Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2014

ONE PART FEDEMIŁA - Zaakceptuj ją cz 4



Poczułem wibracje telefonu w kieszeni. Wyciągnąłem go i spojrzałem na wyświetlacz.

Od: 0054 5832 275196
20/06/2014 00:12
Miałam napisać, więc piszę ;) Przepraszam za porę.

Uśmiechnąłem się. Czyli jednak dobrze zrobiłem, zostawiając jej swój numer.
Te prawie pięć godzin były chyba najlepszym okresem czasu od paru tygodni. Poznałem Ludmiłę dokładniej. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego ona wciąż przepraszała mnie za tą wylaną kawę. Przecież nic się nie stało. Cóż, to świadczyło tylko o jej dobrym wychowaniu.

Do: 0054 5832 275196
20/06/2014 00:14
Nie spodziewałem się, że napiszesz tak szybko :) A jeśli chodzi o porę, to nic się nie stało. Chodzę spać o wiele później :) Ale czy ty nie powinnaś już leżeć w łóżku?

Zaśmiałem się. Troszczyłem się o obcą kobietę. Czy to nie trochę dziwne? Ale ja cały byłem dziwny. Tak mi mówili. Nie wiem czy było to prawdą, ale ja się czułem z tym dobrze.
Zapisałem numer Ludmiły w książce telefonicznej, jednocześnie ściszając dudniący telewizor.

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:17
Nie lubię chodzić spać tak wcześnie. Poza tym, po powrocie do domu miałam jeszcze parę rzeczy do roboty ;)

Ten emotikon puszczający oczko był widocznie jej znakiem rozpoznawczym. Zaśmiałem się, na samą moją głupią myśl i szybko wystukałem na klawiaturze odpowiedź.

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:18
Jakie to parę rzeczy, mogę wiedzieć?

Wysłałem. Położyłem się na sofie i przykryłem jakimś kocem, który znalazłem na ziemi. Spojrzałem na salon, przeklinając w duchu samego siebie. Cóż, wzorem do naśladowania to ja nie byłem. Ale co ja poradzę, że nie umiałem utrzymać miotły w ręce? Poza tym, nie umiałem niczego znaleźć, jeśli wszystko było tak bardzo uporządkowane. Tylko w bałaganie czułem się sobą.

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:22
Moja kotka się gdzieś zgubiła. Szukałam jej po całym domu, okazało się, że jest w szafce z butami. Później musiałam ją nakarmić. Trochę się rozgardiasz zrobił ;)

Ach, i znowu ta kotka. Swoją drogą, trochę dziwna była ta nasza rozmowa o kotach i o alergiach. Coś w głowie podpowiadało mi, że Ludmiła kłamała. Nie wiedziałem tylko dlaczego.

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:24
Rozumiem, czasami ciężko pomyśleć jak kot. Jak twój ma na imię?

Wstałem z sofy i poszedłem do kuchni. Nalałem herbaty do kubka i upiłem łyka, jednocześnie przypominając sobie twarz Ludmiły. Te idealne rysy twarzy, duże oczy, wspaniałe usta... No i te piękne włosy, które co chwila poprawiała. To była ide... zwykła dziewczyna, do cholery!

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:25
Editta, pierwsze imię jakie wpadło mi do głowy ;)

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:26
Krótkie, proste i łatwe do zapamiętania :)

A później? Później długo nie odpisywała. Co chwila spoglądałem na telefon sprawdzając, czy aby na pewno nic nie przyszło. Nawet go wyłączyłem i włączyłem z nadzieją, że to tylko on nawala, wiadomości jednak nadal nie było.

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:39
Przepraszam, że nie odpisywałam. Miałam małe zamieszanie w domu.

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:40
Zamieszanie o godzinie za dwadzieścia pierwsza w nocy? :)

Nie rozumiem jak o tej porze można robić coś innego od leżenia przed telewizorem.

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:43
Tak, wiesz, znajomi u mnie nocują. Z moją przyjaciółką nie jest najlepiej, niedawno zginęli jej rodzice. Często miewa jakieś koszmary. Wiesz, że jest Włoszką, jak ty?

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:45
Możesz jej przekazać, że zawsze mogę z nią porozmawiać po Włosku :) Rozmowa w swoim języku jest zawsze łatwiejsza. Mam nadzieję, że już się uspokoiła :)

Cóż, rzeczywiście chętnie bym z kimś porozmawiał po Włosku. Tak dawno nie używałem swojego języka... No, tęskniłem za tym.

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:48
Na pewno przekażę ;) Tak, już jest lepiej, jej narzeczony przy niej jest. Bardzo jej pomaga. A czy tobie nie chce się przypadkiem spać? :D

Zaśmiałem się. Telepatia. Rzeczywiście, powieki powoli mi się już zamykały.

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:50
Masz rację, zbliża się moja pora :) Ale korzystając z okazji chciałbym cię co coś spytać. Dałabyś się namówić na kolejne spotkanie?

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:52
Oczywiście, z chęcią ;) Ale kiedy i gdzie? Jutro odpada, muszę załatwić parę rzeczy, sam rozumiesz ;)

Do: Ludmiła
20/06/2014 00:54
Nie ma sprawy, to może pojutrze? A jak dokładnie, to jeszcze jutro się dogadamy :)

Od: Ludmiła
20/06/2014 00:57
Pojutrze jestem wolna :D Mi pasuje ;) Ale teraz lecę już spać, dobranoc Federico :*

Do: Ludmiła 20/06/2014 00:59
Dobranoc Ludmiło :*

Wziąłem do ręki kubek i ruszyłem z powrotem do salonu. Rzuciłem telefon na fotel, a sam położyłem się na kanapę, chwytając do ręki pilot. Zacząłem skakać po wszystkich kanałach szukając czegoś ciekawego, jednak o pierwszej w nocy trudno było coś takiego znaleźć; wszystkie filmy już się kończyły, większość programów spała, z zamiarem obudzenia się dopiero o szóstej rano.
Cieszyłem się jak dziecko z kolejnego spotkania z Ludmiłą. Miałem ochotę śpiewać We are the champions, choć bardziej do tej sytuacji pasowałoby I am the champion. Zachowywałem się jak głupi nastolatek, ale nie mogłem nic na to poradzić.
Czułem wielką sympatię do rej uroczej blondynki z którą spędziłem wczoraj tak wspaniałe chwile w tej małej kawiarence pod starą kamienicą.
I miałem nadzieję, że nasze kolejne spotkanie będzie równie udane.

- I co, jak się dzisiaj czujesz? - Spojrzałam na nią.
Spojrzała na mnie z politowaniem.
- Jak mam się czuć? Zaraz pójdę na łąkę i pozrywam kolorowe kwiatki, zaniosę je Marco. Pójdziesz ze mną?
- Po prostu spytałam.
Schyliłam się i wzięłam moją córkę na ręce. Mimo swoich jedenastu lat wcale nie była ciężka. Choć nie była też lekka. Ale dawałam radę.
Zamknęłam drzwi wyjściowe.
- Przepraszam - mruknęła po chwili. - Nie mam humoru.
Zeszłyśmy po schodkach na dół. Stanęłyśmy na chodniku i ruszyłyśmy w stronę furtki.
- Zdążyłam to zauważyć z samego rana, jak nawrzeszczałaś na mnie i na Marco, że nie zwracamy na ciebie uwagi.
Katina spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi oczami.
- Postaw mnie - poprosiła krótko.
Uśmiechnęłam się do niej i odstawiłam ją na ziemię. Pierwsze słowa, które dzisiaj wypowiedziała.
- Przepraszam - powtórzyła Francesca. - No co mogę więcej powiedzieć? Przecież wiem, że źle zrobiłam.
- To bardzo dobrze, że wiesz.
Przed bramą czekał już na nas Marco. Włoszka podeszła do niego ze zwieszoną głową. Spojrzał na nią uważnie.
Wiedziałam, że ją kochał, ale on również powoli miał dość tych jej humorów. Wiedział, że jest jej ciężko, ale czasami przesadzała. Wymyślała sobie niestworzone rzeczy.
Mimo wszystko objął ją ramieniem. Nie spojrzała na niego.
- Pójdziemy najpierw do tego supermarketu, bo mam już pustą lodówkę - odezwałam się. - A później się zobaczy. Idziemy?
- Wy idźcie, ja lepiej zostanę w domu - odparła Francesca. - Nie mam ochoty na zakupy.
- Idziesz z nami, nie wygłupiaj się. - Marco chwycił ją za rękę.
- Nie, nie chcę - zaprotestowała. - Spać mi się chce.
- Od spania to jest noc. - Spojrzał na nią. - Idziesz z nami do sklepu, i nie dyskutuj.
Westchnęła cicho i wbiła wzrok w swoje nogi. Później przeniosła go na Katinę.
- Chodź słoneczko ze mną. - Wyciągnęła do niej rękę i uśmiechnęła się.
Moja córka ścisnęła moją dłoń.
- Idę z mamą - powiedziała. - Nie lubię cię.
Widziałam ból, który w jednym momencie wymalował się na twarzy Fran. Choć wiedziała, że to zapewne kolejne grymasy Katiny, zrobiło jej się przykro. Założyła ręce na piersi i zwiesiła głowę.
- Kochanie, nie przejmuj się nią. - Marco uniósł jej podbródek do góry. - Sama wiesz, jak jest.
- Nawet ona nie chce, żebym z wami szła. - Wzruszyła ramionami. - Psuję atmosferę. Idźcie sami. Przecież nic mi się nie stanie.
- Nie - uciął jej narzeczony. - Idziesz z nami. I koniec tematu.
Przygryzła wargę i pokiwała głową. Mój przyjaciel rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie, po czym ponownie objął ją ramieniem.
Ruszyliśmy do sklepu.

- Podoba ci się chociaż ta sukienka?
Uśmiechnęła się i spojrzała na niego.
- Tak, jest piękna, dziękuję. - Pocałowała go w policzek.
Marco odetchnął z ulgą. - To dobrze. Już się bałem, że coś będzie nie tak.
Czy ktokolwiek zna inny sposób na poprawienie kobiecie humoru, niż podarowanie jej czegoś do ubrania? Marco widocznie nie znał, dlatego kupił Francesce niebieską sukienkę. Ale dobrze, że byłam wtedy przy nim, bo mało brakowało, a poszedłby do kasy z jakimś brązowym workiem na kartofle. Co jak co, ale gustu to on nie ma żadnego.
- Trochę mniej słodkości proszę, co? - zaśmiałam się.
Włoszka prychnęła.
- Zajmij się Katiną. - Uśmiechnęła się.
Odwzajemniłam uśmiech. - Gdzie idziemy?
Moja przyjaciółka ziewnęła szeroko.
- Chce mi się spać, mówiłam wam - powiedziała. - Chcę iść do domu. Marco - Spojrzała na niego błagalnie.
Dotknął dłonią jej policzka.
- Jak tylko obiecasz mi, że zaśniesz i nie będziesz się budzić przez koszmary - powiedział.
Francesca przygryzła wargę.
- Nie mogę ci tego obiecać.
Odgarnęła włosy z twarzy i przytuliła się do niego. Pocałował ją w czubek głowy. Uśmiechnęłam się widząc ich szczęście i to, jak się kochają.
- Mama, do domu? - Usłyszałam głos mojej córki.
Spojrzałam na nią.
- Chcesz iść do domu? - Pokiwała głową. - Ciocia też chce iść. - Przeniosłam wzrok na moich przyjaciół. - To idziemy, co?
Francesca pokiwała głową i oderwała się od swojego narzeczonego.
Chwyciłam wygodniej rękę Katiny i poprawiłam jej włosy. Uśmiechnęłam się do niej.
Ruszyliśmy w stronę mojego mieszkania.
Chłodne powietrze tak przyjemnie owiewało moją twarz, dając mi wspaniałe orzeźwienie. Mogłabym spacerować tak całe dnie, całe noce i podziwiać uroki pięknego Buenos Aires, w którym mieszkałam od dziecka. Nigdy nie zamieniłabym tego miejsca na inne. To w tym mieście wszystko się zaczęło, i tutaj miało się również skończyć.
W tym momencie moje oczy dostrzegły wysokiego, przystojnego mężczyznę zmierzającego w naszą stronę. Serce zaczęło mi mocniej bić kiedy zorientowałam się, że to Federico we własnej osobie. Przeniosłam spanikowany wzrok na swoich przyjaciół.
- To Federico - wypaliłam szybko. - Musicie mu pomóc. Powiecie mu, że Katina to wasze dziecko, dobra? Powiedzcie mu tak.
Marco i Francesca spojrzeli na mnie zdezorientowani.
- Nasze dziecko? - powtórzyła Włoszka. - Dlaczego?
- On nie wie, że mam córkę, błagam was. - Podałam rękę Katiny Marco. - Po prostu tak powiedzcie.
- Ludmiła, zachowujesz się bardzo...
- Nie pouczaj mnie teraz - przerwałam mu. - Proszę was tylko o jedno, tak? Możecie to chyba zrobić.
Francesca zgromiła mnie wzrokiem.
A on był coraz bliżej.
W końcu nas zauważył. Uśmiechnął się i przyśpieszył kroku. Po chwili stał tuż przede mną.
- Ludmiła. - Posłał mi czarujący uśmiech numer jeden. - Nie spodziewałem się, że cię dzisiaj spotkam.
Odwzajemniłam uśmiech. - Tak, ja też się nie spodziewałam. - Federico, poznaj moich przyjaciół.
Chłopak przeniósł na nich wzrok.
- Jestem Marco. - Meksykanin wyciągnął do niego rękę.
Federico uścisnął ją.
- A ja Francesca - przedstawiła się moja przyjaciółka.
- Ty pewnie jesteś tą Włoszką, o której wspomniała Ludmiła, tak? - spytał.
Posłała mi rozbawione spojrzenie.
- Cóż, chyba nie zna innej Włoszki - zaśmiała się.
Wzrok Federico powędrował na dziewczynkę stojącą zaraz obok Marco. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. O ile w ogóle było to możliwe.
- O, a to co za księżniczka? - kucnął obok niej.
Katina schowała się za moim przyjacielem. On spojrzał na mnie z wyrzutem.
Ciekawe jak Fede zareagowałby, gdybym mu powiedziała, że to moja - w dodatku chora - córka...
- To Katina - odezwała się Francesca. - Nasza... nasza córka.
Ścisnęła mocniej rękę Marco.
- Jakie ładne imię - stwierdził chłopak. - No i śliczna dziewczynka.
Stanął na nogi.
- Pójdziemy z małą na plac zabaw - odezwał się Marco - a wy sobie porozmawiajcie.
Wziął moją córkę na ręce i całą trójką oddalili się w przeciwnym kierunku.
Federico spojrzał na mnie. - Nasze jutrzejsze spotkanie nadal aktualne, tak?
Uśmiechnęłam się. - Oczywiście. O której? I gdzie?
- A jak ci pasuje? - spytał. - Jutro mam wolny cały dzień.
Podrapałam się po głowie.
Ja również miałam jutro cały dzień wolny, ale przecież mu tego nie powiem. Sama nie wiem dlaczego.
- Jakoś po południu - zaproponowałam. - O piętnastej?
- A może czternasta trzydzieści? - rzekł.
Pokiwałam entuzjastycznie głową. Federico zaśmiał się.
- Fajna ta mała - stwierdził po chwili, a mi serce zabiło mocniej. - Udała im się córeczka, nie ma co. Pewnie daje im się nieźle we znaki, nie? Wa takim wieku.
Przygryzłam wargę i podrapałam się po głowie.
- Nie - zaprzeczyłam. - Katina jest... inna.
Zmarszczył brwi. - Inna?
- Tak. Nie jest taka jak inne dzieci. - Poprawiłam torebkę. - Jest wyjątkowa.
- W jakim sensie? - zaciekawił się.
Westchnęłam lekko. - Cierpi na coś w rodzaju autyzmu. Ale to nie jest autyzm, tylko coś bardzo podobnego. Jednak lekarze nie wiedzą co. Nikt nie wie.
Skinął ze zrozumieniem głową. - Rozumiem. Przykro mi. To co, jutro, tak?
- Jasne - uśmiechnęłam się. - Spotkamy się tam gdzie wczoraj?

I mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące. Marco i Francesca świetnie sprawdzili się w roli rzekomych rodziców. Na początku narzekali, a później przywykli. Jednak ja miałam coraz większe wyrzuty sumienia.
Dlaczego? Bo między mną a Federico zaczęła tworzyć się jakaś gruba nić o wdzięcznej nazwie, a Katina potrzebowała kogoś, kto ją zrozumie. Było mi wstyd, że robiłam takie coś. Co z tego, że moja córka tego nie rozumiała? Co z tego, skoro sumienie nie pozwalało mi spokojnie funkcjonować? Przecież kochałam ją najbardziej na świecie, nie powinnam tego robić, ale nie widziałam innego wyjścia.
Bo najpierw się bałam, że Federico jej nie zaakceptuje, że nie będzie chciał się nią opiekować. Ale później, kiedy coraz bardziej się z nim rozumiałam, kiedy zaczynałam coś do niego czuć to przekonywałam się, że nie byłoby tak. Ten młody Włoch zrobiłby wszystko, żeby innym było jak najlepiej. I nie raz mówił, jak bardzo szkoda mu Katiny. Ale teraz było już za późno na jakiekolwiek wyznania. Sprawy zabrnęły za daleko. I wiedziałam, że w najbliższej przyszłości przyjdzie mi ponieść konsekwencje mojego nieodpowiedzialnego zachowania.
- Ludmiła, musimy porozmawiać. - Do kuchni weszła Francesca. - To się musi skończyć. Nie możesz go cały czas okłamywać.
Spojrzałam na nią uważnie.
- Nie odpowiada ci rola niańki, co?
Założyła ręce na piersi i oparła się o ścianę.
- Przestań, dobrze wiesz, że nie chodzi o to - zaprzeczyła. - Widzę co dzieje się między tobą a Federico. I nie możesz powiedzieć, że nic do niego nie czujesz. On również. Pomyśl jak będzie się czuł, gdy dowie się, że Katina jest tak naprawdę twoją córką, a nie moją i Marco?
- Francesca, właśnie w tym rzecz. Już jest za późno na to, żebym powiedziała mu prawdę. On tego nie zrozumie. Dobrze jest tak jak jest. I na razie nie muszę niczego zmieniać.
Włoszka zaśmiała się ironicznie. - Czy ty w ogóle siebie słyszysz? - zapytała. - Nie musisz niczego zmieniać? Zastanów się nad swoimi słowami! Krzywdzisz siebie, Katinę i przy okazji Federico! A na prawdę nigdy nie jest za późno. Uwierz mi, wiem to z doświadczenia.
Zdenerwowałam się.
Chyba nie będzie mi dyktować co mam robić. Między mną a Federico powstało coś pięknego, coś magicznego. I choć nie chciałam się przyznać przed samą sobą, że to prawda, to po prostu się w nim zakochałam. A teraz nie mogę tego stracić przez jedno, głupie kłamstwo.
- Tylko, że ty i twoi rodzice to była zupełnie inna historia! - wybuchnęłam. - Straciłaś ich przez dużo większe, dużo gorsze kłamstwo! I to tylko i wyłącznie z twojej winy! Nie patrzyłaś na innych, tylko na siebie! A ja to robię dla nas, dla nich, rozumiesz?
Przez chwilę patrzyła na mnie zdrętwiała. Twarz jej stężała, jakby usłyszała właśnie najgorszą rzecz jaką mogła. Oczywiście to co powiedziałam nie było prawdą.
W tym samym momencie do kuchni wszedł Marco. Posłał mi wrogie spojrzenie.
- To był cios poniżej pasa. - Cichy, pełen bólu głos Fran dotarł do moich uszu.
Odwróciła się, wyminęła swojego narzeczonego i wyszła z kuchni.
- Następnym razem się hamuj - warknął Marco i wyszedł za nią.
Oparłam głowę na ręce.
Byłam beznadziejna. Raniłam wszystkich, którym na mnie zależało. Nie potrafiłam docenić ich starań. A teraz wywołałam łzy na twarzy mojej najlepszej przyjaciółki.
Byłam do niczego.

- Teraz pójdziemy do domu, tak? - Poprawiłam jej kapelusz. - Zjemy obiad i pójdziemy na plac zabaw. Może być?
Moja córka pokiwała energicznie głową i wyrwała rękę z mojego uścisku.
- Tylko nie odbiegaj daleko! - zawołałam za nią.
Uśmiechnęłam się.
Cieszyłam się, bo Francesca wybaczyła mi ten wybuch sprzed kilku dni. Może nie było między nami jak dawniej, ale niewiele brakowało. Marco chyba bardziej się na mnie zdenerwował. Ale z nim też już rozmawiałam.
- Katina! - krzyknęłam. - Katina, stój!
Odwróciła się w moją stronę i w tym samym momencie potknęła się o korzeń wystający z ziemi. Poleciała do przodu i upadła prosto na kolana. Po chwili usłyszałam jej głośny płacz.
Od razu ruszyłam biegiem w jej stronę. Bałam się. Może nie tyle o to, jak bardzo się poobijała, ale o to, jak będzie się czuła. Była w końcu inna i wszystkie wypadki odbierała inaczej. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać.
Klęknęłam na ziemi obok niej i wzięłam ją na ręce.
- Spokojnie córeczko. - Zaczęłam głaskać ją po głowie. - Nic się nie stało, kochanie. Już wszystko dobrze, nie płacz.
Zacisnęła drobne dłonie na moim ramieniu.
- Mama... mama... - łkała cicho. - Mama, boli... mama...
- Mama?
Odwróciłam się gwałtownie za siebie.
Przede mną stał on we własnej osobie. Stał i patrzył na mnie. W jego wzorku widziała zdezorientowanie, niepewność, ale i niepewność i złość.
Stanęłam na nogi, ciągle z Katiną na rękach.
- Federico... - zaczęłam. - Federico, to nie tak jak...
- To nie tak jak myślę? - przerwał mi. - A jak?
Przygryzłam wargę. - Ja ci to wszystko wyjaśnię - obiecałam.
Spojrzał uważnie najpierw na mnie, a później na dziewczynkę, którą trzymałam w ramionach.
- Dlaczego ona nazwała cię mamą? - spytał. - Czyja to córka?
Posłałam mu błagalne spojrzenie.
- Naprawdę, wszystko ci wytłumaczę...
- Czyja to córka? - powtórzył. - Francesci i Marco? To ich dziecko?
Jedną ręką podrapałam się po głowie.
Wiedziałam, że prędzej czy później to wszystko się wyda. Kłamstwo ma podobno krótkie nogi. Nie można nikogo oszukiwać w nieskończoność. Nie Jego.
- Nie. To... to moja córka - wyznałam w końcu.
Patrzył na mnie przez chwilę. Jakby nie wiedział co powiedzieć. Zdrętwiał, zamarł?, i nie mógł wydusić z siebie słowa.
- Okłamywałaś mnie. - To nie było pytanie, ale stwierdzenie. - Przez tyle miesięcy?
- Przepraszam, to nie miało być tak...
- A jak? - Podniósł głos. - Zamierzałaś mi kiedykolwiek powiedzieć, że masz dziecko? Czy chciałaś to ciągnąć już do końca?
Nie odpowiedziałam. Przytuliłam Katinę mocniej do siebie jakby licząc, że ona mnie uchroni, choć to ja powinnam chronić ją.
- Wiesz co? Myślałem, że jesteś inna. Nawet zacząłem ci ufać.
Te słowa tak strasznie mnie bolały, on nawet nie wiedział jak bardzo. Ale sama sobie na to zasłużyłam.
- Przepraszam.
Zaśmiał się ponuro. - A czy to teraz coś zmieni?
I odszedł. Tak po prostu. Zostawił mnie na środku chodnika, ze złamanym sercem i policzkami mokrymi od łez, które niezauważalnie wypłynęły z moich oczu.
Dopiero teraz tak naprawdę zaczęłam żałować. Nie słuchałam innych, kiedy dobrze mi radzili, kiedy mówili, żebym się przyznała. A teraz? Teraz zostałam z niczym.

Wpatrywałam się ponuro w obraz za oknem. Nie interesowałam się ty co dzieje się wokół mnie. Moją głowę zaprzątały tylko myśli o jednej osobie. O Federico.
Ktoś postawił na stole kubek z parującym napojem. Obok mnie usiadł Leon.
- I co? - odezwał się. - Warto było kłamać?
Spojrzałam na niego załzawionymi oczami. - Co mam ci powiedzieć? Nie, nie warto. Ale czasu nie cofnę.
Skinął powoli głową.
- Masz rację, nie cofniesz - potwierdził. - Ale zamiast tak siedzieć i się nad sobą użalać, powinnaś coś zrobić.
Stanął na nogi i chwycił mnie za rękę. Pociągnął mnie do góry tak, że aż się zachwiałam. Chwycił mnie za ramiona i zaprowadził na przedpokój.
- Leon, odbiło ci? - spytałam, kiedy stanęliśmy przed lustrem.
Chwycił mnie za rękę.
- Powiedz mi, kogo widzisz?
- Leon, nie baw się w żadne gry psychologiczne, przecież to i tak nic nie da...
- Po prostu powiedz, kogo widzisz w lustrze.
Westchnęłam cicho. - Siebie? - Wzruszyłam ramionami.
- Tak - potwierdził. - Dziewczynę, która samotnie wychowuje córkę. Chorą córkę. I która się nie załamała pomimo tylu przeciwności. Pozwolisz teraz, żeby osoba, która jako jedna z niewielu cię zrozumiała i zaakceptowała Katinę odeszła?
Oparłam głowę o jego ramię. - On już odszedł.
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie - powiedział. - On na pewno jeszcze myśli. A jeśli kocha, to poczeka.
Spojrzałam na niego.
- A ja kocham?
- Na to pytanie już musisz odpowiedzieć sobie sama.

Obiecał, że przyjdzie. Ale nie wiedziałam, czy dotrzyma słowa. Chciałam z nim porozmawiać. I to tak szczerze, już bez żadnych kłamstw. Miał prawo wszystko wiedzieć.
Drzwi kawiarenki - tej samej, w którym spotkaliśmy się pierwszy raz - otworzyły się i stanął w nich on. Rozejrzał się chwile po wnętrzu, a kiedy jego wzrok padł na mój stolik, ruszył w moją stronę.
- Cześć - mruknął siadając na krześle. - Przejdź od razu do konkretów, jeśli możesz.
Oparłam się o blat. - Federico... przepraszam. To nie miało być tak. Naprawdę, ja nie chciałam, żeby to się tak skończyło, ja chciałam...
- To lepiej było mnie okłamywać, tak? - przerwał mi. - Wmawiać mi, że to dziecko twoich przyjaciół? Tu już nie chodzi o mnie, ale o twoją córkę, ona na to nie zasługuje.
- Fede, ty nie rozumiesz... wyjaśnię ci wszystko, ale mi nie przerywaj, dobrze?
Skinął nieznacznie głową.
- Ja postąpiłabym inaczej - zaczęłam - gdybym wiedziała jak to się potoczy. Federico, ja kiedyś się zakochałam, wiesz? Pierwszy raz w życiu. I od razu przedstawiłam mu Katinę, bo ona jest dla mnie najważniejsza. Wiesz co on zrobił? Uciekł. Uciekł jak tchórz. A moja córka cierpiała, nawet nie wiesz jak bardzo. Polubiła go, a on tak po prostu odszedł bez żadnego słowa. Nie wiedziała co się dzieje. Federico, ona nie jest jak inne dzieci, ona zupełnie inaczej wszystko odczuwa, odbiera inne bodźce, wszystko. Poza tym... bałam się. Bałam się, że ty również mnie zostawisz, że nie będziesz chciał brać na siebie takiego obowiązku jakim jest opieka nad Katiną. Ona ma jedenaście lat, a myśli jak pięciolatka, a nawet gorzej. Wychowywanie jej wcale nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. - W dalszym ciągu na mnie patrzył, tym razem jednak zobaczyłam w jego oczach coś na kształt zrozumienia. - Federico... możesz mnie uznać za głupią, ale... ja... czuję coś do ciebie. Czuję do ciebie coś więcej. Wiesz co? Zakochałam się w tobie. Zakochałam się jak głupia nastolatka. Przed oczami mam cały czas twoją twarz, słyszę twój głos, twój śmiech, Federico, śnisz mi się! Ja wiem, że jestem nienormalna, ja...
A później zdrętwiałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazł się tak blisko mnie, a jego usta złączyły się z moimi. Smakowałam jego warg, czułam je, było tak dobrze... I nie przejmowałam się nawet ludźmi wokół, bo dla mnie liczył się tylko on...
Oderwał się ode mnie i spojrzał głęboko w moje oczy.
- To znaczy, że mi wybaczasz? - spytałam cicho.
Uśmiechnął się. Dotknął dłonią mojego policzka.
- Wybaczam.

Patrzyłam rozbawiona na moją córkę i Federico. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu kiedy patrzyłam, jak dobrze się razem bawią.
- Dawaj mała! - zawołał mój przystojny Włoch. - Rzucaj piłkę!
Po chwili kolorowy balon wyleciał w górę. Federico rzucił się, aby go złapać. I zrobiłby to bez trudu. Był jednak bardzo dobrym aktorem.
Sekundę później leżał już na ziemi.
Zaśmiałam się i wstałam z krzesła. Podeszłam do nich powoli.
- Fede, gapa - stwierdziła Katina podnosząc piłkę z trawy.
- Tak, Federico to gapa. - Uśmiechnęłam się.
Podniósł się na łokciu i spojrzał na mnie uważnie. - Gapa?
Nie zdążyłam zareagować, kiedy on złapał mnie za ramiona i przycisnął do ziemi. Jego twarz znajdowała się zaraz nad moją.
Złożył krótki pocałunek na moich ustach.
- Tylko tyle? - jęknęłam.
Uśmiechnął się czarująco.
- Kocham cię - powiedział.
Westchnęłam lekko. - Ja też cię kocham. Najbardziej na świecie, Federico...

Ekhem jest i część czwarta i ostatnia ;) Może nie uwierzycie, ale napisaną miałam już ją w niedzielę, taki nagły przypływ weny :D Mam nadzieję, że się nie przestraszycie.
Widzicie ten piękny szablon? Oczywiście, znowu dzieło cudownej Marci, tylko jeszcze parę szczegółów trzeba poprawić, ale tak to jest genialnie, nie? Marciak ma talent ^^
Hmm wakacje ;)) Ale szczerze, to tego nie czuję... Nie wiem czemu xD Ale w sumie dobrze, trochę odpocznę...
Następny part o Naxi, nie wiem kiedy się pojawi, za długo chyba nie będziecie musieli czekać :) I mała zmiana - pisany w trzeciej osobie. Mam nadzieję, że to was jakoś nie odstraszy :D
Już chyba nie mam nic więcej do powiedzenia :)
Dziękuję, że jesteście, i czytacie i wytrzymujecie ze mną :*
Zapraszam na mojego drugiego bloga <<KLIK>>  mam nadzieję, że skomentujecie :*

Kocham was <3

czwartek, 19 czerwca 2014

ONE PART FEDEMIŁA - Zaakceptuj ją cz 3



- Katina! - zawołałam. - Pośpiesz się!
Wyciągnęłam z szafki torebkę i wrzuciłam do niej chusteczki, portfel i telefon.
- Katina!
Na górze usłyszałam tylko trzask drzwi. Westchnęłam cicho. Modliłam się w duchu, by to nie było to o czym myślałam.
Rzuciłam wszystko na bok i wbiegłam po schodach na piętro. Skierowałam się w stronę pokoju mojej córki. Otworzyłam drzwi. Pomieszczenie było puste.
- Córeczko...? - spytałam niepewnie.
Usłyszałam cichy płacz. Dobiegał on z... z szafy?
Podeszłam do niej i jednym ruchem otworzyłam drzwiczki. W tym momencie do moich uszu dotarł krzyk Katiny. Jeszcze gorszy niż wtedy - niż tamtej nocy.
- Katina...
Kucnęłam przed nią i wyciągnęłam do niej ręce. Chciałam przytulić ją do siebie, pocałować i uspokoić, jednak wiedziałam, że nie dam rady tego zrobić. Nie teraz, nie, kiedy ona była w takim stanie.
Chwyciłam ją za rękę. Wyrwała się mi. Nie wiedziałam skąd tyle siły bierze się w ciele jedenastoletniej dziewczynki.
Krzyczała coś o duchach, coś o potworach. Było mi jej tak żal... Nie wiedziałam, co musi teraz przeżywać.
Do moich oczu mimowolnie zaczęły cisnąć się łzy. Ale nie mogłam się rozpłakać. Musiałam być silna. Dla niej.
- Kochanie, proszę, uspokój się - powiedziałam spokojnie.
Zwinęła się w kłębek w najciemniejszym kącie tej wielkiej szafy. Próbowałam ją przyciągnąć do siebie, ale wtedy ona zaczynała jeszcze bardziej wrzeszczeć.
I nawet nie zauważyłam, kiedy te słone krople spłynęły po moich policzkach.
Odgarnęłam włosy z twarzy.
Kolejne próby uspokojenia mojego dziecka również spełzły na niczym.
Poczułam, jak ktoś chwyta mnie za ramię. Odwróciłam się gwałtownie. Nade mną stała Francesca. Pociągnęła mnie do góry.
Zaraz za nią stał Marco. Rzucił mi tylko uważne spojrzenie, po czym podszedł do szafy. Dosłownie siłą wyciągnął z niej Katinę. Nie zważając na jej krzyki przycisnął ją do siebie. Zaczął głaskać ją po głowie. Przytrzymywał ją mocno, kiedy próbowała się wyrwać. Był nieugięty. Ja tak nie potrafiłam.
- Nie denerwuj się tak. - Usłyszałam głos Fran przy moim uchu.
Przygryzłam wargę.
- Katina... - usłyszałam twardy głos mojego przyjaciela. - Katina, uspokój się. Katina!
- Nie krzycz na nią - poprosiłam cicho.
Francesca zacisnęła swoją dłoń na moim ramieniu. - A widzisz inne wyjście?
- To dziecko...
- Więc możesz do niej mówić jak do dziecka. Ale wątpię, żeby to pomogło.
Przygryzłam wargę i wbiłam palce w rękę mojej przyjaciółki. Syknęła cicho, ale ja nie zareagowałam. Egoistka.
- Zróbcie coś, niech ona tak nie krzyczy!
- Ludmiła, przestań - rzekła Francesca. - Przecież Marco robi co może.
Oparłam się o ścianę za mną i osunęłam po niej na dół.
Ukryłam twarz w dłoniach.
Leon miał rację. Rzeczywiście - za dużo.
Francesca kucnęła obok mnie i starała się uspokoić moje skołatane nerwy. Spojrzałam na nią wielkimi, załzawionymi oczami i widziałam w nich współczucie. Chociaż ona sama nie miała lekko, to chciała być dla mnie wsparciem. To ja powinnam ją wspierać i pilnować, żeby nie okazywała słabości, a sama stałam się ofiarą. Nie potrafię się zająć sama sobą, a co dopiero dorastającą dziewczynką. Jeszcze niedawno to ja byłam zbuntowaną, miejącą wiecznie fochy nastolatką, której buzują hormony. Teraz wiem, że moja mama nie miała ze mną łatwo. Wiem, że ja będę musiała przejść przez to samo piekło, co ona, a nawet gorsze…
Rola matki już mnie przerosła. Może nie dojrzałam jeszcze, aby być matką?
- Ludmiła – Włoszka delikatnie przejechała dłonią po moim policzku, wycierając spływające po nim łzy – Weź się w garść. Pamiętasz, że za trzy godziny jesteś umówiona na spotkanie z Federico? – zapomniałam… Nawet nie wiedziałam, czy powinnam się z nim spotkać. Nie byłam w nastroju na randki.
- Nie mam ochoty na żadne wyjścia. - Westchnęłam i uniosłam głowę wyżej, żeby widzieć wzrok przyjaciółki. – Chcę zostać w domu. Z Katiną. – wyszeptałam i zacisnęłam powieki, żeby spod nich nie wydostały się łzy.
- Przesadzasz, Lu. – zza drzwi wyłoniła się sylwetka Violetty, która wpatrywała się we mnie żałosnym wzrokiem. Czułam, że zaraz obydwie zrobią mi wykład, jaka to jestem niedobra i słaba. – Idź spotkać się z tym chłopakiem. Nie możesz całego swojego wolnego czasu poświęcać Katinie. Dziewczyno, zacznij żyć! – Castillo swoim krzykiem zaskoczyła mnie, a zarazem przestraszyła.
Nigdy nie była taka ostra, ale miała rację. Jestem beznadziejna, do niczego się nie nadają, nie rozumiem, dlaczego one jeszcze się ze mną przyjaźnią… W życiu nie chciałabym mieć takiej przyjaciółki, jaką jestem ja.
- Masz rację, Viola… - pociągnęłam nosem i kontynuowałam – Ale moje miejsce jest przy dziecku. I tak jestem złą matką, gorszą już chyba być nie mogę… - wyszeptałam i popatrzyłam na dziewczyny. Szatynka miała założone ręce na piersi i dreptała z nogi na nogę, a brunetka trzymała kurczowo poręcz kanapy. Violetta prychnęła widząc, że nie zdoła mnie przekonać do zmiany zdania i już miała się odwrócić, kiedy odchrząknęłam znacząco. Spojrzała na mnie zamieniając oczy w dwie pionowe kreski. – Dobra… Pójdę na to cholerne spotkanie.
Dziewczyny niemal podskoczyły z radości. Sama się sobie dziwiłam, że tak łatwo dałam się przekonać. Całe swoje życie poświęcam córce, więc raz na jakiś czas mogę się od tego wszystkiego oderwać, ale niestety obarczam wtedy swoimi obowiązkami bliskie mi osoby. Przekonują mnie do tego, a nawet godzą na opiekę nad moim dzieckiem. Wciąż się im dziwię, że dają sobie radę z Katiną lepiej niż ja, a tak raczej być nie powinno.

Dochodziła już siedemnasta. Nanosiłam lekkie poprawki na mój makijaż i ręką wygładziłam zagniecenie na materiale mojej koronkowej bluzki. Przyjrzałam się jeszcze mojemu odbiciu w lustrze i udałam się do Katiny. Mała siedziała na dywanie, bawiła się porcelanową lalką, którą otrzymała ode mnie na siódme urodziny. Była to jedna z jej najcenniejszych zabawek, dlatego zawsze delikatnie się z obchodziła. Podeszłam do córki i ucałowałam jej czółko, szepcząc, że wychodzę. Akurat brałam torebkę z komody, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Szarpnęłam klamkę i ujrzałam Francescę wraz z Marco. Weszli do środka, a ja spoglądając kątem oka na zegarek pośpiesznie wyszłam z domu, rzucając w stronę Włoszki i Meksykanina szybkie Na razie.
Niewielka kawiarenka tuż za rogiem najbardziej zaludnionej ulicy Buenos Aires wydawała się z daleka taka ciepła i skromna, taka też była wewnątrz. Bywałam tam dość często, zanim urodziła się Katina. Wolnym krokiem przeszłam obok dużego okna tejże kawiarni i od razu spostrzegłam siedzącego przy stoliku w kącie chłopaka, z którym byłam umówiona. Uśmiechnęłam się pod nosem widząc jak jego spojrzenie wędruje po każdej osobie wchodzącej do budynku. Kiedy przekroczyłam próg kawiarenki poczułam na sobie jego wzrok. Uniosłam lekko głowę i natychmiastowo moja twarz oblała się ognistym rumieńcem, który on zapewne zauważył, ponieważ na jego twarz zagościł promienny uśmiech. Zrobiłam kilka kroków w stronę Federico, a on wstał i ucałował czule moją dłoń. Rzuciłam mu lekki uśmiech i usiadłam na krześle, które wcześniej mi odsunął.
- Pięknie wyglądasz. – powiedział nieśmiało przyglądając mi się. Taki niewinny komplement, a sprawił, że czułam się cudownie. Może to dlatego, że został wypowiedziany z Jego ust.
- Dziękuję. – rumieńce na moich policzkach znowu dały o sobie znać i wpłynęły na nie szybko. – To zamawiamy coś? – spytałam szybko, bo nie mogłam znieść jego przeszywającego wzroku na sobie. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie – było to bardzo przyjemne.
- Tak. Wybierz coś z karty. – podał mi menu, a sam zawołał kelnera. Złożyliśmy zamówienie, więc postanowił mnie trochę powypytywać. – To może powiesz mi coś o sobie?
- Hmm, nie lubię o sobie zbytnio mówić. – schyliłam głowę tak, że długie blond włosy ukryły moją twarz. – Ale jeśli chcesz wiedzieć o mnie takie podstawowe informacje to nazywam się Ludmiła Ferro. To ci wystarczy? – zapytałam słodkim głosikiem, siląc się na poważniejszy, bardziej wymowny ton. Niech sobie nie myśli, że jestem głupią, łatwą blondynką.
- A więc, Ludmiło. Na razie tyle informacji o Tobie mi wystarczy. – zaśmiał się tak uroczo, że mogłabym przysiąc, że przez chwilę nie było mnie na tej planecie, a przynajmniej tak mi się zdawało.
Kelner przyniósł nasze zamówienia, a nam coraz to przyjemniej zaczynało się rozmawiać.
Czułam się jakbym znała go od zawsze. Był mi tak bliski… Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek jeszcze spodoba mi się jakiś facet. Zaraz. Chwila. Stop. On mi się wcale nie podoba. Jest przystojny, ale też pospolity, jak większość mężczyzn na świecie. Federico nie ma w sobie nic wyjątkowego. No może poza tymi ślicznymi szkiełkami zwanymi oczami; malinowymi,
pełnymi ustami wprost idealnymi do całowania; pięknym, olśniewającym uśmiechem, który rozświetlał pochmurny dzień.
- Mieszkasz sama? – zapytał znienacka popijając łyk kawy i wytrącając mnie z amoku. Jego głos był taki delikatny, że mógłby mnie budzić nim każdego ranka. Moje myśli mnie przerażają…
- Nie, mam c… - przerwałam – cudowną kotkę!
Uśmiechnął się. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, nie mówiąc Fede o Katinie. Ale tak będzie lepiej. On nie musiał wiedzieć, że mam córkę. Chorą córkę…
- Lubię koty – odparł – Są takie słodkie i mięciutkie. – Lekko uniosłam kąciki ust, ale wewnątrz czułam gryzące wyrzuty sumienia, z powodu mojego kłamstwa. Nigdy nie lubiłam kłamać.
- Tak. Też je uwielbiam. – westchnęłam. Sama sobie przeczyłam, przecież mam alergię na sierść. To się nie uda. Kłamstwo mnie pogrąży.
Federico uśmiechnął się.
- Jakiej rasy jest twój kot? - spytał.
Jęknęłam w duchu. Nigdy nie byłam dobra w tym temacie. Kot to kot. A że nazwą go jakoś inaczej, to niczego nie zmienia. Dalej jest kotem.
- Em... To... to nie jest rasowiec. - Upiłam łyka kawy.
- Dachowiec?
Spojrzałam na niego zdezorientowana.
- Dachowiec? - powtórzyłam.
Zaśmiał się. - Nie wiesz co to jest?
Pokręciłam z zażenowaniem głową i wbiłam wzrok w swoje kolana. Czy ja naprawdę musiałam być taka niedoinformowana? Nie wiedzieć co to „dachowiec”? I podobno mam kota.
- To taki nierasowy kot - wyjaśnił. - Najczęściej żyją na wsiach i w jakich zapuszczonych ulicach w mieście.
- A, tak! - Odstawiłam filiżankę na stół. - Moja ciocia znalazła go gdzieś, ale nie mogła się nim zaopiekować, dlatego go wzięłam.
Kolejne kłamstwo. Przecież ja nie mam cioci, do cholery. No i nigdy nie miałam.
- Też kiedyś opiekowałem się jakimś kotem, ale później okazało się, że mam na nie alergię.
- No, to zupełnie jak ja - wypaliłam zanim zdążyłam pomyśleć nad swoimi słowami.
Zmarszczył brwi i zmrużył podejrzliwie oczy.
- Masz alergię?
Przygryzłam wargę i poprawiłam nerwowo włosy. - Nie... Ja również parę lat temu zajmowałam się jakimś bezdomnym kotem. Ale był taki malutki. A później zginął gdzieś. - Wzruszyłam ramionami. Na szczęście jakoś wybrnęłam.
Pokiwał potakująco głową.
Cóż, chyba wyczuł kłamstwo. Ale czy ja nie byłam genialną aktorką?

- Gdzie mieszkasz? Mogę cię podwieźć. Już się ściemnia.
Cztery godziny i pół godziny minęły nam jak z bicza strzelił i nawet nie spostrzegłam się, kiedy zegarek w moim telefonie wskazywał już wpół do dziesiątej.
- Nie, dziękuję, znajomy ma po mnie podjechać - uśmiechnęłam się.
Odwzajemnił to.
Podszedł do mnie i - jakby z wahaniem - pocałował mnie w policzek jednocześnie wciskając do ręki jakąś karteczkę.
- Do zobaczenia, mam nadzieję.
Obdarzył mnie jeszcze jednym czarującym uśmiechem po czym odszedł w swoją stronę.
W tym samym momencie przy chodniku zatrzymał się czarny samochód. Otworzyłam drzwiczki i wsiadłam do środka.
- Jakiś ty punktualny. - Spojrzałam z uśmiechem na Leona siedzącego za kierownicą.
- Nastawiłem się na kilkominutowy postój, ale jak widać nie przedłużałaś randki - zaśmiał się.
- To nie była randka - zaprotestowałam. - My się prawie nie znamy.
Mój przyjaciel prychnął.
- Tak, i osoby które prawie się nie znają, spędzają ponad cztery godziny w kawiarni. Trochę to dziwne, nie uważasz?
- Właśnie się poznawaliśmy.
Zaśmiał się pod nosem. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy jakiś samochód wyjechał zza zakrętu. Zaklął cicho pod nosem. Uśmiechnęłam się z wyższością. Będzie mówił, że to ja jestem wybuchowa...
- Dobra - mruknął. - I jak to spotkanie wam minęło?
Westchnęłam.
- Jak każde inne - odparłam. - Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy. Fajnie było.
- Czego się o nim dowiedziałaś?
- Hmm - zamyśliłam się. - Jest Włochem i przeprowadził się do Buenos jako dziecko. Jego tata nie żyje, ma tylko matkę i jest jedynakiem. Lubi koty, ale ma na nie alergię. Skłamałam mu, że mam kotkę. I ciocię, która mieszka na wsi.
Leon spojrzał na mnie z politowaniem. - No naprawdę?
- Nie pytaj dlaczego, tak wyszło. - Wzruszyłam ramionami.
Zaśmiał się. - A jak zareagował, kiedy powiedziałaś mu o Katinie?
Przygryzłam wargę. Oparłam głowę o zagłówek i wbiłam wzrok w obraz za oknem. - Nie powiedziałam mu.
Zachłysnął się powietrzem. - Słucham?
- Nie powiedziałam mu - powtórzyłam. - Przecież nie musi o tym wiedzieć, nie jest mu to do szczęścia potrzebne.
- Jak mogłaś mu nie powiedzieć, że masz córkę?
- Chorą córkę - zaznaczyłam.
- Tym bardziej powinien wiedzieć na co się pisze - powiedział. - Wiesz co w tym momencie zrobiłaś? Wyrzekłaś się Katiny.
Spojrzałam na niego zdenerwowana.
- Nikogo się nie wyrzekłam! - Podniosłam głos. - Po prostu mu o niej nie powiedziałam, to nic złego!
- Wstydzisz się jej?
- To nasze pierwsze spotkanie, nie licząc tego, kiedy zalałam go kawą! - Nie zareagowałam. - Muszę mu się od razu ze wszystkiego spowiadać?
- Czy ty wiesz, jakby się czuła Katina, gdyby rozumiała to, że tak po prostu nie chciałaś się do niej przyznać?
Odwróciłam się w drugą stronę.
Może i miał rację. Może nie powinnam tego robić, może zrobiłam źle i kiedyś będę tego żałować, ale jak na razie wydawało mi się to jedynym odpowiednim wyjściem. Zrobiłam to co uważałam za słuszne. Będę martwić się tym dopiero wtedy, kiedy nabierze to większych rozmiarów.
- Odwieź mnie do domu.
Przyśpieszył. Wiedziałam, że jest zdenerwowany. No, to był w końcu Leon.
- Marco i Francesca chyba zostaną u ciebie na noc - odezwał się po chwili. - Francesca zasnęła jak usypiała Katinę, a Marco nie chce jej budzić, bo pierwszy raz od paru dni śpi spokojnie.
Pokiwałam tylko głową.
Dla mnie nie robiło to różnicy. Mało tego - byłam szczęśliwa, że z moją przyjaciółką jest coraz lepiej.
Dopiero teraz rozwinęłam karteczkę, którą trzymałam w dłoni.
0054 2853 843705 Zadzwoń kiedyś :)”
Kątem oka zobaczyłam, jak Leon uśmiecha się pod nosem.
Również to zrobiłam.
Jak widać, nie byłam tylko na jedno spotkanie. Czy powinnam się cieszyć?
Nie wiem. Ale cieszyłam się. 

No dobra, jest i trzecia część. Nie chce mi się nawet liczyć ile dni minęło od części drugiej, ale no... sporo, sporo. Kurde, mam nadzieję, że ktoś tutaj jeszcze jest :D
Więc tak. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za pomoc Agacie, która mi tam napisała jakiś fragment z którym nie dawałam sobie rady ;) Początkowa wersja była taka, że napisze ona praktycznie całego parta, jednak dostałam nagłego przypływu weny i dokończyłam sama xD  Oczywiście, z łatwością odróżnicie kto pisał jaki fragment, bo Agata pisze lepiej, także no :))
Pojawi się jeszcze część czwarta i to będzie raczej ostatnia, choć różnie może być, znając mnie i moją wenę :D Nie wiem kiedy się pojawi, mam nadzieję, że niebawem.
Ostatni tydzień szkoły (licząc od poniedziałku ;)) i koniec, kto się cieszy? Ja. Ja się cieszę bardzo bo w końcu sobie odpocznę i nie będę musiała zwlekać się z łóżka wpół do siódmej, a później jak idiotka lecieć na autobus bo się nie wyrabiam :D A tak w ogóle, to jutro śpię do dziesiątej i nie budzić, bo pozabijam ;>
Zapraszam jeszcze TUTAJ. Wczoraj pojawił się tam part, który napisałam razem z Little, no ale niestety blogger wariuje i się nikomu nie wyświetliło, że dodałyśmy ;) Zapraszam do czytania i komentowania :D
Dziękuję, że jesteście, że ze mną wytrzymujecie i czytacie to wszystko takie no <3333
Kocham was <333

PS. Widzieliście? Ankiety się ogarnęły xD Dziękuję za 204 taki!