Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2014

ONE PART MARCESCA - Zawsze cię znajdę cz 4

 
Straciłem poczucie czasu. Już nie odróżniałem nocy od dnia. Jedyne okno znajdujące się w pomieszczeniu zasłonięte było czarną antywłamaniową roletą. Było jeszcze gorzej niż wcześniej. Zimniej, ciemniej...
Zrobili to. Zgwałcili ją. Zgwałcili ją, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Niedługo po tym wszystkim znów przyszli. Ponownie ją związali i zakneblowali. Nie chciałem im na to pozwolić, ale wtedy zagrozili, że ze mną zrobią to samo. A wtedy nie mógłbym już kompletnie nic zrobić - nie mógłbym przytulać do siebie Francescy.
Leżała na podłodze z głową na moich kolanach.
Przyłożyłem rękę do jej czoła. Gorączka nie znikała.
Było z nią coraz gorzej. Męczący kaszel nie dawał jej spokoju, a przez taśmę na ustach nie mogła nawet spokojnie się wykaszleć. Praktycznie nie słyszałem jej głosu. Tylko czasami, kiedy ci zwyrodnialcy przynosili coś byle jakiego do jedzenia, wypowiadała kilka słów tym swoim słabym głosem. Powiedzenie jednego zdania stanowiło dla niej niesamowity wysiłek.
Nie wiedziałem, kiedy to wszystko się skończy. Sam nie czułem się najlepiej. Nie miałem już siły na nic, ale nie mogłem pokazać swojej słabości Francesce. Ona musiała wiedzieć, że zrobię dla niej wszystko, że się nie poddam. Choć tak naprawdę, powoli zaczynałem tracić nadzieję...
Do środka wszedł jeden z nich. Zerwał taśmę z ust mojej dziewczyny i postawił na podłodze dwa brudne talerze z czymś, co przypominało zupę. Kazał nam to zjeść i opuścił pokój.
Odwróciłem Fran w swoją stronę. Wziąłem do ręki miskę. Nabrałem zupy na łyżkę i wyciągnąłem w jej kierunku. Otworzyła usta.
Z trudem przełknęła to coś. Głód dawał się we znaki, musiała coś zjeść.
- Nie chcę - zaprotestowała cicho, kiedy chwyciłem drugie naczynie. - To dla ciebie.
- Ja nie muszę - rzekłem. - Ty bardziej tego potrzebujesz. Proszę.
Odwróciła głowę w drugą stronę.
- Francesca, proszę cię, nie denerwuj mnie - zastrzegłem ją. - Chcesz stracić przytomność?
- Jeśli czegoś nie zjesz, to też ją stracisz - odparła.
Westchnąłem.
- Mam więcej siły od ciebie. Jedz.
Zakryła głowę rękami.
Zrezygnowany opuściłem miskę na dół. Podrapałem się po głowie.
- Nie wygłupiaj się - rzekłem. - Chcesz, żebym się zezłościł? Dlaczego to robisz?
- Nie robię tego specjalnie, przepraszam - odparła cicho. - Ale ty musisz jeść. Ostatnio też dałeś mi swoje jedzenie.
Zacisnąłem zęby.
Po co mi to wypomina? To chyba dobrze, że troszczę się o nią i nie chcę żeby coś jej się stało, tak? Nawaliłem już tyle razy, teraz muszę to odpokutować. To przeze mnie ją porwali, to przeze mnie straciliśmy szansę, aby ktoś nas znalazł. Jestem matołem do potęgi ętej, mogę zrobić chociaż tyle.
Odciągnąłem jej ręce od głowy. Odwróciłem ją w swoją stronę.
- Zjesz, czy ci się to podoba czy nie - powiedziałem stanowczo. - Otwórz usta.
- Marco...
- Nie dyskutuj. Zaraz będziesz jadła zimne.
Westchnęła cicho, ale posłusznie otworzyła usta. Włożyłem do nich łyżkę z zupą.
- Tego się nie da jeść - stwierdziła.
- Wiem, że jest niedobre - przyznałem. - Ale musisz to zjeść. Dasz radę.
Po kilku kolejnych łyżkach ponownie odwróciła głowę.
- Resztę zjedz ty. Nie chcę więcej.
- Francesca, nie...
- Nie - przerwała mi. - Ja też mogę się zdenerwować.
Nie chciałem się więcej z nią kłócić. To niby dobrze, że zmuszam ją do jedzenia, ale to coś o wyglądzie przypominającym zupę najpewniej nie smakowało jakoś wyśmienicie.
Z westchnięciem zabrałem się do konsumowania posiłku.
To coś w ogóle nie smakowało jakby było przeznaczone do jedzenia. Mój pies dostaje lepsze resztki.
Z trudem skończyłem jeść i odstawiłem talerz na podłogę.
- I jak? - odezwała się Fran. - Smakowało?
Spojrzałem na nią uważnie.
- O co ci chodzi? - spytałem.
Zwiesiła głowę i wbiła wzrok w swoje bose stopy.
- O nic. Przepraszam.
Przysunąłem się do niej. Nie zważając na jej sprzeciw przytuliłem ją do siebie. Dopiero po momencie przestała się opierać i wtuliła się we mnie.
- Wiesz, że robię to tylko dla ciebie, tak? - szepnąłem jej do ucha.
Pokiwała powoli głową.
- Marco... - odezwała się. - Przepraszam.
- Nie przepraszaj - powiedziałem. - Nic się nie stało. Rozumiem cię.
Drzwi otworzyły się. Do środka wszedł jeden z porywaczy. W ręce trzymał czarną taśmę.
Podszedł do nas bez słowa. Urwał kawałek taśmy i zakleił nim usta Francesci. Ścisnęła mocniej moją dłoń, a drugą ręką chwyciła moje ramię. Przycisnąłem ją mocniej do siebie.
Mężczyzna wziął talerze leżące na ziemi, po czym opuścił pokój. Usłyszałem zgrzyt klucza przekręcanego w zamku.
Nie wiedziałem, ile jeszcze mamy czekać.

Nie byłem w stanie ocenić, kiedy Francesca traciła przytomność, a kiedy po prostu zasypiała. Było z nią źle, bardzo źle. Coraz gorzej. Bałem się, że może jej się stać coś złego. A tego nigdy bym nie przeżył.
Podniosłem powieki.
Mimo swojej silnej woli i postanowienia, że nie zasnę, kiedy Francesca będzie w pełni wszystkiego świadoma, musiałem choć na chwilę odpocząć. Nawet nie zauważyłem kiedy odpłynąłem do krainy Morfeusza.
Przetarłem zaspane oczy. Dostrzegłem moją dziewczynę siedzącą pod ścianą i przypatrującą się mi z uwagą.
- Francesca - odezwałem się. - Przepraszam... długo spałem?
Potwierdziła skinieniem głowy.
Złapałem ją za ręce i przyciągnąłem do siebie. Już się nie zapierała. Pozwoliła się przytulić, choć tego nie odwzajemniła. Nie dziwiłem się; żadna kobieta po takim czymś nie byłaby za bardzo chętna do takich czułości.
- A ty? - spytałem. - Nie zasnęłaś?
Pokręciła przecząco głową.
- Możesz zasnąć - rzekłem. - Jesteś zmęczona.
Nie odpowiedziała mi. Westchnąłem lekko i pogłaskałem ją po włosach.
Niech oni nas jak najszybciej. Niech nas stąd wyciągną, do cholery. Tu już nie chodziło o mnie, głównie o Francesce. To o nią martwiłem się bardziej o siebie samego, ona była najważniejsza. Nic nie mogło jej się stać.
W pewnym momencie moja dziewczyna poderwała się gwałtownie do góry. Spojrzałem na nią zaniepokojony.
- Co się stało? - odezwałem się. - Źle się czujesz?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Swoimi związanymi rękami wskazała na okno.
- Francesca, przecież widzisz, że jest zabezpieczone roletą...
Ponownie pokręciła przecząco głową. Spojrzała z wyczekiwaniem na okno, a później na mnie.
O co mogło jej chodzić? Przecież gdybyśmy mogli uciec oknem, zrobilibyśmy to już dawno temu. Sprawdzałem, czy jest stąd jakieś wyjście i niczego nie znalazłem.
Wsłuchałem się.
I wtedy do moich uszu dotarł słaby dźwięk. Ktoś uderzał czymś z drugiej strony okna. Słychać też było jakieś głosy.
Nie zastanawiając się ani chwili, stanąłem na nogi.
Swoimi brudnymi rękami zacząłem walić w szybę. Jak ten idiota zacząłem wrzeszczeć, żeby nas uwolnili. Nie wiedziałem kto jest z drugiej strony, jednak po co ktoś niezorientowany miałby dobijać się do przypadkowego okna?
Usłyszałem krzyki. Głosy kilku osób rozbrzmiewały echem w tym pustym domu.
Poczułem, jak ktoś szarpie mnie za nogawkę od spodni. Spojrzałem na Francescę siedzącą na podłodze. Kucnąłem obok niej.
- Spokojnie, Fran. - Ująłem jej twarz w dłonie. - Wszystko będzie w porządku. Nie bój się, rozumiesz?
Pokiwała niespokojnie głową. W jej oczach zalśniły łzy, które po chwili spłynęły po jej policzkach. Wytarłem je kciukiem, po czym zerwałem taśmę z jej ust. Już nic mnie nie obchodziło.
Wzięła głęboki oddech. Zakrztusiła się powietrzem. Poklepałem ją po plecach.
Wrzaski stały się głośniejsze. Po chwili słychać je było tuż pod pokojem.
Drzwi otworzyły się. Do środka wbiegł jeden z mężczyzn, ale nie ten co wcześniej. W kilku krokach dopadł do nas.
Nawet nie zdążyłem zareagować, kiedy chwycił Francescę za włosy i wyciągnął ją na środek pokoju.
Do pomieszczenia wpadło pięć osób; dwie kobiety i trzech mężczyzn. Wszyscy uzbrojeni, trzymali w dłoniach pistolety.
Chciałem zareagować, ale w tym samym momencie porywacz wyjął z kieszeni czarną spluwę i przystawił ją Francesce do głowy.
- Jeden fałszywy ruch, a dziewczyna zginie! - wrzasnął.
Zdrętwiałem. Nie, nie mogłem na to pozwolić. Ale jak miałem go powstrzymać?
- Zostaw ją - odezwała się jedna z kobiet. - Co da ci jej śmierć? Dostaniesz tylko większy wyrok.
- Twój znajomy już cię wsypał, mamy na ciebie dowody - dodał najwyższy mężczyzna. - Lepiej dobieraj sobie koleżków.
Twarz tego wielkiego idioty stężała. Jeszcze mocniej przycisnął pistolet do głowy mojej dziewczyny. Ona sama już kompletnie nie próbowała się bronić. Widziałem strach i przerażenie wymalowane na jej brudnej twarzy. Łzy lały się strumieniami z jej oczu. Nie mogłem znieść tego widoku.
- Zaraz odstrzelę jej łeb!
- Puść dziewczynę! - zażądała druga z kobiet. - Nie rób jej krzywdy!
- Odłóżcie spluwy, inaczej będziecie mogli się z nią pożegnać!
Policjanci spojrzeli po sobie.
- Odkładamy broń.
Nie spuszczając z niego wzroku, położyli czarne pistolety na podłodze.
Napotkałem wzrok jednego z mężczyzn. Kiwnął nieznacznie głową na porywacza. Nie wiedziałem o co mu chodzi, mogłem się jedynie domyślać.
Po cichu stanąłem na nogi i niezauważony zaszedłem tego zwyrodnialca od tyłu. Wytrąciłem broń z jego ręki. Zdezorientował się i na chwilę odwrócił w drugą stronę. W tym samym momencie wyrwałem Fran z jego uścisku.
Jednak to wszystko nie trwało długo.
Dosłownie kilka sekund później poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Odrzuciło mnie do tyłu.
Ostatnią rzeczą, jaką zarejestrował mój mózg był potwornie silny ból i słaby krzyk Francesci...

Powoli wracałem do świata rzeczywistego. Słyszałem wokół siebie głosy, ciche rozmowy i inne, takie zwykłe odgłosy jakie słyszy się na co dzień.
Otworzyłem oczy. Od razu uderzyło mnie to jasne światło. Minęła chwila, zanim się do niego przyzwyczaiłem.
- Marco?
Szybko zlokalizowałem właściciela tego głosu. Moja rudowłosa przyjaciółka siedziała na skraju mojego łóżka.
- Camila... Co się dzieje?
- Już po wszystkim. - odparła cicho. - Jesteście bezpieczni.
Wtedy też dostrzegłem Lucę stojącego pod oknem.
Od razu przypomniałem sobie całą wczorajszą akcję. Na samo wspomnienie przeszedł mnie dreszcz.
- Gdzie jest Francesca? - spytałem. - Wszystko z nią w porządku?
Brat mojej dziewczyny podszedł do nas. Usiadł na krześle obok mnie.
- Powiedz lepiej, jak ty się czujesz.
- Dobrze - odparłem mechanicznie. - Co z Francescą? - powtórzyłem.
Mężczyzna wbił wzrok w podłogę.
- Nie jest dobrze - Cami odpowiedziała za niego. - Złapała jakieś ostre zapalenie płuc. Jest wyziębiona, odwodniona, przemęczona, trochę pobita, i... i...
- ...i zgwałcona - wycedził Luca.
Przez moment nikt nic nie mówił. Nikt nie miał odwagi się odezwać.
Modliłem się w duchu, by nie wykryli nic więcej. By nie znaleźli innych problemów. Już i tak było źle.
- Nie mogłem nic zrobić... - powiedziałem cicho. - Nie było mnie przy tym... Przepraszam.
Luca spojrzał na mnie.
- To nie twoja wina - odparł. - Dziękuję, że przy niej byłeś.
Jak mógł dziękować mi za takie coś? To był mój obowiązek, musiałem być przy Fran. Schrzaniłem już tyle rzeczy... Chociaż tą jedną wykonałem dobrze.
- Idę do Francesci. - Podniósł się z krzesła. - Odpoczywaj.
Opuścił pokój zostawiając mnie w nim samego z Camilą. Spojrzała na mnie.
- Był dosłownie na skraju załamania - wyjaśniła. - Dostawał białej gorączki. Uwierz mi, z każdym dniem było coraz gorzej, wszyscy myśleliśmy, że nie wytrzyma. Kolejne dni bez Fran były dla niego udręką. Zresztą nie tylko dla niego. Nawet nie możesz sobie wyobrazić co czuliśmy, kiedy dowiedzieliśmy się, że was znaleźli... to było... - zająknęła się - to było piękne.
Na widok jej słabego uśmiechu, kąciki moich ust mimowolnie się podniosły.
- Ile nas nie było? - spytałem.
Spochmurniała.
- Samej Francesci prawie miesiąc - odpowiedziała. - Ciebie i jej równe półtora miesiąca. Fran w sumie dwa i pół miesiąca.
Dwa i pół miesiąca to kawał czasu. W dodatku miesiąc, sama, w tych ciemnościach. Nie wyobrażałem sobie, jak mogła czuć się wtedy Francesca. Osamotniona w śmierdzącej, wilgotnej piwnicy.
Wiedziałem, że ona już nigdy nie będzie taka jak wcześniej. Takie zdarzenia pozostawiają trwały ślad w psychice człowieka. Już nie będzie tą samą Francescą, którą poznałem, tą radosną dziewczyną cieszącą się z najmniejszych rzeczy. Porwanie i gwałt; nigdy o tym nie zapomni. Byłem o tym przekonany.
- Jak ona się czuje?
Camila westchnęła.
- Lekarze wprowadzili ją w stan śpiączki - odpowiedziała. - Była bardzo przemęczona, nie miała siły nic powiedzieć. Ale minęło już pięć dni, jutro będą ją wybudzać.
- Pięć dni? - Powtórzyłem. - A ja...
- Ten facet uderzył cię w głowę - uprzedziła moje pytanie. - Byłeś nieprzytomny. Ale oprócz tego, nic poważnego ci nie jest, spokojnie.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową.
Drzwi sali otworzyły się. Do środka wszedł Broduey. Spojrzał na nas i uśmiechnął się.
- Camila, chciałaś iść do Fran - odezwał się.
Dziewczyna podniosła się z łóżka.
- Nie obrazisz się? Później jeszcze do ciebie przyjdę.
Uśmiechnąłem się.
Jej chłopak wyciągnął do niej rękę.
- Przenieśli ją do innej sali. - Chwycił jej dłoń. - Pójdziesz prosto - wskazał na korytarz - a później w prawo. Trzecie drzwi po lewej, numer 147. Trafisz sama?
- Pewnie - potwierdziła.
Pocałowała go w policzek, pomachała mi, po czym opuściła pokój.
Brazylijczyk podszedł do mnie i usiadł na krześle obok łóżka.
- W końcu się obudziłeś - powiedział. - Ileż można spać?
Zaśmiałem się pod nosem.
Cieszyłem się, że mogę oderwać się od ponurej rzeczywistości i pożartować z jednym ze swoich kumpli.
- Z tym bandażem na głowie wyglądasz jak idiota - stwierdził po chwili chłopak.
- Bardzo śmieszne - mruknąłem. - I tak wyglądam lepiej niż ty.
Broduey prychnął.
- Chciałbyś.

Wbiłem wzrok w widok za oknem. Zaparłem się rękami o kamienny parapet.
Nie mogłem tam wejść.
Przez szybę widziałem ją leżącą na białym łóżku. Oczy miała otwarte, ale mnie nie widziała.
To wszystko przeze mnie. Przeze mnie tutaj leży, przeze mnie tak cierpi.
Czułem łzy gromadzące się pod moimi powiekami. Ale byłem chłopakiem, do cholery! Nie mogłem się rozkleić. Nie tutaj. Wszyscy ludzie patrzą. Nie mogę.
- Marco.
Nie odwróciłem się.
Popłakałem się jak dziecko. Moi znajomi nie mogli tego zobaczyć.
- Marco, co się stało?
Poczułem czyjąś rękę na swoim ramieniu i rozpoznałem głos Leona. Pociągnął mnie do tyłu. Odwróciłem się w jego stronę. Nie spojrzałem na niego.
- Nie mogę tam wejść...
- Dlaczego?
Przetarłem załzawione oczy.
- Nie mogę...
- Spójrz na mnie - zażądał. - No spójrz, nie wstydź się. Wszystko widzę.
Zrezygnowany podniosłem głowę w górę.
Nie interesowało mnie, co może sobie pomyśleć. Był moim kumplem, powinien mnie rozumieć.
- To nie jest twoja wina - powiedział. - Przestań się obwiniać.
- Gdybym wtedy nie puścił jej samej do domu...
- Marco, zamknij się - warknął. - To nie ma nic do rzeczy. Violetta też wiele razy wracała wieczorem sama do domu. Wszystkie dziewczyny chociaż raz tak robiły. To, że spotkało to akurat Francescę, nie jest wcale twoją winą.
- A co ty byś zrobił, gdybyś był na moim miejscu, a tam na sali leżała Violetta?
- Nie wiem - odparł. - I nie chcę się zastanawiać. A Francesca czeka na ciebie, więc lepiej się ogarnij i idź do niej.
Nie odpowiedziałem.
Po chwili poczułem jak obejmuje mnie po przyjacielsku. Oddałem uścisk.
- Ona cię teraz potrzebuje - powiedział. - To ty byłeś przy niej przez ostatnie półtora miesiąca, dla niej wszystko jest teraz inne. Musisz przy niej być.
Odsunąłem się od niego.
- Masz rację - przyznałem.
Odwróciłem wzrok w stronę szyby, za którą leżała moja dziewczyna. Spojrzałem na Leona, który kiwnął głową w stronę drzwi. Wolnym krokiem podszedłem do nich i nacisnąłem klamkę.
Nienaoliwione zawiasy zaskrzypiały, co poskutkowało natychmiastowym zwróceniem na siebie uwagi Francesci. Patrzyła na mnie uważnie, dopóki nie podszedłem do niej, usiadłem na brzegu jej łóżka i nie chwyciłem jej za rękę.
- Jak się czujesz? - spytałem.
- W porządku - odparła słabo. - Co się stało? Płakałeś?
Ponownie przetarłem oczy. Nie mogłem jej martwić.
- Nie - zaprzeczyłem. - Coś wpadło mi do oka. Fran, jak się czujesz w sensie... psychicznie?
Odwróciła na chwilę głowę w drugą stronę, a jej oczy zaszły łzami.
- Marco... - wykrztusiła po chwili. - Zawsze myślałam... że... że mój pierwszy raz spędzę z kimś, kogo kocham. Że... że spędzę go z tobą.
Ścisnąłem mocniej jej rękę.
- Spokojnie, kochanie... - szepnąłem. - Jestem przy tobie, nie płacz.
Wytarła łzy ze swoich policzków i spojrzała na mnie.
- Kocham cię... - powiedziała cicho.
Zdziwiłem się. Nie wiedziałem, że po tym wszystkim co ją spotkało, ona jeszcze potrafi wyznać komuś takie uczucia. Ale cieszyłem się.
- Ja też cię kocham, skarbie - odparłem. - Kocham cię najbardziej na świecie.
Przyjrzałem się jej posiniaczonym rękom, do których poprzypinana była masa kroplówek. Bolał mnie ten widok, nikt nawet nie wiedział jak bardzo.
- Marco...
- Tak?
- Moi rodzice jeszcze nie przyjechali? - spytała.
Spojrzałem na nią ze współczuciem.
Co miałem jej powiedzieć? Że jej rodzice nie przyjadą, bo ważniejsza dla nich jest praca? Że nie obchodzi ich własna córka?
- Nie wiem, kochanie - skłamałem. - Musisz spytać Luki. Zawołać go?
- Jak możesz - rzekła. - Ale przyjdziesz tutaj później, tak?
- Oczywiście. - Uśmiechnąłem się lekko.
Podniosłem się i w tym samym momencie drzwi sali się otworzyły, a do środka wszedł brat Fran.

- Luca - zaczęłam - kiedy przyjedzie mama i tata?
Nie rozumiałam, dlaczego twarz mojego brata w jednym momencie stężała. Nie rozumiałam, dlaczego w jego oczach pojawił się ten wielki żal.
- Luca, co się dzieje? - spytałam. - Coś nie tak?
Pokręcił przecząco głową.
- Z rodzicami wszystko w porządku - odparł. - Powiedzieli, że...
Czekałam niecierpliwie aż dokończy swoją wypowiedź.
- ...że nie mogą zostawić pracy. Nie przyjadą.
Zamrugałam szybciej oczami.
- Co?
- Przykro mi, Francesca. - Chwycił moją dłoń.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Niemożliwe...
Minęło kilka minut, odkąd w moich oczach wyschły łzy, a już pojawiły się kolejne.
- Nie płacz, siostrzyczko...
Z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej i wyciągnęłam ręce w stronę swojego brata. Przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam twarz w jego ramię.
- Wszystko będzie dobrze, mała... - Usłyszałam głos Luki.
Nie wiedziałam, czy wszystko może być dobrze.
Zawsze myślałam, że rodzicom zależy żeby zapewnić nam dobre utrzymanie, i to dlatego tak zawzięcie pracowali. Ale teraz? Teraz wiedziałam, że tak naprawdę im na mnie nie zależy. Gdyby tak było, to przylecieliby teraz z Włoch, tutaj, do Argentyny. Nie byli w stanie zrobić nawet tego.

- No, daj rękę.
Z całej siły chwyciłam jego dłoń. Z jego pomocą zestawiłam nogi na podłogę.
- Dawaj, spróbujemy wstać.
- Nie, nie dam rady - jęknęłam.
- Oczywiście, że dasz radę - odezwała się Violetta. - A Marco ma dobry refleks, to cię złapie.
Odgarnęłam włosy z twarzy i poprawiłam bandaż na moim nadgarstku.
- Czuję się jak idiotka - mruknęłam. - Nie mogę ustać na nogach...
- Fran, nie chodziłaś prawie trzy miesiące - zauważyła Camila. - Pora do tego wrócić. No, próbuj.
Westchnęłam cicho, po czym drugą ręką chwyciłam się ramienia Marco.
- Gotowa?
Pokiwałam potakująco głową i z trudem stanęłam na nogi. Czułam, jak rozciągają się wszystkie moje mięśnie, które już od tak dawna pozostawały w praktycznym bezruchu.
W pewnym momencie kolana się pode mną ugięły. Zapewne zaliczyłabym bliskie spotkanie z podłogą, gdyby nie szybka reakcja mojego chłopaka.
Zdrętwiałam, kiedy poczułam jego rękę na moim udzie. Mój oddech przyśpieszył. Odepchnęłam go od siebie - co nie dało zadowalających skutków. Posadził mnie jednak z powrotem na łóżku i odsunął się ode mnie.
- Francesca, znowu? - spytał cicho.
Nie odpowiedziałam.
Podciągnęłam kolana pod brodę i zakryłam głowę rękami.
- Zostawimy was samych - odezwał się Maxi.
Usłyszałam kilka par nóg zmierzających w stronę drzwi. Nie podniosłam głowy.
Ktoś zamknął drzwi.
- Francesca - Poczułam, jak Marco siada obok mnie - Fran, spójrz na mnie.
Nie zareagowałam.
- Fran, powiedziałem coś - rzekł ostrzej. - Podnieś głowę.
Ponownie zignorowałam jego słowa.
Po chwili jego dłonie zacisnęły się na moich rękach. Odciągnął je ode mnie, a później podniósł moją głowę do góry.
- Nie możesz się tak zachowywać - powiedział. - Minęły już dwa tygodnie. Ja wiem, że ci ciężko, domyślam się, co możesz czuć, ale nie możesz się nas bać. Nie pozwalasz chłopakom się do ciebie zbliżyć, boisz się mnie, boisz się nawet swojego brata.
Miał rację. Bałam się ich.
Brzydziłam się siebie i swojego ciała. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Wszystko przypominało mi o gwałcie.
Wiedziałam, że moje życie już nigdy nie będzie normalne. Że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś.
- Przepraszam... - wykrztusiłam po chwili.
- Nie chodzi o to, żebyś przepraszała - odparł. - Tylko żebyś przynajmniej... spróbowała nam zaufać, wiesz?
Spojrzałam na niego, a obraz przesłoniły mi łzy.
- Nigdy nie pozwolimy zrobić ci krzywdy - ciągnął. - Jesteś dla nas najważniejsza. Jesteś dla mnie najważniejsza.
Już nie czułam jego uścisku na moich rękach. Nie czułam niczego.
- Ufasz mi? - spytał.
Minęła chwila, zanim zebrałam się w sobie. Nabrałam powietrza w płuca.
- Ufam ci... - wyszeptałam.
I nigdy nie przestanę. 
 

  
Więc jest i ostatnia część parta o Marcesce. Jak wam się podoba? Czekam na opinie ;)
Ludzie, jestem pierwszy raz od poniedziałku na komputerze. Nie miałam w ogóle czasu, ta wymiana i to wszystko, nie wyrabiałam. Wycieczki jakieś, ogniska, i takie tam. Ale kurde, ja nie chcę żeby oni jechali. Chociaż już pojechali godzinę temu -.- Przecież oni wszyscy tacy fajnie byli, ci Niemcy, Estończycy, wszyscy! Kurde, jak im machałam to myślałam, że się rozpłaczę, serio. 
Dobra, koniec o mnie :P
Kolejny part będzie o Fedemile, już zapraszam xD Nie wiem kiedy się pojawi, mam nadzieję, że jak najszybciej. Ja teraz muszę nadrabiać na necie cały tydzień Violetty :P
Dziękuję za komentarze i wszystko, kocham was <33333 

sobota, 15 lutego 2014

ONE PART NAXI - Od dziecka byłam do Ciebie podobna cz 3


Gdzie ona jest? Gdzie się podziała? – Biegałem zdenerwowany od pokoju do pokoju. Nigdzie jednak nie mogłem znaleźć mojej dziewczyny.
Zawsze, kiedy rano się budziłem, spała obok mnie. Zawsze. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby jej nie było. A teraz tak po prostu zniknęła.
Chwyciłem mój telefon i szybko wystukałem numer Natalii. Usłyszałem sygnał, jednak nie odebrała. Spróbowałem drugi raz. Tym razem usłyszałem dzwonek jej komórki dochodzący z naszej sypialni.
Mogłem się domyślić. Ona od jakiegoś czasu w ogóle jej nie używała. Mogła leżeć rozładowana przez cały tydzień, a ona i tak się tym nie przejęła.
Nabrałem powietrza w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem. Zebrałem się w sobie. Pobiegłem do naszego pokoju, gdzie szybko ubrałem się. Później jak torpeda udałem się znów na dół. Porwałem do ręki mój telefon, klucze i kluczyki od samochodu. Wyskoczyłem przed dom.
W czasie jazdy nie myślałem o niczym innym, jak tylko o Natalii. Gdzie ona jest? Przecież nie może sama wychodzić, nie ma na to siły. Jest po prostu za słaba, ta choroba ją wykańcza.
Żeby tylko nic się jej nie stało. Żeby nic się jej nie stało. Ta myśl cały czas krążyła po mojej głowie. Nie miałem pojęcia, gdzie mogła uciec.
Skręciłem w ulicę, przy której stał dom naszych przyjaciół. Zatrzymałem samochód, wysiadłem z niego i szybkim krokiem udałem się w kierunku drzwi. Zapukałem.
- Maxi, co ty tutaj robisz? – Moim oczom ukazała się zaspana rudowłosa.
Ubrana była w szary dres, włosy miała związane w kucyka, a dłońmi pocierała ledwo otwarte oczy.
- Jest u was Naty? – spytałem.
Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona.
- U nas? Dlaczego miałaby być u nas?
- Nie wiem, nie ma jej w domu – wytłumaczyłem. – Kiedy się, obudziłem, jej już nie było… Camila, gdzie ona może być?
- Nie wiem… - W jej oczach widziałem strach. – Tutaj jej nie ma, u innych na pewno też nie, bo by zadzwonili… Chyba, że… - zastanowiła się – wiem… Wiem, gdzie może być.
- Gdzie? – dopytywałem się.
- Na cmentarzu – rzekła. – Na grobie swojej matki. Mogła tam iść.
- Masz rację. – Pokiwałem energicznie głową. – Jadę jej tam poszukać.
Odwróciłem się i już chciałem odejść, jednak Camila złapała mnie za ramię.
- Nie pojedziesz nigdzie w takim stanie – powiedziała. – Poczekaj chwilę na mnie.
- Cami, nie mam czasu… - Chciałem zaprzeczyć.
- Sekundę – uparła się. – Czekaj.
Zniknęła we wnętrzu domu, aby po pół minucie wrócić do mnie z kubkiem kawy w ręce. Postawiła go na szafce i założyła na nogi czarne adidasy. Wzięła napój z powrotem i gestem ręki kazała mi wyjść z domu. Sama zamknęła drzwi, po czym razem ruszyliśmy do mojego samochodu. Wyciągnęła rękę chcąc przejąć ode mnie kluczyki, a ja oddałem jej je bez żadnego sprzeciwu. W tym momencie nawet wolałem, by to ona kierowała. Bałem się, że mógłbym spowodować jakiś wypadek. A moja przyjaciółka jeździła bardzo dobrze i nie miałem jej nic do zarzucenia.
Poza tym, po mojej głowie krążyła tylko jedna myśl. Myśl ta błagała, by mojej partnerce nic się nie stało.
- Dzwoniłeś do niej? – Ciszę przerwał głos Cami.
Upiła łyka kawy, jedną ręką trzymając kierownicę.
- Zostawiła telefon w domu – odparłem.
- Jak zawsze – mruknęła dziewczyna. – Nie martw się, Maxi, na pewno będzie na cmentarzu.
Nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się zdenerwowany w drogę przed nami, czując na sobie ukradkowe spojrzenia mojej przyjaciółki.
Po chwili zajechaliśmy na parking znajdujący się zaraz przy cmentarzu. Czym prędzej wysiadłem z auta i popędziłem w kierunku bramy, nie czekając na Camilę próbującą za mną nadążyć.
Przekroczyłem teren cmentarza. Pobiegłem w stronę, gdzie znajdował się grób rodziców mojej Natalii. Już z daleka widziałem jej małą osóbkę pochyloną nad mogiłą swojej rodziny…

- Dziękuję panu.
Zamknęłam drzwi taksówki, która natychmiast odjechała. Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia na cmentarza. Szłam powoli, próbując utrzymać się na nogach. Czułam ten uporczywy ból głowy. Byłam cała otępiała.
Żałowałam, że nie powiedziałam nic Maxiemu Wyszłam tak bez żadnego słowa. Na pewno się teraz denerwuje. Ale gdybym go spytała, czy mogę odwiedzić mamę, nie pozwoliłby mi iść na grób samej. A nie chciałam, żeby ktokolwiek szedł ze mną. Musiałam pobyć sama ze swoimi rodzicami.
Usiadłam na drewnianej ławce przed mogiłą. Nie wzięłam żadnego znicza, żadnej świeczki czy nawet zwykłego kwiatka. Nie wzięłam nic. Miałam jednak nadzieję, że mamie i tacie wystarczy moja obecność.
- Mamo… - zaczęłam – tęskniłam. Przepraszam, że tak dawno tutaj nie byłam, ale… Po prostu nie miałam na to siły. Jestem coraz słabsza, mamo. Jest mi tak ciężko… Jednak nie chcę spędzić ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu. Chcę być wśród moich przyjaciół, chcę być przy Maxim – przerwałam. – Kocham go, mamo. Wiem, że go ranię, widzę jak cierpi… Przeze mnie. Wcale nie chcę, żeby tak było. Umiem sprawiać tylko ból. Nie zasługuję na niego.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Otarłam je wierzchem dłoni i poprawiłam włosy opadające mi na twarz.
Przez chwilę nie mówiłam nic.
- Brakuje mi ciebie – kontynuowałam. – Chciałabym, żebyś była obok. Chciałabym znów usłyszeć twój głos, poczuć twoje dłonie na moich, mamo…
Upadłam na kolana. Dotknęłam wilgotnej trawy, na której utrzymywała się jeszcze poranna rosa.
- Mamo… - Nie hamowałam już łez wypływających z moich oczu. – Co mam robić? Mamo, proszę, powiedz mi, co mam teraz robić?
Zaniosłam się głośnym szlochem. Nabierałam łapczywie powietrza. Próbowałam opanować drżenie rąk.
Nagle poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie. Przed sobą zobaczyłam mojego chłopaka.
- Twoja mama na pewno chciałaby, żebyś się leczyła – szepnął.
Spojrzałam w jego mocno błękitne oczy. W porównaniu z moimi szarymi, pozbawionymi życia tęczówek, były czymś magicznym. Zawsze je uwielbiałam. Nie było dnia, w którym nie zatonęłabym w nich, zapominając o całym świecie.
Teraz widziałam w nich wielką miłość, troskę, strach… A to wszystko znów przeze mnie.
- Skąd wiesz? – spytałam cicho.
- Domyślam się. – Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Zawsze chciała tylko twojego szczęścia. Teraz również tego chce.
Powoli zaczynałam wierzyć w jego słowa. Powtarzał mi je codziennie od kilku tygodni. Tak samo, jak reszta moich przyjaciół.
- Wiesz, Natalia? – odezwał się. – Jestem tego pewien jak niczego innego.
Pokiwałam lekko głową.
- Proszę cię, zastanów się w tym momencie – rzekł – czy rzeczywiście nie chcesz iść do szpitala. Zastanów się, czy naprawdę chcesz umrzeć.
Zamknęłam oczy. Czułam łzy wypływające spod moich powiek, nie próbowałam jednak ich powstrzymać.
Wtuliłam się nieśmiało w mojego chłopaka. Objął mnie ramieniem i przyciągnął mocniej do siebie.
- Nie chcę – wyszeptałam.
- Więc co? – spytał. – Będziesz się leczyć? Pójdziesz na chemioterapię?
Nabrałam powietrza w płuca.
- Tak… - rzekłam cicho. – Tak, Maxi. Będę się leczyć.

- No cóż, nie wiem, co mam państwu powiedzieć.
Z niecierpliwością wpatrywałam się w lekarza. Czułam rękę Maxiego – który stał za mną – na moim ramieniu. Byłam zdenerwowana.
- Po wstępnych badaniach muszę stwierdzić – ciągnął – że choroba jest już w stadium zaawansowanym.
Zdrętwiałam. Wiedziałam co to znaczy. Kiedy u mojej mamy wykryto raka w stopniu zaawansowanym, lekarze nie dawali jej już żadnej nadziei. Odeszła po dwóch miesiącach.
- Jeśli mam być szczery, to jestem zdziwiony, że w tym momencie pani w miarę samodzielnie funkcjonuje.
- Co to oznacza, panie doktorze? – Usłyszałam głos mojego chłopaka.
- Oznacza to, że jeśli chcemy zwalczyć nowotwór, już dzisiaj musimy rozpocząć leczenie. Nie mogę jednak państwu niczego obiecać. Gdyby zgłosili się do mnie państwo przynajmniej miesiąc wcześniej, byłoby o wiele prościej.
To wszystko moja wina. To przez moją głupotę. Zachowywałam się gorzej niż pięcioletnie dziecko, a teraz mam efekty swojego uporu.
- Uprzedzam, że będzie ciężko – powiedział mężczyzna. – Nie ukrywam, nawet bardzo ciężko. Nie daję państwu stuprocentowej pewności, że wyjdzie pani od nas zdrowa. Że w ogóle pani od nas wyjdzie.
Był to lekarz z gatunku tych bezuczuciowych. Potrafił przekazać te najgorsze wieści bez cienia współczucia. To właśnie było najgorsze.
- Kiedy mam stawić się na oddziale? – spytałam cicho.
- Dzisiaj – odparł. – Mamy kilka wolnych miejsc. Proszę pojechać do domu po niezbędne rzeczy i natychmiast tutaj wrócić. Poinformuję pielęgniarki, aby przygotowały dla pani łóżko.
Pokiwałam słabo głową. Chwyciłam się ręki Maxiego, który pomógł mi wstać.
- Będziemy tu najpóźniej za godzinę – rzekł. – Do widzenia.
Lekarz odpowiedział coś, a my opuściliśmy jego gabinet.
- Przyznaj, że jestem głupia – rzekłam, kiedy tylko przekroczyliśmy próg.
Mój partner spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co?
- Przyznaj, że jestem głupia – powtórzyłam. – Gdybym nie była uparta jak osioł, byłoby o wiele prościej.
Na jego twarzy malował się smutek.
- Tak, byłoby prościej.
- Więc przyznaj to – zażądałam. – Przyznaj, że jestem największą idiotką na świecie. Wiem, że tak myślisz. Doskonale to wiem. Przede mną nie musisz się ukrywać. Wiesz co? Ja…
Nie dane jednak mi było dokończyć, ponieważ mój chłopak zatkał mi usta ręką.
- Przestań – rozkazał. – Nie będę niczego przyznawać, bo jest to nieprawda. Nie jesteś głupia, nie jesteś żadną idiotką.
Chciałam zaprzeczyć, ale spod jego silnej dłoni nie mogłam wypowiedzieć ani słowa.
- Po prostu zagubiłaś się gdzieś po drodze, wiesz? – kontynuował. – Ale to wcale nie znaczy, że jesteś głupia. I nigdy nie karz mi mówić sobie czegoś takiego, bo naprawdę się zdenerwuję, tak?
Westchnęłam. Maxi spojrzał na mnie uważnie i zdjął rękę z mojej twarzy.
- Ale ja… - zaczęłam.
Podniósł palec w ostrzegawczym geście. Ponownie westchnęłam.
- No dobra – mruknęłam.
- I tak ma być. – Uśmiechnął się.
Po chwili to odwzajemniłam.
- Chodź, idziemy do domu. – Chwycił mnie za rękę.
Pociągnął mnie lekko w stronę wyjścia. Objął mnie ramieniem, a ja oparłam się o jego pierś.
Szliśmy teraz do domu, skąd mieliśmy wziąć moje rzeczy potrzebne w szpitalu. Ta myśl mnie przerażała. Spędzić kilka… może ostatnich moich miesięcy w tym miejscu… Nie chciałam, bardzo tego nie chciałam. Ale tak naprawdę… życie było dla mnie ważniejsze. Chciałam… chciałam żyć. Dla moich przyjaciół, dla Maxiego… Dla siebie.

- Jak się czujesz?
Podniósł rękę chcąc pogłaskać mnie po głowie, w porę jednak się cofnęłam.
- Nie dotykaj mnie.
Założyłam ręce na piersi i zakryłam się szczelniej kocem. Nie chciałam, żeby ktoś mnie dotykał. Chemioterapia działała swoje. Moje włosy wypadły. Wszystkie. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Czułam… wstręt i obrzydzenie do swojego ciała. Byłam odludkiem. Bałam się swojego wyglądu.
- Kochanie… - zaczął. – Mnie nie musisz się wstydzić.
Wpatrywałam się w niego uważnie. Wstał z krzesła i usiadł na brzegu łózka. Chwycił mnie za rękę.
- Kocham cię, Naty – rzekł. – I będę ci kochał zawsze. Nie brzydzę się tobą, skarbie, nawet tak nie myśl. Nadal jesteś piękna.
Poprawiłam chustkę, którą miałam na głowie.
- Nie kłam – poprosiłam.
- Nie kłamię – odparł. – Zawsze będziesz dla mnie najpiękniejszą kobietą na ziemi. Bez względu na to czy jesteś chora, czy nie.
- Maxi, spójrz tylko na mnie – powiedziałam. – Wyglądam okropnie. Nie mam włosów, nie mam brwi ani rzęs. Jak ja mogę ci się podobać?
- Natalia, nie mów tak. Pomyśl, czy mógłbym cię zostawić dlatego, że przez jakiś czas czegoś ci brakuje? Czegoś tak mało istotnego? Kocham cię nie tylko za wygląd, ale również za twój charakter. Jesteś częścią mnie.
Spojrzałam w jego błękitne oczy. Uwielbiałam w nie patrzeć. Wtedy… Jakbym widziała jego wnętrze. Ciepłe, jasne, piękne. To było coś, co mnie uspokajało.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że mam małe szanse? – spytałam cicho. – Wiesz, że mogę nie wyzdrowieć?
- Nawet tak nie mów – zastrzegł mnie. – Wyzdrowiejesz. I to już niedługo. Jesteś silna, wierzę w ciebie. Wszyscy wierzymy. A ty nie możesz nas zostawić. Kochamy cię, Naty.
- Ja też was kocham – wyszeptałam.
Mój chłopak podniósł powoli rękę i z wahaniem położył ją na mojej zimnej głowie. Zamknęłam oczy i oparłam się o jego ramię, czując na sobie jego dotyk. Oswajałam się z nim. I choć nadal po części się siebie brzydziłam to pozwoliłam Maxiemu na bliższy kontakt ze mną. Tego tak naprawdę teraz potrzebowałam.

Podniosłam ciężkie powieki. Czułam na mojej twarzy maskę tlenową. Rozejrzałam się po pokoju. Byłam w nim sama.
Wyciągnęłam prawą rękę w bok i wyszukałam nią czerwony przycisk. Nacisnęłam go. Po niecałej minucie do mojej sali weszła pielęgniarka.
- Coś się dzieje? – spytała.
Odsunęłam maskę od siebie.
- Nie – odparłam. – Tylko…
- Chciała pani zobaczyć się z narzeczonym, tak? – Uśmiechnęła się.
- Z chłopakiem – poprawiłam ją. – Tak, jest gdzieś tutaj?
- Och, przepraszam. – Kobieta lekko się speszyła. – Oczywiście, już go zawołam. Zszedł chyba na dół do bufetu…
Opuściła mój pokój ponownie zostawiając mnie samą.
Poprawiłam poduszkę, którą miałam pod głową. Położyłam się na boku, jedną ręką nadal trzymając inhalator.
Mijał kolejny tydzień mojego pobytu w szpitalu. Nie czułam, nie widziałam skutków leczenia. Lekarze tak samo. Nie mówili nic. Wiedziałam jak ciężko jest Maxiemu, ale nie chciał powiedzieć nic, co dotyczyłoby mojego stanu. Próbowałam coś z niego wyciągnąć, ale był uparty. Widocznie nie chciał mnie martwić.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł mój partner. Uśmiechnął się. Podszedł do mnie i usiadł na krześle obok łóżka.
- I jak się spało? – Usłyszałam jego głos.
- Bardzo dobrze – odpowiedziałam. – Która jest godzina?
Spojrzał na zegarek, który miał na ręce.
- Dochodzi piąta.
Zmarszczyłam czoło.
- Jesteś pewny? Spójrz jeszcze raz… Przecież jak zasypiałam, było wpół do osiemnastej…
- Tak, masz rację. – Chwycił mnie za rękę. – Spałaś resztę dnia, całą noc, no i cały dzisiejszy dzień. Nie martw się, to normalne.
Westchnęłam. Zamknęłam oczy.
- Jak się czujesz?
- W porządku. Maxi…
- Słucham cię, kochanie.
Przeniosłam na niego niepewny wzrok.
- Chcę się przespacerować po oddziale.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Chyba żartujesz – rzekł. – Nie ma takiej opcji.
- Ale Maxi…
- Nie – uciął. – I nie próbuj mnie przekonać. Jesteś za słaba.
- Nie jestem za słaba, Maxi – jęknęłam. – Proszę cię. Muszę trochę pochodzić, niedługo już nie będę mogła ruszyć się z łóżka.
- Nie, Natalia. Musisz odpoczywać. Zresztą, nawet gdybym ja się zgodził, lekarz na pewno uznałby to za jakieś wariactwo.
- Możemy się o tym przekonać.
Znów nacisnęłam czerwony guzik. Coś zapiszczało, a po chwili do mojego pokoju weszła ta sama pielęgniarka.
- O co chodzi? – spytała.
- Chciałabym rozmawiać z lekarzem – odparłam.
- Oczywiście, już go wołam.
Opuściła pomieszczenie, a mój chłopak spojrzał na mnie ze złością.
- Dlaczego to robisz?
- Ale co? – zdziwiłam się.
- Dobrze wiesz, że to jest nieodpowiednie w twoim stanie – rzekł. – Coś ci się może przecież stać.
- Ale ja się czuję dobrze – uparłam się. – Gdyby tak nie było, to nawet bym o tym nie pomyślała.
- Nadal uważam, że nie myślisz racjonalnie.
- To już nie mój problem.
Naciągnęłam chustkę na głowę. Nie chciałam patrzeć na niego. Wiedziałam, że jest teraz na mnie zły. Nie dziwiłam się. Ale ja nie mogłam leżeć tak cały dzień, bezczynnie w łóżku. Chciałam chodzić, póki jeszcze mogłam. Wiedziałam, że za kilka tygodni – a może nawet dni – nie będę miała na to siły. Byłam tego pewna.
Drzwi otworzyły się, a do środka wszedł lekarz.
- Dzień dobry, chciała pani ze mną rozmawiać.
- Tak – potwierdziłam. Spojrzałam na mojego chłopaka. – Maxi, powiedz panu o co chodzi.
Westchnął.
- Doktorze, chodzi o to, że moja dziewczyna upiera się aby pospacerować po oddziale – wyjaśnił. – Ja sądzę, że ma na to za mało siły. Jest za słaba.
Mężczyzna podszedł bliżej i spojrzał na mnie spod okularów.
- Jak się pani czuje? – spytał.
- Bardzo dobrze – odpowiedziałam. – Muszę się rozprostować. Spałam tak długo, ja już nie mogę więcej leżeć.
Zastanowił się przez chwilę.
- Tak naprawdę, nie widzę żadnych przeciwskazań – rzekł w końcu. – Poza tym, rzeczywiście przydałby się pani krótki spacer.
Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję panu.
- Służę pomocą.
Odwzajemnił uśmiech, a następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą z Maxim.
- Mówiłam.
- Nadal uważam, że to głupota – odrzekł. – Powinnaś odpoczywać.
- Lekarz powiedział, że spacer mi się przyda.
- Lekarze mówią różne rzeczy, nie zawsze prawdziwe.
Na przykład jak ta, że moja mama przeżyje wyjdzie ze szpitala zupełnie zdrowa.
- Czasami się mylą – przyznałam – ale teraz to błahostka.
- Swoje zdrowie nazywasz błahostką? – zdenerwował się. – Błahostką nazywasz raka?
- Maxi… - westchnęłam. – Proszę cię… Zrozum mnie.
- Co mam zrozumieć? Dobrze wiesz, że jesteś taka słaba, a i tak wymyślasz sobie jakieś spacery?
Spojrzałam na niego smutno. Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Może i miał rację. Ale ja na to tak nie patrzyłam. Wiedziałam swoje.
- Pomożesz mi wstać? – spytałam nieśmiało. – Pójdziesz ze mną?
Westchnął.
- Oczywiście, że tak – zgodził się. – Ale i tak nie zmienię swojego zdania.
Uśmiechnęłam się lekko. Zdjęłam z twarzy maskę, wyłączyłam ją i odłożyłam na szafkę stojącą obok łóżka.
Podparłam się na łokciach i podniosłam się do góry. Maxi pomógł mi usiąść. Postawiłam nogi na podłodze i trzymając się ręki mojego chłopaka, stanęłam powoli w pionie.
Wyszliśmy powoli z pokoju.
Na korytarzu było praktycznie pusto. Tylko kilka osób spacerowało – samemu, lub z towarzyszem. Opierając się mocno na ramieniu Maxiego ruszyliśmy w stronę wyjścia oddziału.
- Jesteś pewna, że dasz radę? – Usłyszałam pytanie mojego chłopaka.
- Jasne. – Pokiwałam głową. – Jestem silna, Maxi.
- Wierzę w ciebie. – Pocałował mnie w czoło.
Poprawiłam chustę, którą miałam na głowie. Naciągnęłam rękawy na dłonie.
- Zimno ci?
- Trochę – odpowiedziałam. – Nie przejmuj się.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Czułam jego oddech na mojej głowie.
Szliśmy powoli korytarzem, rozglądając się wokół. Byłam szczęśliwa. Szczęśliwa, że trafiłam na takiego chłopaka, jakim jest Maxi. Jest najlepszy na świecie. Kocha mnie bez względu na wszystko. I ja też go kocham.
Nagle…
Zrobiło mi się duszno. Zakręciło mi się w głowie. Poczułam okropny ból na całym ciele. Zaczęłam się dusić, a po chwili wstrząsnął mną dreszcz. Chwyciłam się rozpaczliwie ręki mojego chłopaka. Straciłam władzę w nogach i osunęłam się na ziemię. Po chwili przestałam słyszeć głosy wokół mnie. Ból głowy nasilił się, a ja już nie wytrzymałam. Zemdlałam…

Leżała bezwładnie na białym łóżku. Podłączona była do tysiąca urządzeń. Widziałem miliony kabli. Widziałem również plastikową rurkę, która wychodziła z jej ust. Nie potrafiła sama oddychać. Musiała robić to za nią ta wielka maszyna stojąca obok łóżka.
Oczy miała zamknięte, a ręce – do których podłączona była masa kroplówek – ułożone miała wzdłuż ciała. Na głowie nie miała już tej czarnej chustki, z którą ostatnio się nie rozstawała.
Wyglądała tak niewinnie… Była taka słaba…
Czułem, że obraz mojej dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku w takim stanie i walczącej o życie, na zawsze już utkwi w mojej pamięci.
Poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu.
- Stary, wyjdź na korytarz. – Usłyszałem głos Marco. – Ona jest w dobrych rękach, a ty nie możesz cały czas tutaj siedzieć.
- Muszę przy niej być – odparłem cicho.
- Maxi, to oddział intensywnej terapii, ona musi mieć spokój, żeby walczyć.
- Tak sądzisz? – spojrzałem na niego.
- Właśnie tak – powtórzył. – Musisz dać jej odpocząć w samotności.
Pokiwałem powoli głową wiedząc, że ma rację.
Pochyliłem się i ucałowałem zimną rękę Natalii, zaraz obok igły, którą podłączona była z kroplówką.
Wstałem z krzesła i razem z moim przyjacielem wyszedłem z pomieszczenia.
- To wszystko moja wina – rzekłem załamany. – Gdybym wtedy był bardziej stanowczy i nie pozwolił jej wyjść z łóżka…
- Przestań się obwiniać – przerwał mi. – Ty niczym nie zawiniłeś, ona też nie. I lekarze również. Skoro dobrze się czuła, doktor to widział, to nie jest to niczyja wina. To się stało nagle, nikt nie mógł tego przewidzieć.
- Mogłem to przewidzieć – uparłem się. – Znam ją. To moja wina…
- Przestań, do cholery – warknął. – Jak ci mówię, że nie twoja wina, to nie twoja, rozumiesz to?
- Nie wiesz co czuję – ciągnąłem. – Francesca jest zdrowa, nie wiesz co to znaczy tak się o kogoś martwić.
- Słuchaj mnie – powiedział – Francesca jest zdrowa i bardzo się z tego cieszę. A Natalii nikt nie życzył tego wszystkiego. Wszyscy jest kochamy, i każdemu z nas jest ciężko.
- Na pewno nie tak bardzo jak mi – mruknąłem.
- Na pewno nie – potwierdził. – Żaden z nas – ani ja, ani Leon, Marco, Broduey czy Federico – nie wie jakby się zachował, gdyby to jego dziewczynie się coś stało. Gdyby zachorowała Camila, Violka lub ktoś inny. Bo nikt się tego po prostu nie spodziewa. Ty też się nie spodziewałeś.
Odburknąłem coś, nie patrząc na niego. Miał rację. Znów miał tą cholerną rację. I musiałem to przyznać. Nie miałem innego wyboru.

Już czwarty tydzień leżała na OIOMie. Nie miała siły się poruszyć. Oddychała już samodzielnie, jednak nadal z wielkim trudem. Widziałem ból w jej pozbawionych życia oczach. Chciałem wziąć całe jej cierpienie na siebie, byleby tylko ona była szczęśliwa.
Wypowiedzenie choćby jednego, krótkiego słowa było dla niej ogromnym wysiłkiem. Ale najtrudniejsze były noce. To wtedy miała ataki niepohamowanego bólu. Ja wtedy mogłem stać za szybą przez którą widać było jej pokój i modlić się o to, by lekarze szybko wszystko opanowali.
Nie mogłem znieść myśli, że Natalia mogłaby nie przeżyć. To byłoby dla mnie za dużo. Ona wygra. Wygra i będzie zdrowa. Nasze życie wyglądać będzie tak, jak przed całą serią tych przykrych wydarzeń.
- Pan Ponte? – Podeszła do mnie jedna z pielęgniarek. – Panie Ponte, doktor chciałby z panem porozmawiać.
- Oczywiście, już idę.
Wyszedłem z sali rzucając ostatnie spojrzenie na – w tym momencie śpiącą – Naty.
Ruszyłem korytarzem w stronę gabinetu lekarza prowadzącego mojej dziewczyny. Zapukałem do drzwi, a kiedy usłyszałem pozwolenie, wszedłem do środka.
- Proszę usiąść. – Mężczyzna wskazał krzesło.
Zrobiłem to. Usadowiłem się na plastikowym meblu i wbiłem spojrzenie w doktora. Po co mnie tu zawołał? Chciał powiedzieć mi coś ważnego?
- Chciał pan ze mną rozmawiać – odezwałem się.
- W rzeczy samej. – Skinął głową. – Muszę oznajmić panu bardzo trudną, bolesną… aczkolwiek istotną rzecz.
- O co chodzi?
Lekarz westchnął.
- Chciałem powiedzieć to panu pierwszemu, ponieważ pani Navarro jest jeszcze za słaba. Nie wiem, jak by to zniosła.
Pokiwałem niepewnie głową. O co mu do cholery jasnej chodziło?
- Sprawa jest taka… - zatrzymał się. – Chemioterapia trwa już ponad miesiąc. Na początku mieliśmy nadzieję, że ona pomoże. Jednak jak sam pan wie, nie widać żadnych efektów. Długi czas myśleliśmy, że pani Navarro po prostu potrzebuje więcej czasu na dojście do siebie. Myliliśmy się.
- Co ma pan na myśli? – spytałem cicho.
- Rokowania nie są dobre – ciągnął. – Leczenie nie przynosi żadnych rezultatów. Niestety, muszę to powiedzieć… Pani Navarro został maksymalnie tydzień życia.
Runęło. Wszystko. Całe szczęście, które budowaliśmy przez ostatnie lata. Jej walka nie zdała się na nic. A moje życie legło w gruzach…

- Maxi… - Do moich uszu dobiegł słaby głos.
- Śpij, kochanie. – Uśmiechnąłem się lekko chcąc dodać jej otuchy. – Nie bój się.
- Maxi, powiedz mi… - szepnęła. – Powiedz mi prawdę, proszę cię…
- Jaką prawdę, Naty, o czym mówisz?
Otworzyła swoje piękne, ciemne oczy. Nie widziałem już jednak w nich tego błysku, który zawsze tam był. Teraz były to oczy smutnego, cierpiącego człowieka.
- Okłamujesz mnie – rzekła. – Wiem to.
- Nieprawda, Nata – zaprzeczyłem. – Mówię ci wszystko.
Poruszyła lekko ręką dając mi tym samym znak, abym ją chwycił. Zbliżyłem swoją do jej zimnej dłoni i ująłem ją delikatnie.
- Słyszałam, jak rozmawiałeś dzisiaj z Brodueyem.
Zdrętwiałem. Rzeczywiście, wcześniej był tutaj mój przyjaciel. Rozmawialiśmy o mojej ukochanej. Ale ja miałem pewność, że śpi. Nie mogło być inaczej.
- Co dokładnie słyszałaś? – Przełknąłem ślinę.
Przymknęła powieki. Słyszałem jej miarowy oddech. Bałem się.
- Ja umieram, prawda? – spytała.
Spojrzałem na nią z bólem. Co miałem jej powiedzieć? Prawdę?
- Nie oszukuj mnie, Maxi – poprosiła. – Chcę wiedzieć. Ile mi zostało?
Nabrałem powietrza w płuca, aby po chwili wypuścić je z głośnym świstem. Podrapałem się po głowie, chcąc opanować drżenie rąk. Nie potrafiłem powiedzieć jej, że to jej ostatnie dni.
- Niecały tydzień… - wykrztusiłem w końcu.

Gdybym nie była taka głupia. Gdybym zgodziła się na to cholerne leczenie i od razu po wykryciu choroby poszła do szpitala. Gdybym to zrobiła, wszystko byłoby zupełnie inaczej. Ale teraz nie było już odwrotu.
- Naty… - znikąd usłyszałam głos. – Naty, już pora.
Zamknęłam oczy. Czy to była moja mama?
- Córeczko, pożegnaj się z przyjaciółmi.
- Maxi, słyszysz to?
Mój chłopak spojrzał na mnie przestraszony.
- Co się dzieje, Natalia?
Nie odpowiedziałam. Ścisnęłam mocniej jego rękę, za którą mnie trzymał.
Wstał. Wybiegł z pokoju zostawiając mnie samą.
- Za chwilę, córciu, będziesz razem ze mną.
Wtedy zrozumiałam.
Umierałam.
Zaczęłam szybciej oddychać. Powoli traciłam świadomość.
Usłyszałam poruszenie wokół mnie. Słyszałam krzyki, płacz. Poczułam jak ktoś uciska moją klatkę piersiową. Ból rozchodził się po całym moim ciele. Wiedziałam, że to koniec…

Po pomieszczeniu rozległ się głośny pisk aparatury. Na ekranie monitora pojawiła się długa, pozioma kreska.
Lekarze zatrzymali się. Każdy spojrzał na siebie z tym wyrazem twarzy, którego nienawidziłem. Bezradność, smutek, ból i cierpienie.
- Czas zgonu, osiemnasta czterdzieści pięć.
Stojąca obok mnie Francesca wybuchła głośnym płaczem. Za chwilę w jej ślad poszła reszta dziewczyn. Kątem oka widziałem jak moi przyjaciele wyprowadzają je z pokoju.
Oparłem się o ścianę. Nie wiedziałem, co mam robić.
Wszystko stracone.
Na chwiejnych nogach podszedłem do łóżka. Upadłem na kolana zaraz obok mojej ukochanej.
Niespodziewanie z moich oczu popłynęły łzy. Nie wstydziłem się ich. Tylko tak mogłem oddać szacunek Natalii…
- Jestem więźniem twojego serca, kochanie… - wyszeptałem. – Nie oddawaj mi kluczy. Chcę nim zostać na zawsze…

Zabijcie mnie. Zabijcie mnie tak jak ja zabiłam Naty :P Nie chciałam jej w sumie zabijać, a kiedy spytałam o zdanie moją Weroooo to odpowiedziała mi tak: "No to napisz, że ona umarła i powiedz, że nie zawsze w życiu wszystko układa się tak jak chcemy". No to tak napisałam xD Jak coś to pretensje do niej! :P
No dobra. Takie jakieś dziwne jest to wszystko xD Te wątki takie krótkie, i w ogóle, ale no :P
Jeśli nie skomentowałam jakiegoś waszego posta, to przepraszam, ale naprawdę mam mało czasu. Jest szkoła, zajęcia dodatkowe, no i lekcje, czasami nie mam nawet czasu usiąść przed komputerem i zobaczyć co tam się na Facebooku dzieje, a co dopiero wejść na bloggera. Staram się pisać cokolwiek w wolnym czasie, ale na to czasami też nie mam wolnej chwili. Więc jeśli teraz Party będą pojawiały się rzadziej, to bardzo przepraszam, mam nadzieję, że nie odejdziecie <3333
Kolejny rozdział na moim drugim blogu pojawi się prawdopodobnie w poniedziałek, serdecznie na niego zapraszam, cieszy mnie każdy komentarz i każde wyświetlenie <33333
Wieem, krzywy nagłówek, ale to przecież ja robiłam, więc musi być krzywy. Zmieniłam wygląd, na początku było tutaj tak różowo, ale doszłam do wniosku, że jakoś nie mam ochoty rzygać tęczą i zmieniłam na taki kolor xD
Jak tam po walentynkach? xD  Gdyby nie to, że w szkole dyskotekę wczoraj miałam, to siedziałabym sama w domu z paczką czipsów przy laptopie xD Pozdrowienia dla wszystkich singli :D

Dziękuję, że jesteście, że czytacie, że komentujecie <33333
Kocham was <33333333