Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lutego 2014

ONE PART NAXI - Od dziecka byłam do Ciebie podobna cz 3


Gdzie ona jest? Gdzie się podziała? – Biegałem zdenerwowany od pokoju do pokoju. Nigdzie jednak nie mogłem znaleźć mojej dziewczyny.
Zawsze, kiedy rano się budziłem, spała obok mnie. Zawsze. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby jej nie było. A teraz tak po prostu zniknęła.
Chwyciłem mój telefon i szybko wystukałem numer Natalii. Usłyszałem sygnał, jednak nie odebrała. Spróbowałem drugi raz. Tym razem usłyszałem dzwonek jej komórki dochodzący z naszej sypialni.
Mogłem się domyślić. Ona od jakiegoś czasu w ogóle jej nie używała. Mogła leżeć rozładowana przez cały tydzień, a ona i tak się tym nie przejęła.
Nabrałem powietrza w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem. Zebrałem się w sobie. Pobiegłem do naszego pokoju, gdzie szybko ubrałem się. Później jak torpeda udałem się znów na dół. Porwałem do ręki mój telefon, klucze i kluczyki od samochodu. Wyskoczyłem przed dom.
W czasie jazdy nie myślałem o niczym innym, jak tylko o Natalii. Gdzie ona jest? Przecież nie może sama wychodzić, nie ma na to siły. Jest po prostu za słaba, ta choroba ją wykańcza.
Żeby tylko nic się jej nie stało. Żeby nic się jej nie stało. Ta myśl cały czas krążyła po mojej głowie. Nie miałem pojęcia, gdzie mogła uciec.
Skręciłem w ulicę, przy której stał dom naszych przyjaciół. Zatrzymałem samochód, wysiadłem z niego i szybkim krokiem udałem się w kierunku drzwi. Zapukałem.
- Maxi, co ty tutaj robisz? – Moim oczom ukazała się zaspana rudowłosa.
Ubrana była w szary dres, włosy miała związane w kucyka, a dłońmi pocierała ledwo otwarte oczy.
- Jest u was Naty? – spytałem.
Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona.
- U nas? Dlaczego miałaby być u nas?
- Nie wiem, nie ma jej w domu – wytłumaczyłem. – Kiedy się, obudziłem, jej już nie było… Camila, gdzie ona może być?
- Nie wiem… - W jej oczach widziałem strach. – Tutaj jej nie ma, u innych na pewno też nie, bo by zadzwonili… Chyba, że… - zastanowiła się – wiem… Wiem, gdzie może być.
- Gdzie? – dopytywałem się.
- Na cmentarzu – rzekła. – Na grobie swojej matki. Mogła tam iść.
- Masz rację. – Pokiwałem energicznie głową. – Jadę jej tam poszukać.
Odwróciłem się i już chciałem odejść, jednak Camila złapała mnie za ramię.
- Nie pojedziesz nigdzie w takim stanie – powiedziała. – Poczekaj chwilę na mnie.
- Cami, nie mam czasu… - Chciałem zaprzeczyć.
- Sekundę – uparła się. – Czekaj.
Zniknęła we wnętrzu domu, aby po pół minucie wrócić do mnie z kubkiem kawy w ręce. Postawiła go na szafce i założyła na nogi czarne adidasy. Wzięła napój z powrotem i gestem ręki kazała mi wyjść z domu. Sama zamknęła drzwi, po czym razem ruszyliśmy do mojego samochodu. Wyciągnęła rękę chcąc przejąć ode mnie kluczyki, a ja oddałem jej je bez żadnego sprzeciwu. W tym momencie nawet wolałem, by to ona kierowała. Bałem się, że mógłbym spowodować jakiś wypadek. A moja przyjaciółka jeździła bardzo dobrze i nie miałem jej nic do zarzucenia.
Poza tym, po mojej głowie krążyła tylko jedna myśl. Myśl ta błagała, by mojej partnerce nic się nie stało.
- Dzwoniłeś do niej? – Ciszę przerwał głos Cami.
Upiła łyka kawy, jedną ręką trzymając kierownicę.
- Zostawiła telefon w domu – odparłem.
- Jak zawsze – mruknęła dziewczyna. – Nie martw się, Maxi, na pewno będzie na cmentarzu.
Nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się zdenerwowany w drogę przed nami, czując na sobie ukradkowe spojrzenia mojej przyjaciółki.
Po chwili zajechaliśmy na parking znajdujący się zaraz przy cmentarzu. Czym prędzej wysiadłem z auta i popędziłem w kierunku bramy, nie czekając na Camilę próbującą za mną nadążyć.
Przekroczyłem teren cmentarza. Pobiegłem w stronę, gdzie znajdował się grób rodziców mojej Natalii. Już z daleka widziałem jej małą osóbkę pochyloną nad mogiłą swojej rodziny…

- Dziękuję panu.
Zamknęłam drzwi taksówki, która natychmiast odjechała. Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia na cmentarza. Szłam powoli, próbując utrzymać się na nogach. Czułam ten uporczywy ból głowy. Byłam cała otępiała.
Żałowałam, że nie powiedziałam nic Maxiemu Wyszłam tak bez żadnego słowa. Na pewno się teraz denerwuje. Ale gdybym go spytała, czy mogę odwiedzić mamę, nie pozwoliłby mi iść na grób samej. A nie chciałam, żeby ktokolwiek szedł ze mną. Musiałam pobyć sama ze swoimi rodzicami.
Usiadłam na drewnianej ławce przed mogiłą. Nie wzięłam żadnego znicza, żadnej świeczki czy nawet zwykłego kwiatka. Nie wzięłam nic. Miałam jednak nadzieję, że mamie i tacie wystarczy moja obecność.
- Mamo… - zaczęłam – tęskniłam. Przepraszam, że tak dawno tutaj nie byłam, ale… Po prostu nie miałam na to siły. Jestem coraz słabsza, mamo. Jest mi tak ciężko… Jednak nie chcę spędzić ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu. Chcę być wśród moich przyjaciół, chcę być przy Maxim – przerwałam. – Kocham go, mamo. Wiem, że go ranię, widzę jak cierpi… Przeze mnie. Wcale nie chcę, żeby tak było. Umiem sprawiać tylko ból. Nie zasługuję na niego.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Otarłam je wierzchem dłoni i poprawiłam włosy opadające mi na twarz.
Przez chwilę nie mówiłam nic.
- Brakuje mi ciebie – kontynuowałam. – Chciałabym, żebyś była obok. Chciałabym znów usłyszeć twój głos, poczuć twoje dłonie na moich, mamo…
Upadłam na kolana. Dotknęłam wilgotnej trawy, na której utrzymywała się jeszcze poranna rosa.
- Mamo… - Nie hamowałam już łez wypływających z moich oczu. – Co mam robić? Mamo, proszę, powiedz mi, co mam teraz robić?
Zaniosłam się głośnym szlochem. Nabierałam łapczywie powietrza. Próbowałam opanować drżenie rąk.
Nagle poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie. Przed sobą zobaczyłam mojego chłopaka.
- Twoja mama na pewno chciałaby, żebyś się leczyła – szepnął.
Spojrzałam w jego mocno błękitne oczy. W porównaniu z moimi szarymi, pozbawionymi życia tęczówek, były czymś magicznym. Zawsze je uwielbiałam. Nie było dnia, w którym nie zatonęłabym w nich, zapominając o całym świecie.
Teraz widziałam w nich wielką miłość, troskę, strach… A to wszystko znów przeze mnie.
- Skąd wiesz? – spytałam cicho.
- Domyślam się. – Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Zawsze chciała tylko twojego szczęścia. Teraz również tego chce.
Powoli zaczynałam wierzyć w jego słowa. Powtarzał mi je codziennie od kilku tygodni. Tak samo, jak reszta moich przyjaciół.
- Wiesz, Natalia? – odezwał się. – Jestem tego pewien jak niczego innego.
Pokiwałam lekko głową.
- Proszę cię, zastanów się w tym momencie – rzekł – czy rzeczywiście nie chcesz iść do szpitala. Zastanów się, czy naprawdę chcesz umrzeć.
Zamknęłam oczy. Czułam łzy wypływające spod moich powiek, nie próbowałam jednak ich powstrzymać.
Wtuliłam się nieśmiało w mojego chłopaka. Objął mnie ramieniem i przyciągnął mocniej do siebie.
- Nie chcę – wyszeptałam.
- Więc co? – spytał. – Będziesz się leczyć? Pójdziesz na chemioterapię?
Nabrałam powietrza w płuca.
- Tak… - rzekłam cicho. – Tak, Maxi. Będę się leczyć.

- No cóż, nie wiem, co mam państwu powiedzieć.
Z niecierpliwością wpatrywałam się w lekarza. Czułam rękę Maxiego – który stał za mną – na moim ramieniu. Byłam zdenerwowana.
- Po wstępnych badaniach muszę stwierdzić – ciągnął – że choroba jest już w stadium zaawansowanym.
Zdrętwiałam. Wiedziałam co to znaczy. Kiedy u mojej mamy wykryto raka w stopniu zaawansowanym, lekarze nie dawali jej już żadnej nadziei. Odeszła po dwóch miesiącach.
- Jeśli mam być szczery, to jestem zdziwiony, że w tym momencie pani w miarę samodzielnie funkcjonuje.
- Co to oznacza, panie doktorze? – Usłyszałam głos mojego chłopaka.
- Oznacza to, że jeśli chcemy zwalczyć nowotwór, już dzisiaj musimy rozpocząć leczenie. Nie mogę jednak państwu niczego obiecać. Gdyby zgłosili się do mnie państwo przynajmniej miesiąc wcześniej, byłoby o wiele prościej.
To wszystko moja wina. To przez moją głupotę. Zachowywałam się gorzej niż pięcioletnie dziecko, a teraz mam efekty swojego uporu.
- Uprzedzam, że będzie ciężko – powiedział mężczyzna. – Nie ukrywam, nawet bardzo ciężko. Nie daję państwu stuprocentowej pewności, że wyjdzie pani od nas zdrowa. Że w ogóle pani od nas wyjdzie.
Był to lekarz z gatunku tych bezuczuciowych. Potrafił przekazać te najgorsze wieści bez cienia współczucia. To właśnie było najgorsze.
- Kiedy mam stawić się na oddziale? – spytałam cicho.
- Dzisiaj – odparł. – Mamy kilka wolnych miejsc. Proszę pojechać do domu po niezbędne rzeczy i natychmiast tutaj wrócić. Poinformuję pielęgniarki, aby przygotowały dla pani łóżko.
Pokiwałam słabo głową. Chwyciłam się ręki Maxiego, który pomógł mi wstać.
- Będziemy tu najpóźniej za godzinę – rzekł. – Do widzenia.
Lekarz odpowiedział coś, a my opuściliśmy jego gabinet.
- Przyznaj, że jestem głupia – rzekłam, kiedy tylko przekroczyliśmy próg.
Mój partner spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co?
- Przyznaj, że jestem głupia – powtórzyłam. – Gdybym nie była uparta jak osioł, byłoby o wiele prościej.
Na jego twarzy malował się smutek.
- Tak, byłoby prościej.
- Więc przyznaj to – zażądałam. – Przyznaj, że jestem największą idiotką na świecie. Wiem, że tak myślisz. Doskonale to wiem. Przede mną nie musisz się ukrywać. Wiesz co? Ja…
Nie dane jednak mi było dokończyć, ponieważ mój chłopak zatkał mi usta ręką.
- Przestań – rozkazał. – Nie będę niczego przyznawać, bo jest to nieprawda. Nie jesteś głupia, nie jesteś żadną idiotką.
Chciałam zaprzeczyć, ale spod jego silnej dłoni nie mogłam wypowiedzieć ani słowa.
- Po prostu zagubiłaś się gdzieś po drodze, wiesz? – kontynuował. – Ale to wcale nie znaczy, że jesteś głupia. I nigdy nie karz mi mówić sobie czegoś takiego, bo naprawdę się zdenerwuję, tak?
Westchnęłam. Maxi spojrzał na mnie uważnie i zdjął rękę z mojej twarzy.
- Ale ja… - zaczęłam.
Podniósł palec w ostrzegawczym geście. Ponownie westchnęłam.
- No dobra – mruknęłam.
- I tak ma być. – Uśmiechnął się.
Po chwili to odwzajemniłam.
- Chodź, idziemy do domu. – Chwycił mnie za rękę.
Pociągnął mnie lekko w stronę wyjścia. Objął mnie ramieniem, a ja oparłam się o jego pierś.
Szliśmy teraz do domu, skąd mieliśmy wziąć moje rzeczy potrzebne w szpitalu. Ta myśl mnie przerażała. Spędzić kilka… może ostatnich moich miesięcy w tym miejscu… Nie chciałam, bardzo tego nie chciałam. Ale tak naprawdę… życie było dla mnie ważniejsze. Chciałam… chciałam żyć. Dla moich przyjaciół, dla Maxiego… Dla siebie.

- Jak się czujesz?
Podniósł rękę chcąc pogłaskać mnie po głowie, w porę jednak się cofnęłam.
- Nie dotykaj mnie.
Założyłam ręce na piersi i zakryłam się szczelniej kocem. Nie chciałam, żeby ktoś mnie dotykał. Chemioterapia działała swoje. Moje włosy wypadły. Wszystkie. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Czułam… wstręt i obrzydzenie do swojego ciała. Byłam odludkiem. Bałam się swojego wyglądu.
- Kochanie… - zaczął. – Mnie nie musisz się wstydzić.
Wpatrywałam się w niego uważnie. Wstał z krzesła i usiadł na brzegu łózka. Chwycił mnie za rękę.
- Kocham cię, Naty – rzekł. – I będę ci kochał zawsze. Nie brzydzę się tobą, skarbie, nawet tak nie myśl. Nadal jesteś piękna.
Poprawiłam chustkę, którą miałam na głowie.
- Nie kłam – poprosiłam.
- Nie kłamię – odparł. – Zawsze będziesz dla mnie najpiękniejszą kobietą na ziemi. Bez względu na to czy jesteś chora, czy nie.
- Maxi, spójrz tylko na mnie – powiedziałam. – Wyglądam okropnie. Nie mam włosów, nie mam brwi ani rzęs. Jak ja mogę ci się podobać?
- Natalia, nie mów tak. Pomyśl, czy mógłbym cię zostawić dlatego, że przez jakiś czas czegoś ci brakuje? Czegoś tak mało istotnego? Kocham cię nie tylko za wygląd, ale również za twój charakter. Jesteś częścią mnie.
Spojrzałam w jego błękitne oczy. Uwielbiałam w nie patrzeć. Wtedy… Jakbym widziała jego wnętrze. Ciepłe, jasne, piękne. To było coś, co mnie uspokajało.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że mam małe szanse? – spytałam cicho. – Wiesz, że mogę nie wyzdrowieć?
- Nawet tak nie mów – zastrzegł mnie. – Wyzdrowiejesz. I to już niedługo. Jesteś silna, wierzę w ciebie. Wszyscy wierzymy. A ty nie możesz nas zostawić. Kochamy cię, Naty.
- Ja też was kocham – wyszeptałam.
Mój chłopak podniósł powoli rękę i z wahaniem położył ją na mojej zimnej głowie. Zamknęłam oczy i oparłam się o jego ramię, czując na sobie jego dotyk. Oswajałam się z nim. I choć nadal po części się siebie brzydziłam to pozwoliłam Maxiemu na bliższy kontakt ze mną. Tego tak naprawdę teraz potrzebowałam.

Podniosłam ciężkie powieki. Czułam na mojej twarzy maskę tlenową. Rozejrzałam się po pokoju. Byłam w nim sama.
Wyciągnęłam prawą rękę w bok i wyszukałam nią czerwony przycisk. Nacisnęłam go. Po niecałej minucie do mojej sali weszła pielęgniarka.
- Coś się dzieje? – spytała.
Odsunęłam maskę od siebie.
- Nie – odparłam. – Tylko…
- Chciała pani zobaczyć się z narzeczonym, tak? – Uśmiechnęła się.
- Z chłopakiem – poprawiłam ją. – Tak, jest gdzieś tutaj?
- Och, przepraszam. – Kobieta lekko się speszyła. – Oczywiście, już go zawołam. Zszedł chyba na dół do bufetu…
Opuściła mój pokój ponownie zostawiając mnie samą.
Poprawiłam poduszkę, którą miałam pod głową. Położyłam się na boku, jedną ręką nadal trzymając inhalator.
Mijał kolejny tydzień mojego pobytu w szpitalu. Nie czułam, nie widziałam skutków leczenia. Lekarze tak samo. Nie mówili nic. Wiedziałam jak ciężko jest Maxiemu, ale nie chciał powiedzieć nic, co dotyczyłoby mojego stanu. Próbowałam coś z niego wyciągnąć, ale był uparty. Widocznie nie chciał mnie martwić.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł mój partner. Uśmiechnął się. Podszedł do mnie i usiadł na krześle obok łóżka.
- I jak się spało? – Usłyszałam jego głos.
- Bardzo dobrze – odpowiedziałam. – Która jest godzina?
Spojrzał na zegarek, który miał na ręce.
- Dochodzi piąta.
Zmarszczyłam czoło.
- Jesteś pewny? Spójrz jeszcze raz… Przecież jak zasypiałam, było wpół do osiemnastej…
- Tak, masz rację. – Chwycił mnie za rękę. – Spałaś resztę dnia, całą noc, no i cały dzisiejszy dzień. Nie martw się, to normalne.
Westchnęłam. Zamknęłam oczy.
- Jak się czujesz?
- W porządku. Maxi…
- Słucham cię, kochanie.
Przeniosłam na niego niepewny wzrok.
- Chcę się przespacerować po oddziale.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Chyba żartujesz – rzekł. – Nie ma takiej opcji.
- Ale Maxi…
- Nie – uciął. – I nie próbuj mnie przekonać. Jesteś za słaba.
- Nie jestem za słaba, Maxi – jęknęłam. – Proszę cię. Muszę trochę pochodzić, niedługo już nie będę mogła ruszyć się z łóżka.
- Nie, Natalia. Musisz odpoczywać. Zresztą, nawet gdybym ja się zgodził, lekarz na pewno uznałby to za jakieś wariactwo.
- Możemy się o tym przekonać.
Znów nacisnęłam czerwony guzik. Coś zapiszczało, a po chwili do mojego pokoju weszła ta sama pielęgniarka.
- O co chodzi? – spytała.
- Chciałabym rozmawiać z lekarzem – odparłam.
- Oczywiście, już go wołam.
Opuściła pomieszczenie, a mój chłopak spojrzał na mnie ze złością.
- Dlaczego to robisz?
- Ale co? – zdziwiłam się.
- Dobrze wiesz, że to jest nieodpowiednie w twoim stanie – rzekł. – Coś ci się może przecież stać.
- Ale ja się czuję dobrze – uparłam się. – Gdyby tak nie było, to nawet bym o tym nie pomyślała.
- Nadal uważam, że nie myślisz racjonalnie.
- To już nie mój problem.
Naciągnęłam chustkę na głowę. Nie chciałam patrzeć na niego. Wiedziałam, że jest teraz na mnie zły. Nie dziwiłam się. Ale ja nie mogłam leżeć tak cały dzień, bezczynnie w łóżku. Chciałam chodzić, póki jeszcze mogłam. Wiedziałam, że za kilka tygodni – a może nawet dni – nie będę miała na to siły. Byłam tego pewna.
Drzwi otworzyły się, a do środka wszedł lekarz.
- Dzień dobry, chciała pani ze mną rozmawiać.
- Tak – potwierdziłam. Spojrzałam na mojego chłopaka. – Maxi, powiedz panu o co chodzi.
Westchnął.
- Doktorze, chodzi o to, że moja dziewczyna upiera się aby pospacerować po oddziale – wyjaśnił. – Ja sądzę, że ma na to za mało siły. Jest za słaba.
Mężczyzna podszedł bliżej i spojrzał na mnie spod okularów.
- Jak się pani czuje? – spytał.
- Bardzo dobrze – odpowiedziałam. – Muszę się rozprostować. Spałam tak długo, ja już nie mogę więcej leżeć.
Zastanowił się przez chwilę.
- Tak naprawdę, nie widzę żadnych przeciwskazań – rzekł w końcu. – Poza tym, rzeczywiście przydałby się pani krótki spacer.
Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję panu.
- Służę pomocą.
Odwzajemnił uśmiech, a następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą z Maxim.
- Mówiłam.
- Nadal uważam, że to głupota – odrzekł. – Powinnaś odpoczywać.
- Lekarz powiedział, że spacer mi się przyda.
- Lekarze mówią różne rzeczy, nie zawsze prawdziwe.
Na przykład jak ta, że moja mama przeżyje wyjdzie ze szpitala zupełnie zdrowa.
- Czasami się mylą – przyznałam – ale teraz to błahostka.
- Swoje zdrowie nazywasz błahostką? – zdenerwował się. – Błahostką nazywasz raka?
- Maxi… - westchnęłam. – Proszę cię… Zrozum mnie.
- Co mam zrozumieć? Dobrze wiesz, że jesteś taka słaba, a i tak wymyślasz sobie jakieś spacery?
Spojrzałam na niego smutno. Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Może i miał rację. Ale ja na to tak nie patrzyłam. Wiedziałam swoje.
- Pomożesz mi wstać? – spytałam nieśmiało. – Pójdziesz ze mną?
Westchnął.
- Oczywiście, że tak – zgodził się. – Ale i tak nie zmienię swojego zdania.
Uśmiechnęłam się lekko. Zdjęłam z twarzy maskę, wyłączyłam ją i odłożyłam na szafkę stojącą obok łóżka.
Podparłam się na łokciach i podniosłam się do góry. Maxi pomógł mi usiąść. Postawiłam nogi na podłodze i trzymając się ręki mojego chłopaka, stanęłam powoli w pionie.
Wyszliśmy powoli z pokoju.
Na korytarzu było praktycznie pusto. Tylko kilka osób spacerowało – samemu, lub z towarzyszem. Opierając się mocno na ramieniu Maxiego ruszyliśmy w stronę wyjścia oddziału.
- Jesteś pewna, że dasz radę? – Usłyszałam pytanie mojego chłopaka.
- Jasne. – Pokiwałam głową. – Jestem silna, Maxi.
- Wierzę w ciebie. – Pocałował mnie w czoło.
Poprawiłam chustę, którą miałam na głowie. Naciągnęłam rękawy na dłonie.
- Zimno ci?
- Trochę – odpowiedziałam. – Nie przejmuj się.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Czułam jego oddech na mojej głowie.
Szliśmy powoli korytarzem, rozglądając się wokół. Byłam szczęśliwa. Szczęśliwa, że trafiłam na takiego chłopaka, jakim jest Maxi. Jest najlepszy na świecie. Kocha mnie bez względu na wszystko. I ja też go kocham.
Nagle…
Zrobiło mi się duszno. Zakręciło mi się w głowie. Poczułam okropny ból na całym ciele. Zaczęłam się dusić, a po chwili wstrząsnął mną dreszcz. Chwyciłam się rozpaczliwie ręki mojego chłopaka. Straciłam władzę w nogach i osunęłam się na ziemię. Po chwili przestałam słyszeć głosy wokół mnie. Ból głowy nasilił się, a ja już nie wytrzymałam. Zemdlałam…

Leżała bezwładnie na białym łóżku. Podłączona była do tysiąca urządzeń. Widziałem miliony kabli. Widziałem również plastikową rurkę, która wychodziła z jej ust. Nie potrafiła sama oddychać. Musiała robić to za nią ta wielka maszyna stojąca obok łóżka.
Oczy miała zamknięte, a ręce – do których podłączona była masa kroplówek – ułożone miała wzdłuż ciała. Na głowie nie miała już tej czarnej chustki, z którą ostatnio się nie rozstawała.
Wyglądała tak niewinnie… Była taka słaba…
Czułem, że obraz mojej dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku w takim stanie i walczącej o życie, na zawsze już utkwi w mojej pamięci.
Poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu.
- Stary, wyjdź na korytarz. – Usłyszałem głos Marco. – Ona jest w dobrych rękach, a ty nie możesz cały czas tutaj siedzieć.
- Muszę przy niej być – odparłem cicho.
- Maxi, to oddział intensywnej terapii, ona musi mieć spokój, żeby walczyć.
- Tak sądzisz? – spojrzałem na niego.
- Właśnie tak – powtórzył. – Musisz dać jej odpocząć w samotności.
Pokiwałem powoli głową wiedząc, że ma rację.
Pochyliłem się i ucałowałem zimną rękę Natalii, zaraz obok igły, którą podłączona była z kroplówką.
Wstałem z krzesła i razem z moim przyjacielem wyszedłem z pomieszczenia.
- To wszystko moja wina – rzekłem załamany. – Gdybym wtedy był bardziej stanowczy i nie pozwolił jej wyjść z łóżka…
- Przestań się obwiniać – przerwał mi. – Ty niczym nie zawiniłeś, ona też nie. I lekarze również. Skoro dobrze się czuła, doktor to widział, to nie jest to niczyja wina. To się stało nagle, nikt nie mógł tego przewidzieć.
- Mogłem to przewidzieć – uparłem się. – Znam ją. To moja wina…
- Przestań, do cholery – warknął. – Jak ci mówię, że nie twoja wina, to nie twoja, rozumiesz to?
- Nie wiesz co czuję – ciągnąłem. – Francesca jest zdrowa, nie wiesz co to znaczy tak się o kogoś martwić.
- Słuchaj mnie – powiedział – Francesca jest zdrowa i bardzo się z tego cieszę. A Natalii nikt nie życzył tego wszystkiego. Wszyscy jest kochamy, i każdemu z nas jest ciężko.
- Na pewno nie tak bardzo jak mi – mruknąłem.
- Na pewno nie – potwierdził. – Żaden z nas – ani ja, ani Leon, Marco, Broduey czy Federico – nie wie jakby się zachował, gdyby to jego dziewczynie się coś stało. Gdyby zachorowała Camila, Violka lub ktoś inny. Bo nikt się tego po prostu nie spodziewa. Ty też się nie spodziewałeś.
Odburknąłem coś, nie patrząc na niego. Miał rację. Znów miał tą cholerną rację. I musiałem to przyznać. Nie miałem innego wyboru.

Już czwarty tydzień leżała na OIOMie. Nie miała siły się poruszyć. Oddychała już samodzielnie, jednak nadal z wielkim trudem. Widziałem ból w jej pozbawionych życia oczach. Chciałem wziąć całe jej cierpienie na siebie, byleby tylko ona była szczęśliwa.
Wypowiedzenie choćby jednego, krótkiego słowa było dla niej ogromnym wysiłkiem. Ale najtrudniejsze były noce. To wtedy miała ataki niepohamowanego bólu. Ja wtedy mogłem stać za szybą przez którą widać było jej pokój i modlić się o to, by lekarze szybko wszystko opanowali.
Nie mogłem znieść myśli, że Natalia mogłaby nie przeżyć. To byłoby dla mnie za dużo. Ona wygra. Wygra i będzie zdrowa. Nasze życie wyglądać będzie tak, jak przed całą serią tych przykrych wydarzeń.
- Pan Ponte? – Podeszła do mnie jedna z pielęgniarek. – Panie Ponte, doktor chciałby z panem porozmawiać.
- Oczywiście, już idę.
Wyszedłem z sali rzucając ostatnie spojrzenie na – w tym momencie śpiącą – Naty.
Ruszyłem korytarzem w stronę gabinetu lekarza prowadzącego mojej dziewczyny. Zapukałem do drzwi, a kiedy usłyszałem pozwolenie, wszedłem do środka.
- Proszę usiąść. – Mężczyzna wskazał krzesło.
Zrobiłem to. Usadowiłem się na plastikowym meblu i wbiłem spojrzenie w doktora. Po co mnie tu zawołał? Chciał powiedzieć mi coś ważnego?
- Chciał pan ze mną rozmawiać – odezwałem się.
- W rzeczy samej. – Skinął głową. – Muszę oznajmić panu bardzo trudną, bolesną… aczkolwiek istotną rzecz.
- O co chodzi?
Lekarz westchnął.
- Chciałem powiedzieć to panu pierwszemu, ponieważ pani Navarro jest jeszcze za słaba. Nie wiem, jak by to zniosła.
Pokiwałem niepewnie głową. O co mu do cholery jasnej chodziło?
- Sprawa jest taka… - zatrzymał się. – Chemioterapia trwa już ponad miesiąc. Na początku mieliśmy nadzieję, że ona pomoże. Jednak jak sam pan wie, nie widać żadnych efektów. Długi czas myśleliśmy, że pani Navarro po prostu potrzebuje więcej czasu na dojście do siebie. Myliliśmy się.
- Co ma pan na myśli? – spytałem cicho.
- Rokowania nie są dobre – ciągnął. – Leczenie nie przynosi żadnych rezultatów. Niestety, muszę to powiedzieć… Pani Navarro został maksymalnie tydzień życia.
Runęło. Wszystko. Całe szczęście, które budowaliśmy przez ostatnie lata. Jej walka nie zdała się na nic. A moje życie legło w gruzach…

- Maxi… - Do moich uszu dobiegł słaby głos.
- Śpij, kochanie. – Uśmiechnąłem się lekko chcąc dodać jej otuchy. – Nie bój się.
- Maxi, powiedz mi… - szepnęła. – Powiedz mi prawdę, proszę cię…
- Jaką prawdę, Naty, o czym mówisz?
Otworzyła swoje piękne, ciemne oczy. Nie widziałem już jednak w nich tego błysku, który zawsze tam był. Teraz były to oczy smutnego, cierpiącego człowieka.
- Okłamujesz mnie – rzekła. – Wiem to.
- Nieprawda, Nata – zaprzeczyłem. – Mówię ci wszystko.
Poruszyła lekko ręką dając mi tym samym znak, abym ją chwycił. Zbliżyłem swoją do jej zimnej dłoni i ująłem ją delikatnie.
- Słyszałam, jak rozmawiałeś dzisiaj z Brodueyem.
Zdrętwiałem. Rzeczywiście, wcześniej był tutaj mój przyjaciel. Rozmawialiśmy o mojej ukochanej. Ale ja miałem pewność, że śpi. Nie mogło być inaczej.
- Co dokładnie słyszałaś? – Przełknąłem ślinę.
Przymknęła powieki. Słyszałem jej miarowy oddech. Bałem się.
- Ja umieram, prawda? – spytała.
Spojrzałem na nią z bólem. Co miałem jej powiedzieć? Prawdę?
- Nie oszukuj mnie, Maxi – poprosiła. – Chcę wiedzieć. Ile mi zostało?
Nabrałem powietrza w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem. Podrapałem się po głowie, chcąc opanować drżenie rąk. Nie potrafiłem powiedzieć jej, że to jej ostatnie dni.
- Niecały tydzień… - wykrztusiłem w końcu.

Gdybym nie była taka głupia. Gdybym zgodziła się na to cholerne leczenie i od razu po wykryciu choroby poszła do szpitala. Gdybym to zrobiła, wszystko byłoby zupełnie inaczej. Ale teraz nie było już odwrotu.
- Naty… - znikąd usłyszałam głos. – Naty, już pora.
Zamknęłam oczy. Czy to była moja mama?
- Córeczko, pożegnaj się z przyjaciółmi.
- Maxi, słyszysz to?
Mój chłopak spojrzał na mnie przestraszony.
- Co się dzieje, Natalia?
Nie odpowiedziałam. Ścisnęłam mocniej jego rękę, za którą mnie trzymał.
Wstał. Wybiegł z pokoju zostawiając mnie samą.
- Za chwilę, córciu, będziesz razem ze mną.
Wtedy zrozumiałam.
Umierałam.
Zaczęłam szybciej oddychać. Powoli traciłam świadomość.
Usłyszałam poruszenie wokół mnie. Słyszałam krzyki, płacz. Poczułam jak ktoś uciska moją klatkę piersiową. Ból rozchodził się po całym moim ciele. Wiedziałam, że to koniec…

Po pomieszczeniu rozległ się głośny pisk aparatury. Na ekranie monitora pojawiła się długa, pozioma kreska.
Lekarze zatrzymali się. Każdy spojrzał na siebie z tym wyrazem twarzy, którego nienawidziłem. Bezradność, smutek, ból i cierpienie.
- Czas zgonu, osiemnasta czterdzieści pięć.
Stojąca obok mnie Francesca wybuchła głośnym płaczem. Za chwilę w jej ślad poszła reszta dziewczyn. Kątem oka widziałem jak moi przyjaciele wyprowadzają je z pokoju.
Oparłem się o ścianę. Nie wiedziałem, co mam robić.
Wszystko stracone.
Na chwiejnych nogach podszedłem do łóżka. Upadłem na kolana zaraz obok mojej ukochanej.
Niespodziewanie z moich oczu popłynęły łzy. Nie wstydziłem się ich. Tylko tak mogłem oddać szacunek Natalii…
- Jestem więźniem twojego serca, kochanie… - wyszeptałem. – Nie oddawaj mi kluczy. Chcę nim zostać na zawsze…

Zabijcie mnie. Zabijcie mnie tak jak ja zabiłam Naty :P Nie chciałam jej w sumie zabijać, a kiedy spytałam o zdanie moją Weroooo to odpowiedziała mi tak: "No to napisz, że ona umarła i powiedz, że nie zawsze w życiu wszystko układa się tak jak chcemy". No to tak napisałam xD Jak coś to pretensje do niej! :P
No dobra. Takie jakieś dziwne jest to wszystko xD Te wątki takie krótkie, i w ogóle, ale no :P
Jeśli nie skomentowałam jakiegoś waszego posta, to przepraszam, ale naprawdę mam mało czasu. Jest szkoła, zajęcia dodatkowe, no i lekcje, czasami nie mam nawet czasu usiąść przed komputerem i zobaczyć co tam się na Facebooku dzieje, a co dopiero wejść na bloggera. Staram się pisać cokolwiek w wolnym czasie, ale na to czasami też nie mam wolnej chwili. Więc jeśli teraz Party będą pojawiały się rzadziej, to bardzo przepraszam, mam nadzieję, że nie odejdziecie <3333
Kolejny rozdział na moim drugim blogu pojawi się prawdopodobnie w poniedziałek, serdecznie na niego zapraszam, cieszy mnie każdy komentarz i każde wyświetlenie <33333
Wieem, krzywy nagłówek, ale to przecież ja robiłam, więc musi być krzywy. Zmieniłam wygląd, na początku było tutaj tak różowo, ale doszłam do wniosku, że jakoś nie mam ochoty rzygać tęczą i zmieniłam na taki kolor xD
Jak tam po walentynkach? xD  Gdyby nie to, że w szkole dyskotekę wczoraj miałam, to siedziałabym sama w domu z paczką czipsów przy laptopie xD Pozdrowienia dla wszystkich singli :D

Dziękuję, że jesteście, że czytacie, że komentujecie <33333
Kocham was <33333333