąt. Od lat były tylko
rytuałem, kolacja w domu rodzinnym, bo tak trzeba, bo to w dobrym tonie. Co
roku miał nadzieję, że coś się zmieni, ale wciąż wszystko pozostawało takie
samo. Rok w rok słuchał audycji na tej samej stacji, wyobrażając sobie siebie
siedzącego przy suto zastawionym stole, w otoczeniu osób, które kochał, może jak zawsze, ale tym
razem naprawdę szczęśliwego, bo o to w tym wszystkim chodziło. Tymczasem tą Wigilię
Bożego Narodzenia spędzał na zimnej stacji benzynowej próbując utrzymać otwarte
oczy i zmusić się do przeczytania choć jednego rozdziału książki.
Podniósł głowę, kiedy dzwoneczek przy drzwiach zabrzęczał, a
do środka wpadła postać z włosami pokrytymi śniegiem, nosem i policzkami
zaczerwienionymi od mrozu i załzawionymi oczami.
- Paczkę papierosów proszę. – Otarła mokre czoło zmarzniętą
ręką. – Tych najtańszych.
Przyglądając się jej uważnie wyjął spod lady papierosy.
- Na dworze jest dużo poniżej zera – zauważył.
- Tak, wiem, pierwszy raz od kilku lat święta wyglądają tak,
jak powinny wyglądać – odpowiedziała, pociągając nosem. – Śnieg, wiatr, mróz i
te sprawy. Wspaniała pogoda, aż chce się siedzieć w ciepłym domu i śpiewać
kolędy, prawda?
Podrapał się po głowie. – Chodziło o to, że musi być pani zimno…
- I niby mówią, że święta to czas radości – parsknęła,
śmiejąc się nerwowo. – A wie pan co ja sądzę? Święta to bezsensowny wymysł,
który każe wszystkim zakładać na siebie maski i udawać szczęśliwych. – Wyjęła z
kieszeni drobne i rzuciła na ladę, nawet ich nie licząc. Po czerwonych
policzkach płynęły łzy. – Straciłeś najważniejszą osobę w życiu? Och, to nic,
święta są, zapomnij o tym. Nie masz pieniędzy, żeby związać koniec z końcem? Są
święta, jak poprosisz, to Bóg ci pomoże, będzie dobrze. Życie ci się sypie? Nie
martw się, po świętach wszystko się ułoży! – Chwyciła paczkę papierosów. – A
jak nie jesteś szczęśliwy, tylko chodzisz w taką pogodę po dworze, płaczesz i
mówisz sam do siebie, to ludzie gadają, że nienormalna, pewnie ćpała, albo ją
coś opętało. Ale jakby się pomodliła, na pasterkę poszła, to wybaczone by jej
było, a jakże! – Naciągnęła rękawy płaszcza na zziębnięte dłonie. – Wie pan co?
– Spojrzała na niego. – Mam nadzieję, że chociaż pan naprawdę jest szczęśliwy,
tutaj – Rozejrzała się – albo przynajmniej dobrze pan udaje. Ja nie mam tego
talentu. Do widzenia panu, idę świętować. Przecież o to dzisiaj chodzi.
Wyszła na zewnątrz, a po chwili jej mała, skulona postać
zniknęła wśród śniegu.
Wzruszył ramionami i zaczął śpiewać pod nosem kolędę, która
właśnie płynęła z radia.
Ale w pamięci pozostały mu smutne oczy dziewczyny.
Powoli zaczynała żałować, że nie założyła na głowę czapki,
na dłonie rękawiczek i że nie owinęła się dookoła jakimś wełnianym szalikiem.
Palce prawie odmarzły jej, kiedy wyciągnęła ręce z kieszeni żeby zapalić
papierosa. Usta zapewne miała już sine z zimna, a uszu prawie nie czuła.
Zatrzymała spojrzenie na jednym z okien, za którym widać
było stojącą na środku pokoju choinkę oświetloną lampkami, po czym wybuchła
płaczem i, powłócząc nogami, ruszyła dalej.
A pomyśleć, że jeszcze niedawno wszystko było dobrze.
Pamiętała, jak skrupulatnie planowała wydatki, aby jej pensja wystarczyła do
końca miesiąca, a może jeszcze udałoby się wyskubać coś na prezent dla Niego.
Nie chciał nic, to prawda, ale nie wybaczyłaby sobie, gdyby przyszła do niego
na wieczerzę z pustymi rękami tym bardziej, że On na pewno podaruje jej coś
wielkiego, za co prawdopodobnie nigdy nie da rady mu się odwdzięczyć.
Wszystko zaczęło się sypać, sama nie wiedziała kiedy.
Któregoś dnia po prostu on powiedział jej, że ich związek nie ma sensu, że
pochodzą z dwóch różnych światów i zbyt bardzo się różnią – dopiero kilka dni
później dowiedziała się, że poznał kogoś innego, zapewne lepszego od niej,
dziewczynę, która była go warta, która nie musiała oszczędzać na wszystkim, aby
jakoś dociągnąć do pierwszego.
I nawet Wigilię, na którą w tym roku wyczekiwała z
niecierpliwością, znienawidziła, już kolejny raz, tak bardzo, przez niego.
Zatrzymała się i rozejrzała wokół. Śnieg nadal sypał, czuła
jego płatki na twarzy. Nie wiedziała, gdzie jest. Już chyba dawno minęła
ostatnie domy. Zbyt zatracona w swoich rozmyślaniach straciła orientację. Stała
na środku drogi, rozświetlanej tylko lampą stojącą na poboczu, a jej wzrok nie
dostrzegał w pobliżu żadnych domów.
I wtedy obok zatrzymał się jakiś samochód.
Dochodziła dwunasta w nocy, a jego zmiana już się kończyła.
Marzył, żeby wrócić do domu, wpaść do łóżka i nie wychodzić z niego najlepiej
przez całe święta. I tak nie miał w planach żadnych gości, z nikim się nie
umówił. Nawet choinka stała w kącie, nie ubrana, bo w ostatniej chwili
stwierdził, że nie ma sensu tego robić. Bo po co?
Jechał powoli, śnieg zasypał całą drogę. Dosłownie modlił
się, aby bez problemu dotarł do domu, nie musiał nocować w jakimś hotelu, jak
rok temu. Do dziś pamiętał te starodawne kolędy lecące z głośników na
korytarzu, zardzewiałe łazienki i niewygodne łóżka z wystającymi sprężynami.
Nie chciał powtórki z rozrywki.
Zdawać by się mogło, że o tej porze wszyscy siedzą w
ciepłych domach, przy kominku, z rodziną. Niektórzy może poszli na pasterkę.
Inni już leżą w swoich łóżkach, w końcu to na pewno był dzień pełen emocji. Ale
on dostrzegł ciemną postać stojącą na poboczu drogi. Zwolnił. Odsunął szybę.
- Przepraszam – odezwał się. – Mogę jakoś pomóc?
Poznał ją od razu, kiedy odwróciła głowę w jego stronę.
- A czy wyglądam, jakbym potrzebowała pomocy? – parsknęła i
ruszyła przed siebie.
Nacisnął gaz. Jechał powoli obok niej.
- Zdecydowanie – odparł spoglądając na jej mokre od śniegu
włosy i zaczerwienioną twarz. – Do najbliżej wsi jeszcze daleko. Podrzucić
panią?
- Nie rozmawiam z obcymi.
- Nie jestem obcy. Rozmawialiśmy parę godzin temu na stacji.
Rzuciła na niego wzrokiem. – I tak pana nie znam –
powtórzyła.
Powłócząc nogami po zaśnieżonym poboczu próbowała
powstrzymać drżenie rąk, zmarzniętych po kilku godzinach na dworze.
- Niech się pani nie wygłupia, przecież sama pani widzi jaka
jest pogoda.
Znów zaczynało sypać.
- Wcale nie mam pewności – Potknęła się o kamień leżący po
śniegiem, ale na szczęście się nie przewróciła – że nie jest pan jakimś
przestępcą, który mnie porwie, wywiezie do lasu i zabije. Co najmniej.
- Ja raczej na takiego nie wyglądam. Czego nie powiedziałbym
o tym kimś, który zbliża się w pani stronę.
Dopiero w tym momencie zauważyła zakapturzoną postać idącą
szybkim krokiem z naprzeciwka.
- Jak pani chce. Do widzenia.
Ruszył, zostawiając ją w tyle. Jechał powoli.
- Niech pan zaczeka! – Usłyszał.
Drzwiczki przy siedzeniu pasażera otworzyły się, a do środka
wpakowała się ciemnowłosa kobieta, przynosząc ze sobą kilogramy śniegu.
- Zimno? – spytał podkręcając ogrzewanie.
- Trochę posypało. – Roztarła ręce.
Ominął leżącą na drodze grudę śniegu i przyśpieszył, nie
widząc nikogo w pobliżu.
- Żona będzie zazdrosna, że wozi pan obcą kobietę – odezwała
się brunetka. – A jest Wigilia. Czas łagodzenia sporów i waśni, podobno, tak
zawsze mi mówili. Swoją drogą, dlaczego pan nie jest teraz z nią w domu? Nie,
nie musi pan odpowiadać, przecież to nie moja sprawa. Niech pan nie zwraca na
mnie uwagi. Jakoś zapominam o tym, że to, że ja jestem nieszczęśliwa, nie
znaczy, że inni muszą mieć tak samo.
Spojrzał na nią. – Nie mam żony.
- Och, no to dziewczyna, co to za różnica? Lub narzeczona,
jak pan woli. Ale wie pan, dziewczyny są nawet bardziej zazdrosne niż żony.
Kiedy już się weźmie ślub jest takie poczucie, że mamy siebie na własność,
można powiedzieć. A dziewczyna? Chłopak nie może spojrzeć się na inną, bo tamta
ma ochotę go zabić. A jeśli jadą jednym samochodem… marny los tej pierwszej.
Coś o tym wiem. Kiedyś miałam ochotę zabić taką jedną, dziwnie patrzyła się na
mojego chłopaka – Przełknęła ślinę – byłego chłopaka – poprawiła. Szkoda mówić.
Milczał chwilę. – Zostawił panią?
Zacisnęła zęby.
- Pięć dni temu, w moje urodziny – odpowiedziała. – Sympatyczny
prezent, nie sądzi pan? Powiedział, że nie jestem taka, jaką on by mnie chciał.
Nie wiem, nie wiem jak mam to rozumieć; czy chodzi mu o wygląd, o charakter,
czy może o to, że ledwo mi na życie starcza… nie mam pojęcia, nie raczył mi o
tym powiedzieć. Mieszkam na Gajowej – wtrąciła, kiedy wjechali do miasteczka. –
I wie pan, niby obiecałam sobie, że nie będę po nim płakać, bo nie jest tego
wart, ale… A zresztą, nie będę panu o tym opowiadać. Na pewno ma pan ciekawsze
rzeczy do roboty.
- Gajowa…
- Szesnaście. Znaczy, wie pan, zazwyczaj nie żalę się obcym
ludziom. Ja w ogóle rzadko się żalę. Jakoś nie lubię tego robić. Wolę cierpieć
w samotności. Wiem, że kiedyś przejdzie. Zawsze przechodzi. Ale po prostu
dzisiaj jest mi tak bardzo źle, że już nie daję rady. Głupio mówić, ale
myślałam, że to będą moje pierwsze prawdziwe święta. Nie wyobraża sobie pan,
jak na nie czekałam, ale teraz? Teraz jest mi wszystko jedno. To tutaj. –
Samochód zatrzymał się. – Bardzo dziękuję. Jednak nie jest pan jednym z tych
morderców. Przepraszam za kłopot. Dziękuję jeszcze raz i dobranoc.
Wyskoczyła na zewnątrz zanim zdążył jej odpowiedzieć.
Zaintrygowała go. Nie była szczęśliwa, to oczywiste. Chyba
starała się brzmieć obojętnie, ale cóż, nie udawało jej się to. Myślał, że to
dla niego święta są czymś… złym. Po tym spotkaniu jednak dowiedział się, że dla
kogoś innego mogą być czymś o wiele gorszym.
Chociażby dla dziewczyny ze smutnymi oczami.
Promienie słońca odbijały się od bielutkiego śniegu,
oślepiając ludzi śpieszących do kościoła na poranną mszę świętą.
Siedziała na balkonie, zupełnie nie przejmując się mrozem. I
tak już zużywała tony chusteczek, a tej nocy prawie nie zmrużyła oka przez
uporczywy kaszel. Obok niej stała pusta butelka po winie. Świętowała sama. Nie
przejmowała się, że cała butelka dla jednej osoby to za dużo. Kiedy wypiła, o
niczym nie myślała. A to jej odpowiadało.
Zachwiała się wstając, kopnęła szkło, które potoczyło się
pod ścianę i głucho o nią uderzyło. Poprawiła koc spadający jej z ramion i
weszła do domu.
Przy stole stała do połowy ubrana choinka. Akurat ją
stroiła, kiedy On poprosił, aby się spotkali. To wtedy skończył się ich
związek. Świąteczne drzewko już nigdy nie zostało do końca ozdobione.
Tym razem nie zapomniała o ciepłym ubraniu. Założyła czapkę
na głowę, owinęła się szalikiem, a na dłonie wcisnęła granatowe rękawiczki.
Wyszła z mieszkania i zbiegła po schodach. W klatce minęła się z sąsiadem,
który rzucił jakieś pytanie w stylu „Jak mijają pani święta?” ale zignorowała go
i wyskoczyła na dwór, czując na twarzy uderzenie mroźnego powietrza. Ruszyła
przed siebie, nie bardzo wiedząc gdzie iść. Kroki poniosły ją do stacji
benzynowej oddalonej o pięć kilometrów.
Zmianę zaczynał po południu. Właśnie zaparkował samochód
przed sklepem i wysiadł z niego. Włożył ręce w kieszenie i szybkim krokiem
ruszył w stronę ciepłego pomieszczenia. Kiedy wszedł do środka, jego kolega już
zakładał na siebie zimowy płaszcz.
- Jakaś kobieta od godziny chodzi między półkami –
powiedział półszeptem. – Dziwnie wygląda. Chciałem nawet ją wyprosić, ale nie
robi nic nieodpowiedniego.
Zdziwiony uniósł brwi. – Od
godziny?
- Mówię ci. Było za dziesięć dwunasta, jak tu przyszła. Więc
nawet ponad godzinę.
Uśmiechnął się. – Poradzę sobie. Jedź do żony.
Mężczyzna odwzajemnił uśmiech, pożegnał się i wyszedł na
mróz.
Westchnął cicho, ściągnął z siebie kurtkę, którą rzucił na
stół na zapleczu, nastawił wodę na herbatę, rzucił okiem na obraz z kamer w
sklepie, a zlokalizowawszy jakąś postać między regałami, ruszył w stronę
odpowiedniego działu. Kiedy chwilę później znalazł się w dziale przemysłowym,
od razu poznał kobietę, którą spotkał wczoraj.
- Pomóc pani w czymś? – spytał uprzejmie.
Odwróciła się w jego stronę. Na jej twarzy pojawił się lekki
uśmiech, który jednak za chwilę zniknął.
- To pan – mruknęła. – Wie pan co, zostawiłam chyba u pana
wczoraj rękawiczki. W samochodzie.
- Nie miała pani ze sobą rękawiczek.
- Co też pan opowiada. Oczywiście, że miałam.
- Wczoraj nie miała pani czapki, szalika, ani rękawiczek.
Zmarszczyła czoło. Alkohol dawał się we znaki. – Tak?
Uśmiechnął się. – Ma pani ochotę napić się herbaty?
Chciała odmówić, ale jedno spojrzenie w kierunku okna, przez
które widać było śnieżną burzę szalejącą na dworze sprawiło, że zgodziła się i
razem z mężczyzną ruszyła w stronę kasy. Poprowadził ją głębiej, na zaplecze.
- Ciepło tu – stwierdziła siadając na jednym z krzeseł.
- Tak, cieplej niż na sklepie – odpowiedział przyglądając
się jej.
Rumieńce, które wstąpiły na jej policzki wspaniale rozweseliły
jej smutną twarz.
- Spędza pan tu święta? – spytała patrząc na małą, sztuczną
choinkę dokładnie z jedenastoma czerwonymi bombkami.
- Jeśli można tak to nazwać. – Wyjął z szafki dwa kubki. –
Zwykła czy owocowa?
- Zwykła bez cukru. Dlaczego nie jest pan z rodziną?
Rozumiem, że trzeba pracować, ale przecież…
- Nie mam rodziny.
- Nie powiedział mi pan wczoraj o tym.
- Nie dała mi pani dojść do słowa.
Zmarszczyła czoło. Ściągnęła czapkę z głowy, a jej czarne
loki opadły nas nos. – Całkiem możliwe.
Postawił przed nią kubek z parującą herbatą i usiadł
naprzeciw niej.
- Nie lubi pani świąt – stwierdził.
- Kiedyś lubiłam – odparła upijając łyka. – Z tego co sobie
przypominam, zdążyłam już wczoraj opowiedzieć panu historię mojego życia. Pan
wybaczy, miałam gorszy dzień.
- Jestem Marco. – Wyciągnął do niej rękę.
Uśmiechnęła się lekko i podała mu dłoń. – Natalia.
- Dzisiaj już lepiej?
- To przez te wino. – Odchrząknęła. – Wiesz, świętuję sama.
Poszła jedna butelka.
- Tak, widać. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ale nie jestem pijana – zaprzeczył
- Tego nie powiedziałem – zamilkł.
Po chwili ona przerwała ciszę.
- Pamiętam jak byłam mała i na każde święta tata przywoził z
lasu wielką, pachnącą choinkę – zaczęła. – Stawiał ją na środku salonu, a mama
przynosiła bombki ze strychu. Zawsze kazała wieszać z przodu, bo mało. Tata
podnosił mnie do góry i zakładałam gwiazdę na sam czubek. Ubieranie choinki
było najlepszym zajęciem podczas świąt. Ten rytuał powtarzał się co roku,
ostatni raz kiedy miałam piętnaście lat. Kilka dni później – Przełknęła ślinę –
stało się to. Nie powinnam ci może mówić, jesteś obcy, ale wydajesz się być w
porządku, a ja muszę się komuś wyżalić. Była już Wigilia, rodzice dostali
telefon od ciotki, zapowiedziała się z wizytą na kolację, trochę późno, ale
tłumaczyła to nagłą zmianą planów. Tamte święta mieliśmy spędzić tylko we
troje. Tata wsiadł więc w samochód, pojechał do miasta, żeby dokupić
najpotrzebniejsze rzeczy. Nigdy już nie wrócił. – Jej głos zszedł do szeptu. –
Mama próbowała być silna, ale nie było to proste. Przestała mnie zauważać,
chyba zapomniała, że ma córkę. Odebrała sobie życie kilka tygodni później,
zostawiając mnie. Zostałam sama, bo swoją jedyną rodzinę znienawidziłam tak
bardzo, że lepszą alternatywą zdawało mi się trafić do Domu Dziecka, niż pod
opiekę osoby, przez którą straciłam rodziców. Ciotka do dziś dnia próbuje się
ze mną skontaktować, ale ja nie mam na to ochoty. Ona zrujnowała moje życie. Od
tamtej pory nienawidzę świąt. Wiesz, myślałam, że w tym roku będzie inaczej.
Przekonywałam samą siebie, że święta nie mogą być takie złe, jeśli spędza się
je z kimś, kogo się kocha. Ale On postanowił to zakończyć, w najmniej
oczekiwanym momencie. Był dziewiętnasty grudnia, moje urodziny, pięć dni temu.
Nie wiem dlaczego, z jakiego powodu, ale powiedział tylko, że tak musi być. To
dlatego okres świąteczny jest jednym z najgorszych w całym roku. – Skończyła. –
Ale – wznowiła po chwili – powiedz lepiej, dlaczego, zamiast podczas świąt być
z rodzicami, rodzeństwem, nie wiem, kimkolwiek, ty siedzisz na tej śmierdzącej
stacji benzynowej i sprzedajesz alkohol pijaczkom z pobliskich wsi.
Westchnął ale uśmiechnął się lekko.
- Pochodzę z Meksyku, do Argentyny przeprowadziłem się kilka
lat temu. Najbliższą rodzinę mam w moim rodzinnym kraju – wyjaśnił. – Co roku
spędzałem święta z nimi, w sumie, tylko dlatego, żeby uszczęśliwić moją mamę,
wiesz, jest bardzo mocno wierząca. Mnie samego to nie rusza, chociaż,
przyjemnie jest posiedzieć z najbliższymi przy wspólnym stole i po prostu porozmawiać,
bez świadomości, że zaraz musisz to wszystko sprzątać i biec do pracy, bo za
godzinę zaczyna się twoja zmiana i się spóźnisz. Tego roku też miałem odwiedzić
Meksyk, ale odpuściłem sobie. Z kilku powodów. Wiesz, nie chcę przebywać
podczas świąt przy bracie, z którym od dobrych kilku lat toczę wojnę. A w
dodatku bilety lotnicze znacznie podrożały i nie stać by mnie było wydać takiej
sumy w ciągu kilku dni. – Wzruszył ramionami. – Dziewczyny też nie mam. Chyba z
żadną nie potrafię związać się na dłużej. Ale dobrze. Wystarczy mi herbata,
kawałek ciasta od żony mojego przyjaciela i kilka godzin spędzonych w ich
towarzystwie w drugi dzień świąt plus te pospolite kolędy lecące z radia. Żyć
nie umierać. Chcesz jeszcze jedną herbatę?
- Poproszę.
Wstał z krzesła i podszedł do czajnika.
- Kiedy wczoraj cię zobaczyłem, pomyślałem, że musisz być
naprawdę zdesperowana wychodząc w taką pogodę na dwór bez czapki czy czegoś w
tym rodzaju.
- A raczej zbyt głupia lub zbyt bardzo pogrążona w rozpaczy,
żeby o tym pomyśleć.
- Możesz nazywać to jak chcesz. Ja osobiście preferuję
ciepło, wiesz, te grube szaliki i najlepiej skórzane rękawiczki.
Kiedy kilka godzin później – oboje kończyli już szósty kubek
herbaty – do sklepu wszedł jakiś mężczyzna, który okazał się kolegą Marco, aby
zacząć swoją zmianę, podniosła się z niechęcią, założyła na siebie kurtkę i
naciągnęła czapkę na uszy.
- Nie mów, że znów jesteś pieszo.
- Nie mam samochodu – mruknęła chowając twarz w chuście.
- W takim razie, możesz kolejny raz skorzystać z bezpłatnych
usług dowożących. Chyba, że znów stwierdzisz, że jestem mordercą lub kimś w tym
rodzaju. Wybór należy do ciebie.
- Chyba zaryzykuję. – Próbowała powstrzymać uśmiech, który
wpełzł na jej twarz, kiedy wsiadała do jego samochodu.
W jej oczach widniał smutek.
Leżała na ziemi, z głową opartą o podłokietnik fotela.
Smutnymi oczami wpatrywała się w do połowy ubraną choinkę. Wyglądała tak
ponuro, chyba jeszcze bardziej żałośnie niż ona sama. A wystarczyło tylko
dowiesić choć kilka bombek leżących byle jak na podłodze.
Ktoś zapukał do drzwi. Obciągając niebieską koszulkę na uda
wstała i ruszyła do wiatrołapu.
- Skąd wiesz, gdzie mieszkam? – Zmarszczyła czoło na widok
stojącego na progu Marco.
- Podejrzałem dokładniejszy adres w twoim dowodzie. –
Wepchał się na przedpokój. – Mam nadzieję, że jakoś specjalnie ci to nie
przeszkadza.
A skąd. Uwielbiała go. Uwielbiała go, choć sama przed sobą
nie chciała się do tego przyznać. Znali się krótko, bo zaledwie tydzień, ale
między nimi zawiązała się jakaś więź. Samotny on, samotna ona. Wspaniałe połączenie.
Przy tym on taki opiekuńczy, starał się być twardy, choć tak naprawdę serce mu
się krajało, kiedy widział ją płaczącą.
- Wszystko w porządku? – Uśmiechnął się, wieszając płaszcz
na pierwszym wieszaku. Nigdy u niej nie był, to dopiero dzisiaj postanowił się
przełamać i tu przyjechać. Bał się jej reakcji. Ale chyba wszystko było dobrze.
Odwzajemniła słaby uśmiech. – Oczywiście. Chodź do salonu.
Przekroczywszy jego próg, w oczy rzuciła mu się
niedostrojona choinka. Jej pokrzywione gałęzie zwisały smętnie, nagie,
nieprzyodziane, mimo że wokół leżało tyle ślicznych ozdób.
- Przeszkodziłem ci? – spytał, spoglądając na drzewko.
Zacisnęła usta w wąską linię. – Nie. Nie mam ochoty tego
ubierać. Stoi tak od jakiegoś czasu.
Spojrzał na nią czule. Objął ją ramieniem. Usiedli na
kanapie. Odwrócił jej twarz w swoją stronę. Miała smutne oczy. Smutne tak
bardzo, że aż jego samego ogarniała rozpacz. Widział w nich ból. Powoli zbliżył
swoje usta do jej i złożył na nich delikatny pocałunek. Uśmiechnął się. Ujął
jej rękę i poprowadził do choinki. Usiedli na ziemi. Wziął jedną z leżących na
ziemi bombek i powiesił ją na gałązce. Drugą podał jej. Z lekkim westchnieniem
zacisnęła na niej palce i zaczepiła haczyk i koniec drzewka.
- Dwie najgorsze daty w roku za mną – odezwała się cicho,
wieszając małego aniołka. – Za niedługo kolejna.
Nie spojrzała na niego, zbyt zajęta ozdabianiem choinki. To
niesamowite, ile dawało jej radości.
Razem udekorowali najpiękniejsze na świecie drzewko
świąteczne.
Szkoda, że nadal z jej oczu wyzierał smutek.
12 stycznia. Pada śnieg. Nieprzerwanie, od miesiąca.
Prawdziwe święta. Sroga zima.
Stoi przy otwartym na oścież oknie. Wygląda na zewnątrz, a
łzy płyną po jej twarzy.
Zawsze chciała to zrobić. Poczuć to, co czuła jej mama,
kiedy stała tutaj, na tym samym parapecie, patrzyła na te same drzewa. Wtedy
chyba nienawidziła życia. Gdyby było inaczej, nie zrobiłaby tego.
Przymknęła oczy. Chciała oddać się zapomnieniu, wyłączyć się
zupełnie, mieć gdzieś, co dzieje się wokół, ale coś jej przeszkodziło.
- Natalia! – Usłyszała czyjś przerażony głos.
Silna ręka zacisnęła się boleśnie na jej ramieniu i
pociągnęła ją w dół. Upadła na ziemię, razem z nim.
- Co ty wyprawiasz?! – krzyknął, potrząsając nią. – Co ty
chciałaś zrobić?! Oszalałaś?!
Z jego oczu wypłynęły łzy strachu. Przyłożyła rękę do jego
policzka.
- Nie – zaprzeczyła drżącym głosem. – Nie chciałam…
- Co nie chciałaś?! – Nadal wrzeszczał, nie mogąc opanować
emocji. – Ty mnie nie możesz zostawić! Nie możesz, słyszysz?
Położyła ręce na jego ramionach. – Nie zostawię – zapewniła go.
– Nie skoczyłabym, Marco, kocham cię!
- A chciałaś… stałaś tam, chciałaś…
Zdenerwowanie ustąpiło miejsca rozpaczy kiedy uświadomił
sobie, że mógł stracić osobę, którą tak bardzo pokochał. Oddał serce tej
biednej istotce, którą życie w tak młodym wieku tak bardzo doświadczyło. Czuł
się, jakby znał ją całe życie.
- Nie, Marco, nie! – przerwała mu. – Nigdy, ja tylko… uwierz,
nie chciałam.
Oparła swoje czoło o jego i zamknęła oczy. Słyszała
przyśpieszone bicie jego serca i nierównomierny oddech.
- Kocham cię – wyszeptał, przyciągając ją do siebie i
zanurzając twarz w jej włosach.
Przywarła do niego całym ciałem. – Ja ciebie też.
Pokochał dziewczynę o smutnych oczach.
Rok później spędzali święta razem. Ale już nie na stacji
benzynowej. Zasiedli razem przy wigilijnym stole, ciesząc się swoją obecnością
i upajając wzajemną miłością. Przełamując swoją niechęć do świąt Bożego
Narodzenia udowodnili, że dla drugiej osoby jesteśmy w stanie zrobić wiele.
Mimo wszystko, nadal pozostała dziewczyną ze smutnymi
oczami.

wrócę 🎄😍
OdpowiedzUsuńWesołych świąt <3
Vita x
hej, hej Ola!
Usuńjak tam święta? ^-^
Martalia ♥
takie dwa słodziaki. Wybrałaś dwie najsłodsze osóbki z Fjoli. Razem, na święta, awwww *.*
Jeszcze ta historia. Na początku myślałam, że zostaną tylko bff, a jak przyszedł i beso to takie oooooooooooo *___*
Nie mogę przestać się zachwycać twoimi pracami, są niesamowite! :*
duuużo weny na Nowy Rok xD
(nie umiem pisać komentarzy, wybacz ;))
Vita x
Ludzik wróci w to miejsce niedługo!
OdpowiedzUsuńWESOŁCYH ŚWIĄT!
Kerry :*
Więc wracam, spóźniona o wiele za bardzo.
UsuńChcę tylko zaznaczyć, że os jest wspaniały i wzruszający ♥
Nigdy nie zapomnę tego, co dały mi Twoje artystyczne dzieła, dziękuję.
Całusy,
Sho aka Kerry aka Paw aka Ludź aka Małpa
♥
OdpowiedzUsuńCudowny :*
OdpowiedzUsuńJejku taki sweet ! :*
Biedna Naty ..
Marcoo jaki sweet *-*
Świetnie ci wyszedł :)
Nawet nie zaprzeczaj !!
Świetna historia i wgl wszystko :)) Chcę żebyś pisała dalej , chcę jeszcze jakąś historie w twoim wykonaniu nowiutka bo je uwielbiam :**
Spóźnionych Wesołych Świąt :*
UsuńDziękuję :3
UsuńCzłowiek dopiero co wróci od rodziny (u której ciężko o internet) i już musi nadrabiać zaległości w czytaniu. Jak w szkole. Ale wydaje mi się, a nawet jestem pewna, że dla takich cudeniek jak twoje warto.
OdpowiedzUsuńNatalia i Marco....ciekawe połączenie, chociaż mi po głowie od niedawna chodzi Ludmila i Marco, tak zwane Lurco.
Ale przyznam, że teraz i ta para mnie zafascynowała, a to wszystko dzięki tobie.
Ahh, Święta, Święta.
Trochę spóźniłam się z życzeniami, ale mam nadzieje, że były radosne.
I życzę Ci, by Sylwester był jak najbardziej udany, a nowy rok przyniósł jak najwięcej nowych możliwości.
Wszystkiego dobrego.
Ściskam.
~Anonim Juleśka ❤
W końcu i ja przeczytałam, niestety wrócę skomentować jakoś za 1,5 tygodnia. Teraz się uczę i nie chcę za długiej przerwy robić. Ekonometria to zło! :D A to tylko 1 z 5 form, przygotowanych dla mnie na przyszły tydzień.
OdpowiedzUsuńKocham Cię! <3
Candy.