Gdzie ona jest?
Gdzie się podziała? – Biegałem zdenerwowany od pokoju do pokoju.
Nigdzie jednak nie mogłem znaleźć mojej dziewczyny.
Zawsze, kiedy rano
się budziłem, spała obok mnie. Zawsze. Jeszcze nigdy nie zdarzyło
się, aby jej nie było. A teraz tak po prostu zniknęła.
Chwyciłem mój
telefon i szybko wystukałem numer Natalii. Usłyszałem sygnał,
jednak nie odebrała. Spróbowałem drugi raz. Tym razem usłyszałem
dzwonek jej komórki dochodzący z naszej sypialni.
Mogłem się
domyślić. Ona od jakiegoś czasu w ogóle jej nie używała. Mogła
leżeć rozładowana przez cały tydzień, a ona i tak się tym nie
przejęła.
Nabrałem powietrza
w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem. Zebrałem
się w sobie. Pobiegłem do naszego pokoju, gdzie szybko ubrałem
się. Później jak torpeda udałem się znów na dół. Porwałem do
ręki mój telefon, klucze i kluczyki od samochodu. Wyskoczyłem
przed dom.
W czasie jazdy nie
myślałem o niczym innym, jak tylko o Natalii. Gdzie ona jest?
Przecież nie może sama wychodzić, nie ma na to siły. Jest po
prostu za słaba, ta choroba ją wykańcza.
Żeby tylko nic się
jej nie stało. Żeby nic się jej nie stało. Ta myśl cały czas
krążyła po mojej głowie. Nie miałem pojęcia, gdzie mogła
uciec.
Skręciłem w ulicę,
przy której stał dom naszych przyjaciół. Zatrzymałem samochód,
wysiadłem z niego i szybkim krokiem udałem się w kierunku drzwi.
Zapukałem.
- Maxi, co ty tutaj
robisz? – Moim oczom ukazała się zaspana rudowłosa.
Ubrana była w szary
dres, włosy miała związane w kucyka, a dłońmi pocierała ledwo
otwarte oczy.
- Jest u was Naty? –
spytałem.
Dziewczyna spojrzała
na mnie zdziwiona.
- U nas? Dlaczego
miałaby być u nas?
- Nie wiem, nie ma
jej w domu – wytłumaczyłem. – Kiedy się, obudziłem, jej już
nie było… Camila, gdzie ona może być?
- Nie wiem… - W
jej oczach widziałem strach. – Tutaj jej nie ma, u innych na pewno
też nie, bo by zadzwonili… Chyba, że… - zastanowiła się –
wiem… Wiem, gdzie może być.
- Gdzie? –
dopytywałem się.
- Na cmentarzu –
rzekła. – Na grobie swojej matki. Mogła tam iść.
- Masz rację. –
Pokiwałem energicznie głową. – Jadę jej tam poszukać.
Odwróciłem się i
już chciałem odejść, jednak Camila złapała mnie za ramię.
- Nie pojedziesz
nigdzie w takim stanie – powiedziała. – Poczekaj chwilę na
mnie.
- Cami, nie mam
czasu… - Chciałem zaprzeczyć.
- Sekundę –
uparła się. – Czekaj.
Zniknęła we
wnętrzu domu, aby po pół minucie wrócić do mnie z kubkiem kawy w
ręce. Postawiła go na szafce i założyła na nogi czarne adidasy.
Wzięła napój z powrotem i gestem ręki kazała mi wyjść z domu.
Sama zamknęła drzwi, po czym razem ruszyliśmy do mojego samochodu.
Wyciągnęła rękę chcąc przejąć ode mnie kluczyki, a ja oddałem
jej je bez żadnego sprzeciwu. W tym momencie nawet wolałem, by to
ona kierowała. Bałem się, że mógłbym spowodować jakiś
wypadek. A moja przyjaciółka jeździła bardzo dobrze i nie miałem
jej nic do zarzucenia.
Poza tym, po mojej
głowie krążyła tylko jedna myśl. Myśl ta błagała, by mojej
partnerce nic się nie stało.
- Dzwoniłeś do
niej? – Ciszę przerwał głos Cami.
Upiła łyka kawy,
jedną ręką trzymając kierownicę.
- Zostawiła telefon
w domu – odparłem.
- Jak zawsze –
mruknęła dziewczyna. – Nie martw się, Maxi, na pewno będzie na
cmentarzu.
Nie odpowiedziałem.
Wpatrywałem się zdenerwowany w drogę przed nami, czując na sobie
ukradkowe spojrzenia mojej przyjaciółki.
Po chwili
zajechaliśmy na parking znajdujący się zaraz przy cmentarzu. Czym
prędzej wysiadłem z auta i popędziłem w kierunku bramy, nie
czekając na Camilę próbującą za mną nadążyć.
Przekroczyłem teren
cmentarza. Pobiegłem w stronę, gdzie znajdował się grób rodziców
mojej Natalii. Już z daleka widziałem jej małą osóbkę pochyloną
nad mogiłą swojej rodziny…
- Dziękuję panu.
Zamknęłam drzwi
taksówki, która natychmiast odjechała. Chwiejnym krokiem ruszyłam
w stronę wejścia na cmentarza. Szłam powoli, próbując utrzymać
się na nogach. Czułam ten uporczywy ból głowy. Byłam cała
otępiała.
Żałowałam, że
nie powiedziałam nic Maxiemu Wyszłam tak bez żadnego słowa. Na
pewno się teraz denerwuje. Ale gdybym go spytała, czy mogę
odwiedzić mamę, nie pozwoliłby mi iść na grób samej. A nie
chciałam, żeby ktokolwiek szedł ze mną. Musiałam pobyć sama ze
swoimi rodzicami.
Usiadłam na
drewnianej ławce przed mogiłą. Nie wzięłam żadnego znicza,
żadnej świeczki czy nawet zwykłego kwiatka. Nie wzięłam nic.
Miałam jednak nadzieję, że mamie i tacie wystarczy moja obecność.
- Mamo… - zaczęłam
– tęskniłam. Przepraszam, że tak dawno tutaj nie byłam, ale…
Po prostu nie miałam na to siły. Jestem coraz słabsza, mamo. Jest
mi tak ciężko… Jednak nie chcę spędzić ostatnich miesięcy
swojego życia w szpitalu. Chcę być wśród moich przyjaciół,
chcę być przy Maxim – przerwałam. – Kocham go, mamo. Wiem, że
go ranię, widzę jak cierpi… Przeze mnie. Wcale nie chcę, żeby
tak było. Umiem sprawiać tylko ból. Nie zasługuję na niego.
Po moich policzkach
spłynęły łzy. Otarłam je wierzchem dłoni i poprawiłam włosy
opadające mi na twarz.
Przez chwilę nie
mówiłam nic.
- Brakuje mi ciebie
– kontynuowałam. – Chciałabym, żebyś była obok. Chciałabym
znów usłyszeć twój głos, poczuć twoje dłonie na moich, mamo…
Upadłam na kolana.
Dotknęłam wilgotnej trawy, na której utrzymywała się jeszcze
poranna rosa.
- Mamo… - Nie
hamowałam już łez wypływających z moich oczu. – Co mam robić?
Mamo, proszę, powiedz mi, co mam teraz robić?
Zaniosłam się
głośnym szlochem. Nabierałam łapczywie powietrza. Próbowałam
opanować drżenie rąk.
Nagle poczułam
czyjąś rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie.
Przed sobą zobaczyłam mojego chłopaka.
- Twoja mama na
pewno chciałaby, żebyś się leczyła – szepnął.
Spojrzałam w jego
mocno błękitne oczy. W porównaniu z moimi szarymi, pozbawionymi
życia tęczówek, były czymś magicznym. Zawsze je uwielbiałam.
Nie było dnia, w którym nie zatonęłabym w nich, zapominając o
całym świecie.
Teraz widziałam w
nich wielką miłość, troskę, strach… A to wszystko znów przeze
mnie.
- Skąd wiesz? –
spytałam cicho.
- Domyślam się. –
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Zawsze chciała
tylko twojego szczęścia. Teraz również tego chce.
Powoli zaczynałam
wierzyć w jego słowa. Powtarzał mi je codziennie od kilku tygodni.
Tak samo, jak reszta moich przyjaciół.
- Wiesz, Natalia? –
odezwał się. – Jestem tego pewien jak niczego innego.
Pokiwałam lekko
głową.
- Proszę cię,
zastanów się w tym momencie – rzekł – czy rzeczywiście nie
chcesz iść do szpitala. Zastanów się, czy naprawdę chcesz
umrzeć.
Zamknęłam oczy.
Czułam łzy wypływające spod moich powiek, nie próbowałam jednak
ich powstrzymać.
Wtuliłam się
nieśmiało w mojego chłopaka. Objął mnie ramieniem i przyciągnął
mocniej do siebie.
- Nie chcę –
wyszeptałam.
- Więc co? –
spytał. – Będziesz się leczyć? Pójdziesz na chemioterapię?
Nabrałam powietrza
w płuca.
- Tak… - rzekłam
cicho. – Tak, Maxi. Będę się leczyć.
- No cóż, nie
wiem, co mam państwu powiedzieć.
Z niecierpliwością
wpatrywałam się w lekarza. Czułam rękę Maxiego – który stał
za mną – na moim ramieniu. Byłam zdenerwowana.
- Po wstępnych
badaniach muszę stwierdzić – ciągnął – że choroba jest już
w stadium zaawansowanym.
Zdrętwiałam.
Wiedziałam co to znaczy. Kiedy u mojej mamy wykryto raka w stopniu
zaawansowanym, lekarze nie dawali jej już żadnej nadziei. Odeszła
po dwóch miesiącach.
- Jeśli mam być
szczery, to jestem zdziwiony, że w tym momencie pani w miarę
samodzielnie funkcjonuje.
- Co to oznacza,
panie doktorze? – Usłyszałam głos mojego chłopaka.
- Oznacza to, że
jeśli chcemy zwalczyć nowotwór, już dzisiaj musimy rozpocząć
leczenie. Nie mogę jednak państwu niczego obiecać. Gdyby zgłosili
się do mnie państwo przynajmniej miesiąc wcześniej, byłoby o
wiele prościej.
To wszystko moja
wina. To przez moją głupotę. Zachowywałam się gorzej niż
pięcioletnie dziecko, a teraz mam efekty swojego uporu.
- Uprzedzam, że
będzie ciężko – powiedział mężczyzna. – Nie ukrywam, nawet
bardzo ciężko. Nie daję państwu stuprocentowej pewności, że
wyjdzie pani od nas zdrowa. Że w ogóle pani od nas wyjdzie.
Był to lekarz z
gatunku tych bezuczuciowych. Potrafił przekazać te najgorsze wieści
bez cienia współczucia. To właśnie było najgorsze.
- Kiedy mam stawić
się na oddziale? – spytałam cicho.
- Dzisiaj –
odparł. – Mamy kilka wolnych miejsc. Proszę pojechać do domu po
niezbędne rzeczy i natychmiast tutaj wrócić. Poinformuję
pielęgniarki, aby przygotowały dla pani łóżko.
Pokiwałam słabo
głową. Chwyciłam się ręki Maxiego, który pomógł mi wstać.
- Będziemy tu
najpóźniej za godzinę – rzekł. – Do widzenia.
Lekarz odpowiedział
coś, a my opuściliśmy jego gabinet.
- Przyznaj, że
jestem głupia – rzekłam, kiedy tylko przekroczyliśmy próg.
Mój partner
spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co?
- Przyznaj, że
jestem głupia – powtórzyłam. – Gdybym nie była uparta jak
osioł, byłoby o wiele prościej.
Na jego twarzy
malował się smutek.
- Tak, byłoby
prościej.
- Więc przyznaj to
– zażądałam. – Przyznaj, że jestem największą idiotką na
świecie. Wiem, że tak myślisz. Doskonale to wiem. Przede mną nie
musisz się ukrywać. Wiesz co? Ja…
Nie dane jednak mi
było dokończyć, ponieważ mój chłopak zatkał mi usta ręką.
- Przestań –
rozkazał. – Nie będę niczego przyznawać, bo jest to nieprawda.
Nie jesteś głupia, nie jesteś żadną idiotką.
Chciałam
zaprzeczyć, ale spod jego silnej dłoni nie mogłam wypowiedzieć
ani słowa.
- Po prostu
zagubiłaś się gdzieś po drodze, wiesz? – kontynuował. – Ale
to wcale nie znaczy, że jesteś głupia. I nigdy nie karz mi mówić
sobie czegoś takiego, bo naprawdę się zdenerwuję, tak?
Westchnęłam. Maxi
spojrzał na mnie uważnie i zdjął rękę z mojej twarzy.
- Ale ja… -
zaczęłam.
Podniósł palec w
ostrzegawczym geście. Ponownie westchnęłam.
- No dobra –
mruknęłam.
- I tak ma być. –
Uśmiechnął się.
Po chwili to
odwzajemniłam.
- Chodź, idziemy do
domu. – Chwycił mnie za rękę.
Pociągnął mnie
lekko w stronę wyjścia. Objął mnie ramieniem, a ja oparłam się
o jego pierś.
Szliśmy teraz do
domu, skąd mieliśmy wziąć moje rzeczy potrzebne w szpitalu. Ta
myśl mnie przerażała. Spędzić kilka… może ostatnich moich
miesięcy w tym miejscu… Nie chciałam, bardzo tego nie chciałam.
Ale tak naprawdę… życie było dla mnie ważniejsze. Chciałam…
chciałam żyć. Dla moich przyjaciół, dla Maxiego… Dla siebie.
- Jak się czujesz?
Podniósł rękę
chcąc pogłaskać mnie po głowie, w porę jednak się cofnęłam.
- Nie dotykaj mnie.
Założyłam ręce
na piersi i zakryłam się szczelniej kocem. Nie chciałam, żeby
ktoś mnie dotykał. Chemioterapia działała swoje. Moje włosy
wypadły. Wszystkie. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze.
Czułam… wstręt i obrzydzenie do swojego ciała. Byłam odludkiem.
Bałam się swojego wyglądu.
- Kochanie… -
zaczął. – Mnie nie musisz się wstydzić.
Wpatrywałam się w
niego uważnie. Wstał z krzesła i usiadł na brzegu łózka.
Chwycił mnie za rękę.
- Kocham cię, Naty
– rzekł. – I będę ci kochał zawsze. Nie brzydzę się tobą,
skarbie, nawet tak nie myśl. Nadal jesteś piękna.
Poprawiłam chustkę,
którą miałam na głowie.
- Nie kłam –
poprosiłam.
- Nie kłamię –
odparł. – Zawsze będziesz dla mnie najpiękniejszą kobietą na
ziemi. Bez względu na to czy jesteś chora, czy nie.
- Maxi, spójrz
tylko na mnie – powiedziałam. – Wyglądam okropnie. Nie mam
włosów, nie mam brwi ani rzęs. Jak ja mogę ci się podobać?
- Natalia, nie mów
tak. Pomyśl, czy mógłbym cię zostawić dlatego, że przez jakiś
czas czegoś ci brakuje? Czegoś tak mało istotnego? Kocham cię nie
tylko za wygląd, ale również za twój charakter. Jesteś częścią
mnie.
Spojrzałam w jego
błękitne oczy. Uwielbiałam w nie patrzeć. Wtedy… Jakbym
widziała jego wnętrze. Ciepłe, jasne, piękne. To było coś, co
mnie uspokajało.
- Ale zdajesz sobie
sprawę, że mam małe szanse? – spytałam cicho. – Wiesz, że
mogę nie wyzdrowieć?
- Nawet tak nie mów
– zastrzegł mnie. – Wyzdrowiejesz. I to już niedługo. Jesteś
silna, wierzę w ciebie. Wszyscy wierzymy. A ty nie możesz nas
zostawić. Kochamy cię, Naty.
- Ja też was kocham
– wyszeptałam.
Mój chłopak
podniósł powoli rękę i z wahaniem położył ją na mojej zimnej
głowie. Zamknęłam oczy i oparłam się o jego ramię, czując na
sobie jego dotyk. Oswajałam się z nim. I choć nadal po części
się siebie brzydziłam to pozwoliłam Maxiemu na bliższy kontakt ze
mną. Tego tak naprawdę teraz potrzebowałam.
Podniosłam ciężkie
powieki. Czułam na mojej twarzy maskę tlenową. Rozejrzałam się
po pokoju. Byłam w nim sama.
Wyciągnęłam prawą
rękę w bok i wyszukałam nią czerwony przycisk. Nacisnęłam go.
Po niecałej minucie do mojej sali weszła pielęgniarka.
- Coś się dzieje?
– spytała.
Odsunęłam maskę
od siebie.
- Nie – odparłam.
– Tylko…
- Chciała pani
zobaczyć się z narzeczonym, tak? – Uśmiechnęła się.
- Z chłopakiem –
poprawiłam ją. – Tak, jest gdzieś tutaj?
- Och, przepraszam.
– Kobieta lekko się speszyła. – Oczywiście, już go zawołam.
Zszedł chyba na dół do bufetu…
Opuściła mój
pokój ponownie zostawiając mnie samą.
Poprawiłam
poduszkę, którą miałam pod głową. Położyłam się na boku,
jedną ręką nadal trzymając inhalator.
Mijał kolejny
tydzień mojego pobytu w szpitalu. Nie czułam, nie widziałam
skutków leczenia. Lekarze tak samo. Nie mówili nic. Wiedziałam jak
ciężko jest Maxiemu, ale nie chciał powiedzieć nic, co
dotyczyłoby mojego stanu. Próbowałam coś z niego wyciągnąć,
ale był uparty. Widocznie nie chciał mnie martwić.
Drzwi otworzyły się
i do środka wszedł mój partner. Uśmiechnął się. Podszedł do
mnie i usiadł na krześle obok łóżka.
- I jak się spało?
– Usłyszałam jego głos.
- Bardzo dobrze –
odpowiedziałam. – Która jest godzina?
Spojrzał na
zegarek, który miał na ręce.
- Dochodzi piąta.
Zmarszczyłam czoło.
- Jesteś pewny?
Spójrz jeszcze raz… Przecież jak zasypiałam, było wpół do
osiemnastej…
- Tak, masz rację.
– Chwycił mnie za rękę. – Spałaś resztę dnia, całą noc,
no i cały dzisiejszy dzień. Nie martw się, to normalne.
Westchnęłam.
Zamknęłam oczy.
- Jak się czujesz?
- W porządku. Maxi…
- Słucham cię,
kochanie.
Przeniosłam na
niego niepewny wzrok.
- Chcę się
przespacerować po oddziale.
Spojrzał na mnie
jak na idiotkę.
- Chyba żartujesz –
rzekł. – Nie ma takiej opcji.
- Ale Maxi…
- Nie – uciął. –
I nie próbuj mnie przekonać. Jesteś za słaba.
- Nie jestem za
słaba, Maxi – jęknęłam. – Proszę cię. Muszę trochę
pochodzić, niedługo już nie będę mogła ruszyć się z łóżka.
- Nie, Natalia.
Musisz odpoczywać. Zresztą, nawet gdybym ja się zgodził, lekarz
na pewno uznałby to za jakieś wariactwo.
- Możemy się o tym
przekonać.
Znów nacisnęłam
czerwony guzik. Coś zapiszczało, a po chwili do mojego pokoju
weszła ta sama pielęgniarka.
- O co chodzi? –
spytała.
- Chciałabym
rozmawiać z lekarzem – odparłam.
- Oczywiście, już
go wołam.
Opuściła
pomieszczenie, a mój chłopak spojrzał na mnie ze złością.
- Dlaczego to
robisz?
- Ale co? –
zdziwiłam się.
- Dobrze wiesz, że
to jest nieodpowiednie w twoim stanie – rzekł. – Coś ci się
może przecież stać.
- Ale ja się czuję
dobrze – uparłam się. – Gdyby tak nie było, to nawet bym o tym
nie pomyślała.
- Nadal uważam, że
nie myślisz racjonalnie.
- To już nie mój
problem.
Naciągnęłam
chustkę na głowę. Nie chciałam patrzeć na niego. Wiedziałam, że
jest teraz na mnie zły. Nie dziwiłam się. Ale ja nie mogłam leżeć
tak cały dzień, bezczynnie w łóżku. Chciałam chodzić, póki
jeszcze mogłam. Wiedziałam, że za kilka tygodni – a może nawet
dni – nie będę miała na to siły. Byłam tego pewna.
Drzwi otworzyły
się, a do środka wszedł lekarz.
- Dzień dobry,
chciała pani ze mną rozmawiać.
- Tak –
potwierdziłam. Spojrzałam na mojego chłopaka. – Maxi, powiedz
panu o co chodzi.
Westchnął.
- Doktorze, chodzi o
to, że moja dziewczyna upiera się aby pospacerować po oddziale –
wyjaśnił. – Ja sądzę, że ma na to za mało siły. Jest za
słaba.
Mężczyzna podszedł
bliżej i spojrzał na mnie spod okularów.
- Jak się pani
czuje? – spytał.
- Bardzo dobrze –
odpowiedziałam. – Muszę się rozprostować. Spałam tak długo,
ja już nie mogę więcej leżeć.
Zastanowił się
przez chwilę.
- Tak naprawdę, nie
widzę żadnych przeciwskazań – rzekł w końcu. – Poza tym,
rzeczywiście przydałby się pani krótki spacer.
Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję panu.
- Służę pomocą.
Odwzajemnił
uśmiech, a następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju,
zostawiając mnie samą z Maxim.
- Mówiłam.
- Nadal uważam, że
to głupota – odrzekł. – Powinnaś odpoczywać.
- Lekarz powiedział,
że spacer mi się przyda.
- Lekarze mówią
różne rzeczy, nie zawsze prawdziwe.
Na przykład jak ta,
że moja mama przeżyje wyjdzie ze szpitala zupełnie zdrowa.
- Czasami się mylą
– przyznałam – ale teraz to błahostka.
- Swoje zdrowie
nazywasz błahostką? – zdenerwował się. – Błahostką nazywasz
raka?
- Maxi… -
westchnęłam. – Proszę cię… Zrozum mnie.
- Co mam zrozumieć?
Dobrze wiesz, że jesteś taka słaba, a i tak wymyślasz sobie
jakieś spacery?
Spojrzałam na niego
smutno. Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Może i miał rację.
Ale ja na to tak nie patrzyłam. Wiedziałam swoje.
- Pomożesz mi
wstać? – spytałam nieśmiało. – Pójdziesz ze mną?
Westchnął.
- Oczywiście, że
tak – zgodził się. – Ale i tak nie zmienię swojego zdania.
Uśmiechnęłam się
lekko. Zdjęłam z twarzy maskę, wyłączyłam ją i odłożyłam na
szafkę stojącą obok łóżka.
Podparłam się na
łokciach i podniosłam się do góry. Maxi pomógł mi usiąść.
Postawiłam nogi na podłodze i trzymając się ręki mojego
chłopaka, stanęłam powoli w pionie.
Wyszliśmy powoli z
pokoju.
Na korytarzu było
praktycznie pusto. Tylko kilka osób spacerowało – samemu, lub z
towarzyszem. Opierając się mocno na ramieniu Maxiego ruszyliśmy w
stronę wyjścia oddziału.
- Jesteś pewna, że
dasz radę? – Usłyszałam pytanie mojego chłopaka.
- Jasne. –
Pokiwałam głową. – Jestem silna, Maxi.
- Wierzę w ciebie.
– Pocałował mnie w czoło.
Poprawiłam chustę,
którą miałam na głowie. Naciągnęłam rękawy na dłonie.
- Zimno ci?
- Trochę –
odpowiedziałam. – Nie przejmuj się.
Objął mnie
ramieniem i przyciągnął do siebie. Czułam jego oddech na mojej
głowie.
Szliśmy powoli
korytarzem, rozglądając się wokół. Byłam szczęśliwa.
Szczęśliwa, że trafiłam na takiego chłopaka, jakim jest Maxi.
Jest najlepszy na świecie. Kocha mnie bez względu na wszystko. I ja
też go kocham.
Nagle…
Zrobiło mi się
duszno. Zakręciło mi się w głowie. Poczułam okropny ból na
całym ciele. Zaczęłam się dusić, a po chwili wstrząsnął mną
dreszcz. Chwyciłam się rozpaczliwie ręki mojego chłopaka.
Straciłam władzę w nogach i osunęłam się na ziemię. Po chwili
przestałam słyszeć głosy wokół mnie. Ból głowy nasilił się,
a ja już nie wytrzymałam. Zemdlałam…
Leżała bezwładnie
na białym łóżku. Podłączona była do tysiąca urządzeń.
Widziałem miliony kabli. Widziałem również plastikową rurkę,
która wychodziła z jej ust. Nie potrafiła sama oddychać. Musiała
robić to za nią ta wielka maszyna stojąca obok łóżka.
Oczy miała
zamknięte, a ręce – do których podłączona była masa kroplówek
– ułożone miała wzdłuż ciała. Na głowie nie miała już tej
czarnej chustki, z którą ostatnio się nie rozstawała.
Wyglądała tak
niewinnie… Była taka słaba…
Czułem, że obraz
mojej dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku w takim stanie i
walczącej o życie, na zawsze już utkwi w mojej pamięci.
Poczułem czyjąś
rękę na moim ramieniu.
- Stary, wyjdź na
korytarz. – Usłyszałem głos Marco. – Ona jest w dobrych
rękach, a ty nie możesz cały czas tutaj siedzieć.
- Muszę przy niej
być – odparłem cicho.
- Maxi, to oddział
intensywnej terapii, ona musi mieć spokój, żeby walczyć.
- Tak sądzisz? –
spojrzałem na niego.
- Właśnie tak –
powtórzył. – Musisz dać jej odpocząć w samotności.
Pokiwałem powoli
głową wiedząc, że ma rację.
Pochyliłem się i
ucałowałem zimną rękę Natalii, zaraz obok igły, którą
podłączona była z kroplówką.
Wstałem z krzesła
i razem z moim przyjacielem wyszedłem z pomieszczenia.
- To wszystko moja
wina – rzekłem załamany. – Gdybym wtedy był bardziej stanowczy
i nie pozwolił jej wyjść z łóżka…
- Przestań się
obwiniać – przerwał mi. – Ty niczym nie zawiniłeś, ona też
nie. I lekarze również. Skoro dobrze się czuła, doktor to
widział, to nie jest to niczyja wina. To się stało nagle, nikt nie
mógł tego przewidzieć.
- Mogłem to
przewidzieć – uparłem się. – Znam ją. To moja wina…
- Przestań, do
cholery – warknął. – Jak ci mówię, że nie twoja wina, to nie
twoja, rozumiesz to?
- Nie wiesz co czuję
– ciągnąłem. – Francesca jest zdrowa, nie wiesz co to znaczy
tak się o kogoś martwić.
- Słuchaj mnie –
powiedział – Francesca jest zdrowa i bardzo się z tego cieszę. A
Natalii nikt nie życzył tego wszystkiego. Wszyscy jest kochamy, i
każdemu z nas jest ciężko.
- Na pewno nie tak
bardzo jak mi – mruknąłem.
- Na pewno nie –
potwierdził. – Żaden z nas – ani ja, ani Leon, Marco, Broduey
czy Federico – nie wie jakby się zachował, gdyby to jego
dziewczynie się coś stało. Gdyby zachorowała Camila, Violka lub
ktoś inny. Bo nikt się tego po prostu nie spodziewa. Ty też się
nie spodziewałeś.
Odburknąłem coś,
nie patrząc na niego. Miał rację. Znów miał tą cholerną rację.
I musiałem to przyznać. Nie miałem innego wyboru.
Już czwarty tydzień
leżała na OIOMie. Nie miała siły się poruszyć. Oddychała już
samodzielnie, jednak nadal z wielkim trudem. Widziałem ból w jej
pozbawionych życia oczach. Chciałem wziąć całe jej cierpienie na
siebie, byleby tylko ona była szczęśliwa.
Wypowiedzenie choćby
jednego, krótkiego słowa było dla niej ogromnym wysiłkiem. Ale
najtrudniejsze były noce. To wtedy miała ataki niepohamowanego
bólu. Ja wtedy mogłem stać za szybą przez którą widać było
jej pokój i modlić się o to, by lekarze szybko wszystko opanowali.
Nie mogłem znieść
myśli, że Natalia mogłaby nie przeżyć. To byłoby dla mnie za
dużo. Ona wygra. Wygra i będzie zdrowa. Nasze życie wyglądać
będzie tak, jak przed całą serią tych przykrych wydarzeń.
- Pan Ponte? –
Podeszła do mnie jedna z pielęgniarek. – Panie Ponte, doktor
chciałby z panem porozmawiać.
- Oczywiście, już
idę.
Wyszedłem z sali
rzucając ostatnie spojrzenie na – w tym momencie śpiącą –
Naty.
Ruszyłem korytarzem
w stronę gabinetu lekarza prowadzącego mojej dziewczyny. Zapukałem
do drzwi, a kiedy usłyszałem pozwolenie, wszedłem do środka.
- Proszę usiąść.
– Mężczyzna wskazał krzesło.
Zrobiłem to.
Usadowiłem się na plastikowym meblu i wbiłem spojrzenie w doktora.
Po co mnie tu zawołał? Chciał powiedzieć mi coś ważnego?
- Chciał pan ze mną
rozmawiać – odezwałem się.
- W rzeczy samej. –
Skinął głową. – Muszę oznajmić panu bardzo trudną, bolesną…
aczkolwiek istotną rzecz.
- O co chodzi?
Lekarz westchnął.
- Chciałem
powiedzieć to panu pierwszemu, ponieważ pani Navarro jest jeszcze
za słaba. Nie wiem, jak by to zniosła.
Pokiwałem niepewnie
głową. O co mu do cholery jasnej chodziło?
- Sprawa jest taka…
- zatrzymał się. – Chemioterapia trwa już ponad miesiąc. Na
początku mieliśmy nadzieję, że ona pomoże. Jednak jak sam pan
wie, nie widać żadnych efektów. Długi czas myśleliśmy, że pani
Navarro po prostu potrzebuje więcej czasu na dojście do siebie.
Myliliśmy się.
- Co ma pan na
myśli? – spytałem cicho.
- Rokowania nie są
dobre – ciągnął. – Leczenie nie przynosi żadnych rezultatów.
Niestety, muszę to powiedzieć… Pani Navarro został maksymalnie
tydzień życia.
Runęło. Wszystko.
Całe szczęście, które budowaliśmy przez ostatnie lata. Jej walka
nie zdała się na nic. A moje życie legło w gruzach…
- Maxi… - Do moich
uszu dobiegł słaby głos.
- Śpij, kochanie. –
Uśmiechnąłem się lekko chcąc dodać jej otuchy. – Nie bój
się.
- Maxi, powiedz mi…
- szepnęła. – Powiedz mi prawdę, proszę cię…
- Jaką prawdę,
Naty, o czym mówisz?
Otworzyła swoje
piękne, ciemne oczy. Nie widziałem już jednak w nich tego błysku,
który zawsze tam był. Teraz były to oczy smutnego, cierpiącego
człowieka.
- Okłamujesz mnie –
rzekła. – Wiem to.
- Nieprawda, Nata –
zaprzeczyłem. – Mówię ci wszystko.
Poruszyła lekko
ręką dając mi tym samym znak, abym ją chwycił. Zbliżyłem swoją
do jej zimnej dłoni i ująłem ją delikatnie.
- Słyszałam, jak
rozmawiałeś dzisiaj z Brodueyem.
Zdrętwiałem.
Rzeczywiście, wcześniej był tutaj mój przyjaciel. Rozmawialiśmy
o mojej ukochanej. Ale ja miałem pewność, że śpi. Nie mogło być
inaczej.
- Co dokładnie
słyszałaś? – Przełknąłem ślinę.
Przymknęła
powieki. Słyszałem jej miarowy oddech. Bałem się.
- Ja umieram,
prawda? – spytała.
Spojrzałem na nią
z bólem. Co miałem jej powiedzieć? Prawdę?
- Nie oszukuj mnie,
Maxi – poprosiła. – Chcę wiedzieć. Ile mi zostało?
Nabrałem powietrza
w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem.
Podrapałem się po głowie, chcąc opanować drżenie rąk. Nie
potrafiłem powiedzieć jej, że to jej ostatnie dni.
- Niecały tydzień…
- wykrztusiłem w końcu.
Gdybym nie była
taka głupia. Gdybym zgodziła się na to cholerne leczenie i od razu
po wykryciu choroby poszła do szpitala. Gdybym to zrobiła, wszystko
byłoby zupełnie inaczej. Ale teraz nie było już odwrotu.
- Naty… - znikąd
usłyszałam głos. – Naty, już pora.
Zamknęłam oczy.
Czy to była moja mama?
- Córeczko,
pożegnaj się z przyjaciółmi.
- Maxi, słyszysz
to?
Mój chłopak
spojrzał na mnie przestraszony.
- Co się dzieje,
Natalia?
Nie odpowiedziałam.
Ścisnęłam mocniej jego rękę, za którą mnie trzymał.
Wstał. Wybiegł z
pokoju zostawiając mnie samą.
- Za chwilę,
córciu, będziesz razem ze mną.
Wtedy zrozumiałam.
Umierałam.
Zaczęłam szybciej
oddychać. Powoli traciłam świadomość.
Usłyszałam
poruszenie wokół mnie. Słyszałam krzyki, płacz. Poczułam jak
ktoś uciska moją klatkę piersiową. Ból rozchodził się po całym
moim ciele. Wiedziałam, że to koniec…
Po pomieszczeniu
rozległ się głośny pisk aparatury. Na ekranie monitora pojawiła
się długa, pozioma kreska.
Lekarze zatrzymali
się. Każdy spojrzał na siebie z tym wyrazem twarzy, którego
nienawidziłem. Bezradność, smutek, ból i cierpienie.
- Czas zgonu,
osiemnasta czterdzieści pięć.
Stojąca obok mnie
Francesca wybuchła głośnym płaczem. Za chwilę w jej ślad poszła
reszta dziewczyn. Kątem oka widziałem jak moi przyjaciele
wyprowadzają je z pokoju.
Oparłem się o
ścianę. Nie wiedziałem, co mam robić.
Wszystko stracone.
Na chwiejnych nogach
podszedłem do łóżka. Upadłem na kolana zaraz obok mojej
ukochanej.
Niespodziewanie z
moich oczu popłynęły łzy. Nie wstydziłem się ich. Tylko tak
mogłem oddać szacunek Natalii…
- Jestem więźniem
twojego serca, kochanie… - wyszeptałem. – Nie oddawaj mi kluczy.
Chcę nim zostać na zawsze…
Zabijcie mnie.
Zabijcie mnie tak jak ja zabiłam Naty :P Nie chciałam jej w sumie
zabijać, a kiedy spytałam o zdanie moją Weroooo to odpowiedziała
mi tak: "No to napisz, że ona umarła i powiedz, że nie zawsze
w życiu wszystko układa się tak jak chcemy". No to tak
napisałam xD Jak coś to pretensje do niej! :P
No dobra. Takie
jakieś dziwne jest to wszystko xD Te wątki takie krótkie, i w
ogóle, ale no :P
Jeśli nie
skomentowałam jakiegoś waszego posta, to przepraszam, ale naprawdę
mam mało czasu. Jest szkoła, zajęcia dodatkowe, no i lekcje,
czasami nie mam nawet czasu usiąść przed komputerem i zobaczyć co
tam się na Facebooku dzieje, a co dopiero wejść na bloggera.
Staram się pisać cokolwiek w wolnym czasie, ale na to czasami też
nie mam wolnej chwili. Więc jeśli teraz Party będą pojawiały się
rzadziej, to bardzo przepraszam, mam nadzieję, że nie odejdziecie
<3333
Kolejny rozdział
na moim drugim blogu pojawi się prawdopodobnie w poniedziałek,
serdecznie na niego zapraszam, cieszy mnie każdy komentarz i każde
wyświetlenie <33333
Wieem, krzywy
nagłówek, ale to przecież ja robiłam, więc musi być krzywy.
Zmieniłam wygląd, na początku było tutaj tak różowo, ale
doszłam do wniosku, że jakoś nie mam ochoty rzygać tęczą i
zmieniłam na taki kolor xD
Jak tam po
walentynkach? xD Gdyby nie to, że w szkole dyskotekę wczoraj
miałam, to siedziałabym sama w domu z paczką czipsów przy
laptopie xD Pozdrowienia dla wszystkich singli :D
Dziękuję, że
jesteście, że czytacie, że komentujecie <33333
Kocham was
<33333333
