"A gdy zabłyśnie gwiazda
W błękitnej dalekości.
Będziemy z sobą dzielić
Opłatek – chleb Miłości.
A łamiąc okruch biały,
Wśród nocy świętej ciszy,
Niechaj się serca nasze
Jak dzwony rozkołyszą.
Oto już cud się spełnia,
Już biją w niebo dzwony.
O witajże nam, Jezu,
W Betlejem narodzony.
Rozwarły się niebiosa,
Już kolęd płyną dźwięki:
O witajże nam, witaj,
Jezuniu malusieńki.
Ty, któryś jest Miłością
i Sercem tego świata,
Zagarnij serca nasze
I w Imię Swoje zbrataj.
Niechaj zamilkną swary,
Zawiści, ludzkie złości.
Noc święta, wigilijna...
Dzielmy – chleb miłości."
W błękitnej dalekości.
Będziemy z sobą dzielić
Opłatek – chleb Miłości.
A łamiąc okruch biały,
Wśród nocy świętej ciszy,
Niechaj się serca nasze
Jak dzwony rozkołyszą.
Oto już cud się spełnia,
Już biją w niebo dzwony.
O witajże nam, Jezu,
W Betlejem narodzony.
Rozwarły się niebiosa,
Już kolęd płyną dźwięki:
O witajże nam, witaj,
Jezuniu malusieńki.
Ty, któryś jest Miłością
i Sercem tego świata,
Zagarnij serca nasze
I w Imię Swoje zbrataj.
Niechaj zamilkną swary,
Zawiści, ludzkie złości.
Noc święta, wigilijna...
Dzielmy – chleb miłości."
- Nie wracaj, póki
nie sprzedasz wszystkiego. – Mężczyzna wypchnął dziewczynkę za
próg. – Nie waż się przychodzić tutaj z pustymi rękami. –
Zamknął jej drzwi przed nosem.
Stała tam przez
chwilę, ze spuszczoną głową. Na ramieniu zawieszony miała duży
karton pełen malutkich opakowań zapałek.
Ruszyła przed
siebie. Jej połatane – w niektórych miejscach nawet dziurawe –
łachmany nie dawały ani trochę ciepła. Pocierając ręką o rękę
parła przed siebie, trzęsąc się z zimna. Za duże trzewiki
spadały z jej drobnych, gołych stóp. Dotykała nimi mroźnego
śniegu, przez co z każdą chwilą stawały się one coraz to
bardziej sine.
Uparcie hamowała
łzy zbierające się w jej oczach. Widziała czubek swojego
zaczerwienionego nosa, czuła niewyobrażalne zimno na swoich
policzkach. Ile dałaby w tym momencie za choć trochę ciepła…
Ale nie mogła.
Jej rodzina była
uboga. Miała jedynie matkę i ojca. Dzisiaj – zresztą, jak
każdego dnia – jej zadaniem było sprzedanie jak największej
ilości zapałek. Miała zarobić na jedzenie.
Na mieście
znajdowało się wiele ludzi. Większość z nich czyniła ostatnie
przygotowania do Wieczerzy Wigilijnej, od której dzieliło ich tylko
kilka godzin.
Szła po chodniku, z
ciekawością zaglądając przez okna do mieszkań. Widziała piękne
choinki, a pod nimi prezenty. Widziała dzieci bawiące się z
rodzicami przy kominku, dziadków, czytających im bajki. Ona nigdy
nie zaznała takiego życia. Jej rodziców nigdy nie było stać na
takie przywileje. Czasami nawet brakowało na chleb, a co tu dopiero
mówić o porządnej kolacji…
- Przepraszam –
odezwała się nieśmiało do kobiety przechodzącej obok niej. –
Czy chciałaby Pani kupić pudełko zapałek?
Ta spojrzała ze
złością na dziewczynkę.
- Nie mam czasu,
dziecko – odparła. – Śpieszę się.
Po tych słowach
odwróciła się do niej plecami i odeszła z dumnie uniesioną
głową.
Zasmucona
szesnastolatka ruszyła przed siebie. Mimo wszystko, miała nadzieję.
W końcu była Wigilia… Dzień pojednania.
Szła tak bez celu
przed siebie, próbując lekceważyć ten siarczysty mróz opływający
jej drobne ciało. W tym momencie marzyła tylko o ciepłym łóżku,
gorącej herbacie… Ale czy można marzyć o czymś, czego nigdy się
nie doznało? Natalia była właśnie w takiej sytuacji.
W oddali widziała
dzieci bawiące się w śniegu. Były szczęśliwe tak, jak ona nigdy
nie była. Chciałaby poczuć szczęście.
Poruszyła
skostniałymi palcami pokonując zimno. Starała się zakryć ręce
tym co miała na sobie. Niestety, bez skutku.
Podniosła głowę.
Dostrzegła kogoś idącego na wprost niej. Był to średniego
wzrostu chłopak, z kapturem na głowie.
Nigdy nie zaczepiała
ludzi wyglądających na niebezpiecznych. Ale tym razem nie miała
wyboru – myślała, że już nikogo dzisiaj nie spotka.
Zaryzykowała.
- Przepraszam –
zaczęła. – Nie chciałbyś kupić ode mnie zapałek?
Chłopak zatrzymał
się i skierował wzrok na nią, a później przeniósł go na
karton, który miała na ramieniu.
- Nie masz
pieniędzy? – spytał, nie zważając na jej słowa.
Dziewczyna pokręciła
przecząco głową. On przeleciał wzrokiem po jej ciele odzianym w
dziurawe łachmany.
- Zimno ci? –
odezwał się znów. Ona nie odpowiedziała. – Chodź ze mną do
domu, ogrzejesz się – zaproponował bez wahania.
Natychmiast
zaprzeczyła ruchem głowy. Nie mogłaby. Gdyby jej ojciec się o tym
dowiedział, skatowałby ją na śmierć. Znała go, był do tego
zdolny. Poza tym, ona sama nie miała śmiałości iść do obcych
ludzi.
- Nie, ja… -
zająknęła się. – Ja… Nie mogę… Przepraszam…
Zrobiła krok w tył
i odwróciła się z zamiarem odejścia. Zatrzymał ją jednak głos
chłopaka.
- Zaczekaj! – Z
wahaniem zwróciła głowę w jego stronę. Podszedł do niej i
wyciągnął coś z kieszeni. – Proszę. Nie mam przy sobie więcej.
– Podał jej pieniądze.
Dziewczyna spojrzała
na nie, a później podsunęła w stronę swojego towarzysza pudełko
z zapałkami.
- Zostaw je dla
siebie – powiedział. – Ja ich nie potrzebuję.
Nieśmiało
wyciągnęła rękę po drobne, które trzymał w ręce. Przejęła
je od niego i uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Dziękuję –
rzekła cicho. – Naprawdę dziękuję. Ktoś ci to wynagrodzi…
Chłopak odwzajemnił
uśmiech.
Natalia odwróciła
się i odeszła wolnym krokiem, potykając się w za dużych
trzewikach i odmrażając sobie stopy, które dotykały lodowatego
śniegu.
Na ulicach było
pusto. Wszyscy świętowali Wigilię Bożego Narodzenia, siedząc w
domach, przy stołach, przy kominach. Wszyscy byli szczęśliwi.
Tylko jedna
dziewczynka chodziła po oświetlonym słabymi latarniami mieście.
Trzęsąc się z zimna, ocierając ręką o rękę, aby rozgrzać się
choć trochę. Nie dawało to wiele. Wciąż czuła to okropne zimno
przeszywające jej drobne ciało na wskroś, i nic nie mogła na to
zaradzić.
Chodziła po ulicach
już dobre trzy godziny. Miała nadzieję, że jednak sprzeda choć
jedno pudełko, że ktoś jej pomoże…
Była wdzięczna
temu, który dał jej pieniądze. Dzięki niemu jej rodzina będzie
mogła zjeść jutro śniadanie. To prawda – będzie się ono
składać jedynie z chleba. Ale nawet chlebem można się najeść.
To w końcu najlepszy dar od Boga.
Nie wiedziała już,
co ma robić. Jej głowę zaprzątała jedna myśl. Sprzedać
zapałki. Sama jednak wiedziała, że ludzie nie będą chcieli
ich kupić. A sami od siebie nie pomogą. Ludzie tacy nie są.
Zrezygnowana
postanowiła sama zawalczyć o to, co jest jej potrzebne. Ruszyła w
stronę jednej z dzielnic domów jednorodzinnych, na które zawsze
tak lubiła patrzeć. Często przechodziła obok nich i wyobrażała
sobie, że to właśnie ona je zamieszkuje, że jest szczęśliwa.
Zapukała do kilku
domów. W każdym zamknięto jej drzwi przed nosem. Nikt nie chciał
nawet widzieć na swojej posesji biednej dziewczynki w dziurawych
łachmanach przepuszczających tyle zimna. Oni nie wiedzieli, jak
bardzo Natalia cierpiała. Nie wiedzieli, że ledwo znajdowała w
sobie siłę, aby iść dalej przed siebie, aby nie upaść na
lodowaty śnieg, i nie umrzeć z przemarznięcia…
Doszła do
ostatniego domu, na tej ulicy. W tym dużym, dwupiętrowym budynku
mieszkała cała jej nadzieja.
Wolnym krokiem
weszła na teren podwórka. Przez tą przerażającą ciemność nie
mogła praktycznie nic dostrzec. Jedyne światło padało ze stojącej
na ulicy latarni.
Z wahaniem weszła
po schodach. Zapukała do drzwi.
Nie czekała długo,
bo po chwili one otworzyły się, i stanęła w nich mała
dziewczynka.
- Czego pani szuka?
– spytała ze swoją dziecięcą ufnością.
- Mogłabym
porozmawiać z kimś dorosłym? – Natalia odpowiedziała pytaniem
na pytanie.
Takie małe dziecko
nie powinno mieć do czynienia ze sprawami przeznaczonymi dla
starszych. Ta dziewczynka jeszcze nie wiedziała, co tak naprawdę
znaczy zobaczyć przed progiem swojego domu młodą żebraczkę.
- Miranda, tyle razy
mówiłem ci, żebyś nie otwierała sama drzwi! – Usłyszała
czyjś głos.
Zamarła, kiedy
rozpoznała w nim głos chłopaka, którego wcześniej spotkała na
ulicy, i który podarował jej kilka drobnych.
- Ja już pójdę…
- zwróciła się do dziewczynki.
Odwróciła się,
chcąc zejść, po schodach, lecz ktoś złapał ją za ramię.
- To ty? – Mimo
woli spojrzała na tego, który ją trzymał.
- Ja już idę… -
wydukała zawstydzona.
Co on sobie mógł o
niej pomyśleć? Nie dość, że zaczepiła go na ulicy, to jeszcze
przychodzi do jego domu? Ale nie wiedziała, że on tutaj mieszka.
Gdyby ktoś jej o tym powiedział, na pewno by jej tutaj nie było.
- Gdzie chcesz iść?
– spytał. – Wejdź do środka, będzie ci cieplej.
- Nie –
zaprzeczyła. – Nie mogę…
- Cały ten czas
jesteś na dworze? – Nie czekał na jej odpowiedź. – To aż trzy
godziny, tam jest okropnie zimno, pada śnieg, a ty jesteś
praktycznie nieubrana. Chodź, nalegam.
- Ja muszę już
iść. – Próbowała się wyrwać. – Muszę jeszcze coś zarobić…
Zrozum, moja rodzina nie ma co jeść.
- O tej porze nic
nie dostaniesz – uświadomił jej. – Jest Wigilia, ludzie są w
domach, na ulicy nie ma żywej duszy. Dziewczyno, zamarzniesz, jeśli
będziesz tam choć trochę dłużej.
- Nie zamarznę,
proszę cię, puść mnie – rzekła cicho, chcąc stąd jak
najszybciej odejść. – Naprawdę muszę iść.
Chłopak westchnął.
- Idź do domu,
jeśli nie chcesz wejść do mnie – powiedział. – Jest naprawdę
zimno.
Nastolatka pokiwała
potakująco głową. Jednak tak naprawdę wcale nie miała zamiaru
wracać do domu. Nie mogła przekroczyć jego progu z praktycznie
pustymi rękami.
Puścił jej ramię.
Ona odwróciła się z zamiarem opuszczenia posesji.
- Powiesz mi
przynajmniej jak masz na imię? – Do jej uszu dotarło pytanie.
Z wahaniem zwróciła
głowę w jego stronę.
- Natalia –
odparła niepewnie.
- Ja jestem Maxi. –
Uśmiechnął się lekko. – Gdyby coś, to już wiesz gdzie mnie
szukać.
Skinęła głową i
odeszła. Wyszła przez bramkę na ulicę.
Maximiliano stał w
progu drzwi jeszcze jakiś czas. Jego wzrok wędrował za bezbronną
brunetką o kręconych włosach, idącą odważnie przed siebie
pomimo niesamowitego mrozu. On by tak nie potrafił.
On nie potrafiłby
niczego, co umiała ona.
Nie umiałby
wytrzymać kilku dni bez jedzenia. On zawsze miał trzy posiłki
dziennie. Zawsze był najedzony, nigdy nie narzekał.
Nie umiałby spędzić
nocy na twardej leżance, słysząc szum wiatru wdzierającego się
do domu przez dziurawy dach. Zawsze spał w wielkim, ciepłym łóżku,
w zupełnej ciszy i spokoju.
Nie potrafiłby
chodzić po ulicy z pudełkiem pełnym zapałek i błagać o to, by
ktoś kupił chociaż jedno opakowanie.
Nie potrafiłby
przetrwać takiego mrozu jak Natalia.
W porównaniu do
niej był słabeuszem, który dostawał w życiu wszystko co chciał.
Jednak nigdy nie chciał wiele. Choć jego rodzice byli właścicielami
dobrze prosperującej firmy, to nigdy nie chciał prosić ich o
niestworzone rzeczy. Był dobrym chłopakiem i chciał tylko tego,
aby inni mieli choć w połowie tak dobrze jak on.
Natalia oparła się
plecami o zimną ścianę jednej z kamienic i osunęła się na
ziemię. Kiedy usiadła na śniegu, poczuła jeszcze większy chłód,
jednak już nie zwracała na niego uwagi.
Zdjęła trzewiki z
nóg, aby zobaczyć w jakim stanie są jej stopy. Założyła je
jednak z powrotem, kiedy dostrzegła, że są one całe sine,
zmarznięte…
Drobne ciało
szesnastolatki trzęsło się z zimna. Z każdą minutą była coraz
słabsza.
Skostniałą ręką
sięgnęła do kartonu i wyjęła z niego pudełeczko. Z jego środka
wydobyła jedną z zapałek. Z wahaniem odpaliła ją. Pojawił się
ogień…
Widziała
choinkę, a pod nią kilka, a może kilkanaście prezentów.
Wszystkie starannie zapakowane, jakby tylko czekały na to, aż ktoś
je otworzy. W pobliżu nie było nikogo.
Rozejrzała się
wokół. Znajdowała się w przestronnym pokoju, urządzonym w starym
stylu. Na ścianach wisiały drogocenne obrazy przedstawiające znane
osobistości. Natalia, jako niewykształcona dziewczyna, nie
wiedziała jednak, kim owe postaci są. Jednak teraz nie to
zaprzątało jej umysł.
Na chwiejnych
krokach podeszła do zielonego drzewka i kucnęła przy nim. Już,
już wyciągała rękę po pudełko w czerwonym opakowaniu…
Zapałka zgasła.
Spadła na śnieg,
znikając w jego wnętrzu. Zdumiona nastolatka nie wierzyła w to, co
przed chwilą się stało. Miała nadzieję, że nie było to tylko
jej wyobrażeniem.
Zapaliła drugą
zapałkę.
Przed nią
pojawił się bogato zastawiony stół. Stały na nim takie potrawy,
których Naty nie widziała w życiu na oczy. O niektórych słyszała
– o innych nie miała bladego pojęcia.
Stanęła w
miejscu wpatrując się w ten wspaniały widok. Ktoś powiedziałby,
że to głupie – to dla niego codzienność.
Ale nie dla Naty.
Dla niej to było jak spełnienie jej marzeń. Nawet to, że może
oglądać takie niesamowite rzeczy były dla niej cudownym
przeżyciem, oderwaniem od tej szarej rzeczywistości, w której
uczestniczyła każdego dnia.
Powoli zbliżyła
się do stołu. Odsunęła krzesło. Niepewnie usiadła na nim.
Sięgnęła ręką po sztućce…
Płomień zgasł,
odcinając tym samym jedyne źródło ciepła. Minimalnie rozgrzane
dłonie Natalii sięgnęły po trzecią zapałkę. Przysięgła
sobie, że to już ostatnia…
Odpaliła ją.
Nic.
Jednak płomień się
pojawił. Dziewczynka rozglądnęła się wokół siebie. Nic się
nie zmieniło. Ulice nadal puste, wiatr nadal tak porywisty, a mróz
nadal siarczysty.
- Natalko –
usłyszała czyjś głos.
Rozejrzała się
wokół, chcąc zlokalizować źródło jego dochodzenia.
Przestraszyła się.
- Tutaj jestem,
Natalko.
Odwróciła się
w prawo. Wytężyła swój uważny wzrok. Zdołała zauważyć przed
sobą postać unoszącą się w powietrzu. Przerażona przesunęła
się do tyłu, przez co śnieg okrył jej zaczerwienione z zimna
nogi.
- Nie pamiętasz
mnie, wnusiu? – spytała kobieta.
Nata zastanowiła
się.
Zjawa miała
długie, siwe włosy, błękitne oczy i lekki uśmiech na twarzy.
Ubrana była w długą, brązową sukienkę.
- Babcia… -
wyszeptała niepewnie dziewczynka.
- Tak, wnusiu.
Twoja babcia – potwierdziła kobieta.
- Babciu,
przecież ty… - zająknęła się szesnastolatka. – Przecież…
- Posłuchaj mnie
wnusiu – przerwała jej. – Posłuchaj mnie uważnie. Proszę cię,
wróć do domu. Zamarzniesz tutaj, dziecinko.
- Nie mogę
wrócić – zaprzeczyła Naty. – Nie mogę wrócić z pustymi
rękami.
- Więc co chcesz
zrobić?
- Nie… -
zatrzymała się. – Babciu, zabierz mnie ze sobą. Zabierz mnie
tam, do góry.
- Natalko, to
jeszcze nie twoja pora – kobieta zaprotestowała. – Jesteś
jeszcze zbyt młoda.
- Ale babciu, ja
nie mam po co żyć. – Zerwała się na nogi. Nie zważała już na
zimno. – Nie mam dla kogo.
Staruszka
uśmiechnęła się podejrzliwie.
- A jesteś
pewna? – spytała.
Natalia zdziwiła
się. O czym mówiła jej babcia.
Zamknęła oczy.
Otworzyła je dopiero po kilkunastu sekundach. Jednak już nikogo nie
zauważyła.
- Babciu… -
rzekła cicho. – Babciu! – Podniosła głos. – Gdzie jesteś,
babciu? Nie zostawiaj mnie! Proszę cię, zabierz mnie ze sobą! Nie
chcę żyć babciu! Wróć do mnie! Proszę…
Po jej
zmarzniętych policzkach popłynęły łzy.
Upadła na śnieg.
Jej dziurawe łachmany już nic nie dawało. Za duże trzewiki spadły
z drobnych stóp, z głowy zsunęła się porwana chusta, która
przykrywała jej brudne, nieświeże włosy.
Nie mogła już
poruszyć żadną częścią ciała. Wszystko zesztywniało z tego
potwornego zimna. Natalia myślała, że to już koniec… Myślała,
że jej babcia rozmyśliła się, i jednak po nią wróciła…
Poczuła, jak ktoś
przykrywa czymś jej nogi i unosi jej ciężką głowę do góry.
Podniosła powieki. Zobaczyła nad sobą twarz Tego chłopaka..
- Pamiętasz, co
powiedziałaś mi przy naszym pierwszym spotkaniu? – spytał na
wstępie.
Dziewczyna pokręciła
przecząco głową. Nie była nawet zdziwiona tak nagłym pojawieniem
się tutaj Maxiego.
- Powiedziałaś, że
ktoś mi to wynagrodzi – rzekł. – Już dostałem nagrodę. Bóg
zesłał dla mnie na Ziemię wyjątkowego Anioła. Najcudowniejszego.
Od razu zrozumiała,
że mówi o niej. Patrzył przecież w jej oczy z taką troską…
Wziął ją na ręce
i stanął na nogi.
- A ten Anioł już
nigdy ode mnie nie odleci – dokończył. – Nie pozwolę na to.
Dam mu wszystko co najlepsze.
Odeszli.
Dziewczynka rzuciła
ostatnie spojrzenie na zapałki rozrzucone po śniegu.
W dali dostrzegła
kogoś machającego do niej. Swoją babcię.
Ta pomachała jej
swoją bladą ręką, a później odfrunęła do góry. W tym
momencie na ciemnoniebieskim niebie zabłysła pierwsza gwiazda…
Hej
:)
Dodaję
dzisiaj Świątecznego OP o Naxi :)
Tak
szczerze? Jestem z niego zadowolona. Jak nigdy. Chciałam tak
nawiązać do baśni "Dziewczynka z zapałkami" - co widać
po tytule - która była moją ulubioną w dzieciństwie. Zresztą
nadal uwielbiam ją czytać :)
Dobra,
słuchajcie...
W
Wigilię jechałam do brata. Zajeżdżamy pod jego dom, ja sobie
wysiadam, z laptopem pod pachą... A tutaj jego syn do mnie: 'A po co
ci laptop, jak tutaj nie ma Internetu?' a ja 'No co ty gadasz, jak
nie ma?' a on 'No nie ma". No myślałam, że nie wytrzymam.
I
tak przez całe święta gadałam do wszystkich: 'Dajcie mi WIFI!'.
Ale mi nie dali. Dopiero przed chwilą przyjechałam do siostry i w
końcu mam neta :) Radujcie się niebiosa!
Przepraszam
was, że nie dodałam go we wtorek, ale sami rozumiecie :( Dodaję za
to dzisiaj, mam więc nadzieję, że mi wybaczycie :)
Lecę
nadrobić kilka blogów, na których pojawiły się nowe rozdziały i
OP xD
Chciałam
wam jeszcze złożyć spóźnione życzenia.
W
Święta Bożego Narodzenia życzę wam wszystkiego co najlepsze.
Życzę szczęścia, pomyślności. Życzę, by wszystko układało
się po waszej myśli, by nic, ani nikt nie był przeciwko was.
Wszystkim
blogerkom życzę sukcesów w dalszym pisaniu, w prowadzeniu bloga.
Życzę weny, pomysłów i inspiracji na dalsze rozdziały czy One
Party.
Życzenia
takie krótkie, ale nie mam weny xD
Pod
spodem możecie znaleźć pierwszą część OP o Marcesce. Jestem
zaskoczona tyloma pozytywnymi komentarzami, na które muszę zresztą
zaraz odpowiedzieć xD I dziękuję za kolejnych obserwatorów <3333
Kolejna
część w niedzielę xD
Kocham
was wszystkich <3333 Dziękuję za wszystko i całuję gorąco
:*******
