Julii <3
Bo jest od samego początku - a to już ponad osiem miesięcy.
Bo jest taką cudowną osobą, którą bardzo mocno kocham <3
Dziękuję :*
Wysiadł
z samolotu.
Od
razu uderzył go powiew świeżego powietrza, które znaleźć można
tylko w Buenos Aires.
Byłe
naprawdę szczęśliwy, że mógł tutaj wrócić. Cieszył się, że
jest znów w swoim rodzinnym mieście, w mieście, w którym się
wychował i w którym spędził najlepsze lata swojego życia.
To właśnie tutaj
poznał moich przyjaciół. Tutaj uczęszczał do Studio21
później
Studio
OnBeat
gdzie rozwijał swoją miłość do muzyki.
Tutaj
też przeżywał swoje pierwsze miłości. Tu zakochał się
pierwszy, drugi, trzeci raz… Ale dopiero któryś związek z kolei
był dla niego związkiem trafionym, odpowiednim.
Jego
dziewczyną była wtedy Natalia Navarro. I zapewne byłaby nią
dalej, gdyby nie musiał wyjechać.
Ktoś
powiedziałby, że istnieje takie coś jak związek na odległość.
Tak, istnieje…
Ale
w ich przypadku to nie było takie proste.
Opuścił
Buenos Aires nic nie mówiąc swoim przyjaciołom. Nie poinformował
nikogo, nawet Jej. Nie mógł, miał ku temu swoje powody.
Odebrał
bagaże, zadzwonił po taksówkę, która odwiozła go pod sam dom.
Spacerował
właśnie po słonecznym Buenos Aires. Przypominał sobie wszystkie
miejsca i wspomnienia z nimi związane. Wszystko, swoich przyjaciół…
Przyjaciół,
których zostawił. Od których wyjechał bez słowa. Zdawał sobie
sprawę z tego, że zrobił źle. Wielokrotnie próbował dodzwonić
się do Camili, do Leona czy do samej Naty, ale nigdy żadne z nich
nie odebrało telefonu. Nie dziwił się temu, sam sobie na to
zasłużył.
Ale
teraz wrócił, i chciał im wszystko wyjaśnić. Chciał powiedzieć
im, co było powodem jego nagłego wyjazdu. Nie wiedział tylko, czy
będą chcieli ze nim porozmawiać. Nie wiedział też, czy będą
zdolni mu wybaczyć.
Czy
Natalia będzie zdolna mu wybaczyć.
Kiedy
tak chodził ulicami, uliczkami swojego rodzinnego miasta, przyglądał
się wszystkim wokół. Widział szczęśliwych ludzi ze swoimi
rodzinami, z dziećmi. Dużo było również nastolatków, którzy
spacerowali trzymając się za ręce. Kilka lat temu, on chodził tak
z Natalią…
Cóż,
Łamaga miał na drugie imię. Kolejny dowód. Potknął się o
kamień wystający z ziemi. Utrzymał równowagę, za to plastikowy
kubek z colą, który trzymał w ręce wypadł mu z dłoni i poleciał
do przodu. Usłyszał tylko cichy pisk jakiejś kobiety.
Odruchowo
poprawił czapkę.
-
O Boże... przepraszam - wyjąkał. - Jezu, przepraszam cię, ja...
Zamarł.
Te czarne loki poznałby wszędzie. Te brązowe oczy
śniły mu się co noc. Ta idealna twarz prześladowała go
każdego dnia.
Natalia.
Ale
coś było nie tak.
Nie stała.
Siedziała. Na wózku. Takim dużym, z wielkimi kołami po bokach. A
za nią stała jakaś para. Szybko rozpoznał Leona i Violettę. Nie
mógł ich zapomnieć.
- Jezu...
Dziewczyna podniosła
głowę. Patrzyła na niego przez chwilę. Potem twarz jej stężała.
- Zawieźcie mnie do
domu, muszę się przebrać - powiedziała.
Napotkał
przewiercający wzrok Leona i spojrzenie Violetty, pełne żalu.
- Słyszysz Leon? -
Nie spuszczała wzroku ze sprawcy wypadku. - Zawieź mnie do domu.
Chłopak
odchrząknął.
- Tak... już.
Jedziemy.
Obdarzając mnie
ostatnim spojrzeniem wykręcił wózek. Odeszli. Wszyscy.
A on stał jak
drewniany kołek na środku chodnika i patrzył na nich. Zawołał
jeszcze tylko „przepraszam” ale oni nie zwrócili na niego uwagi.
Dlaczego? Dlaczego
Naty nie szła po prostu na nogach? Tak jak Violetta i Leon. Nie
mogła?
Nie mieściło mu
się to w głowie. A może to zwykła operacja na kręgosłup, po
której trzeba przez jakiś czas jeździć na wózku? Przecież są
takie zabiegi. Zdarzają się, i to bardzo często.
Tylko dlaczego
właśnie jej?
Skręcił w boczną
uliczkę. Pamiętał to miejsce. Często tutaj bywał, czasami aż za
często, ale nie żałował, bo każde chwile tutaj spędzone, były
chwilami wspaniałymi.
Już kilkanaście
kroków przed odpowiednią bramą słyszał wesołe krzyki i
nawoływania.
- Zaraz dostaniesz
tą łopatą!
Uśmiechnął się
pod nosem. Ten denerwujący głos o specyficznej barwie znał i
pamiętał już od wielu lat. I nie mógł zapomnieć. Bo nie mógł
zapomnieć jego właścicielki, była w końcu jego przyjaciółką.
Zobaczył dom, w
którym ona mieszkała praktycznie od zawsze, odkąd pamiętał.
I zobaczył ją.
Cóż, nie wyglądała
za ciekawie nawet z tej odległości. Włosy miała całe w ziemi,
ubranie też nie wyglądało lepiej. Obok niej zauważył Brodueya.
Znak, że ich związek przetrwał, pomimo tych kłótni i sporów.
Pewnym krokiem
podszedł do furtki i nacisnął dzwonek się przy niej znajdujący.
Z otwartego domu
dało się słyszeć krótkie „ding - dong”. Camila i Broduey
odwrócili się w jego stronę, ale widocznie go nie rozpoznali.
Dziewczyna rzuciła łopatę na bok, uderzyła Brazylijczyka w ramię
i ruszyła w jego stronę.
- W czym mogę
pomóc? - spytała uśmiechając się szeroko.
Odwzajemnił to.
Poprawił
pomarańczową czapkę, którą miał na głowie. Specjalnie ją
założył - dostał ją od Cami na siedemnaste urodziny.
- Hmm nie wiem czy
dobrze trafiłem... - To udawanie miał perfekcyjnie wyćwiczone. -
Szukam Camili Torres, taka młoda dziewczyna. Ruda podobno jest. Tak
ludzie gadają.
Zmarszczyła czoło.
- Ludzie gadają...
O Boże.
Przyłożyła rękę
do twarzy. - Matko Boska... Maxi?
Zaśmiał się pod
nosem. - Aż tak się zmieniłem?
Jej twarz wyrażała
kompletny szok, nie wiedziała co się dzieje. Przyjaciel, którego
nie widziała tyle lat, który wyjechał bez pożegnania i zerwał
wszystkie kontakty, nagle wraca i staje przed nią jak gdyby nigdy
nic.
Myślała, że nie
będzie mogła mu tego wybaczyć, w tym momencie jednak uświadomiła
sobie, że nie umiałaby tego zrobić, bo jest dla niej zbyt ważny i
za bardzo go kocha, by tak po prostu z tym wszystkim skończyć.
- Ty idioto - Nawet
nie zauważyła, kiedy po jej policzkach zaczęły płynąć łzy -
gdzie ty byłeś? Tyle lat! Myślałam... myślałam... Boże...
Nie wytrzymała i
rzuciła mu się na szyję. Trochę zaskoczony stracił równowagę,
jednak odzyskawszy ją po chwili przytulił do siebie swoją
przyjaciółkę.
- Camila, tylko mi
tutaj nie płacz - poprosił. - Nie mogę patrzeć jak płaczesz.
- To ze szczęścia,
baranie - mruknęła w jego ramię. - I nie mów na mnie Ruda, nie
jestem ruda.
Odsunął ją od
siebie na długość swoich ramion i przyjrzał jej się.
- Przefarbowałaś
się? - spytał.
Uśmiechnęła się
przez łzy.
- Wcale nie jesteś
śmieszny. - Uderzyła go w ramię. - Gdzie ty byłeś? Gdzie ty
byłeś tyle lat? Ty sobie nie wyobrażasz, przez co my przeszliśmy!
Miałam w głowie same czarne scenariusze! Jesteś głupi, jesteś
nierozsądny, dziecinny i...
Chwycił ją za rękę
uniemożliwiając kolejne uderzenie.
- Musiałem wyjechać
- przerwał jej. - Uwierz mi, naprawdę musiałem.
W tym momencie
podszedł do nich Broduey. Stanął za Camilą i spojrzał uważnie
na Maxiego. Cóż, nie skakał ze szczęścia z jego powrotu.
Ale oni najpierw
musieli poznać całą prawdę, żeby zrozumieć i mu wybaczyć.
Chociaż Camila już
to chyba zrobiła.
- Muszę wam
wszystko wyjaśnić. - Spojrzał na Rudą, a później na jej
partnera. - Mogę wejść?
Dziewczyna
przygryzła wargę i rzuciła uważne spojrzenie Brodueyowi.
- Wchodź -
powiedział w końcu.
Camila stanęła
bliżej Brazylijczyka i przepuściła swojego przyjaciela.
A on wiedział, że
teraz nie ma odwrotu. I musi im wszystko powiedzieć. A oni? Oni po
prostu muszą mu wybaczyć. To na tym zależy mu najbardziej. Bo nic
innego go nie obchodzi.
- Nie wiem, czy
dobrze rozumiem... - zamyśliła się Camila. - Twój ojciec
zadzwonił do ciebie i powiedział, że jest chory? I potrzebuje
przeszczepu? Kazał ci przylecieć do Hiszpanii, ale nic nam nie
mówić? A później to wszystko okazało się jedynie kłamstwem?
Skinął głową i
westchnął. - Wiem, że to brzmi jak scena z jakiegoś dennego
dramatu, ale to prawda. Mój ojciec uważał, że nie powinienem
marnować się w Argentynie. Załatwił mi studia, wszystko. Chciał,
żebym zerwał z wami kontakty, uniemożliwił mi je. Chciałem do
was zadzwonić, uwierzcie mi, że chciałem, ale po prostu nie mogłem
- zatrzymał się. - A niedawno... Całkiem niedawno, bo dwa tygodnie
temu, mój ojciec zmarł. I może nie zabrzmi to najlepiej, ale
poczułem wtedy ulgę. I od razu wróciłem tutaj.
Rudowłosa oparła
głowę o ramię Brodueya. Ten wyciągnął jej grudki ziemi z
włosów. Spojrzał na Maxiego. - Wiesz co? Nie wiem dlaczego tak
szybko, ale wierzę ci. Nie sądzę, żebyś mógł tak kłamać.
Uśmiechnął się.
Odzyskał już
jednego przyjaciela. Camilę zapewne też. I cieszył się bo to
znaczy, że może wcale nie będzie tak ciężko jak się spodziewał.
- Kurde, no... no,
ja też ci wierzę, idioto. Ale spróbujesz... Spróbujesz jeszcze
raz zrobić mi takie coś...
- O nic się nie bój
- przerwał jej. - Zostaję już na stałe w Buenos Aires i nigdzie
się nie wybieram.
Rudowłosa
odetchnęła z ulgą. Bardzo za nim tęskniła. Myślała, że
zwariuje, kiedy tak nagle wyjechał, bez żadnego słowa. Był w
końcu jej najlepszym przyjacielem od dziecka.
- Em... - zająknął
się. - Spotkałem dzisiaj kogoś... Spotkałem Naty. Dlaczego...
Camila przygryzła
wargę i spojrzała z niepokojem na Brodueya.
- Jeździ na wózku?
- dokończył.
Maxi pokiwał
twierdząco głową. - Coś się... stało? Miała jakąś operację?
Kiedy będzie mogła normalnie chodzić? - dopytywał się.
Rudowłosa
westchnęła i odgarnęła włosy z twarzy. - Natalia nie chodzi, bo
kilka lat temu miała wypadek. I jest częściowo sparaliżowana od
pasa w dół.
Spojrzał na nią z
niedowierzaniem. Uniósł brwi do góry. Przez chwilę nic nie mówił,
nie mógł wydusić z siebie słowa.
- Żartujesz,
prawda? Powiedz mi, że tylko żartujesz. Przecież... przecież to
nie może być prawda.
- To jest prawda -
potwierdził Broduey. - Jechała sama samochodem, padał deszcz, było
ślisko. Wpadła w poślizg i zderzyła się z innym samochodem, on
uderzył centralnie w drzwi, po których stronie siedziała. Wypadek
jakich mało. A Naty miała wyjątkowo dużego pecha.
- Od tamtej pory jej
życie jest zupełnie inne - dodała Camila. - Ale jakoś sobie
radzi, nie chce, żeby się nad nią użalać.
Ukrył twarz w
dłoniach.
Wierzył, że gdyby
wtedy nie wyjechał, nic takiego by się nie wydarzyło. Na pewno nie
puściłby ją samą samochodem w deszcz. Ale nie było go przy niej.
Była sama.
Nie wiedział jak
spojrzy jej w oczy. Nie wiedział też, czy będzie miał taką
szansę, bo przecież ona może nie chcieć z nim rozmawiać.
Usłyszał głośne
pukanie do drzwi. Podniósł głowę.
Broduey wstał z
kanapy i ruszył do wiatrołapu. A po chwili dało się słyszeć
czyjś głos.
- Wrócił do Buenos
Aires. - To z pewnością był Leon. Poznał go. - Spotkaliśmy go na
ulicy. Czego on chce? Przysięgam, że jeśli znowu skrzywdzi tak
Naty, to...
Wszedł do salonu.
Zatrzymał się w pół kroku. Zdrętwiał.
Maxi stanął na
nogi. Po momencie zjawiła się przy nim Camila; położyła mu rękę
na ramieniu i spojrzała na niego uważnie, po czym przeniosła wzrok
na swojego przyjaciela.
- Leon, uspokój się
- zastrzegła go.
Prychnął. -
Jeszcze go bronisz? Po co on przyjechał? - Podszedł bliżej niego,
i już dzieliło ich tylko kilka centymetrów. - Po co przyjechałeś?
Wiedział, że może
nie powinien. Że może powinien zostać w tej cholernej Hiszpanii i
już nigdy nie wracać, żeby nie przysparzać im wszystkim kłopotu.
Ale musiał, wyrzuty sumienia zżerały go od środka i nie pozwalały
normalnie funkcjonować.
- Musiałem -
powiedział cicho. - Nie zrozumiesz.
- To zależy od
tego, jak dobrze będziesz się tłumaczył.
Czuł się jak na
przesłuchaniu. Ale powiedział im wszystko. Każdy szczegół. Swoje
nagłe odejście wyjaśniał Violetcie, Leonowi, Francesce, Marco,
Ludmile, Federico, Brodueyowi i Camili kolejny raz... Nie było tylko
Jej. Brakowało jej w ich gronie. Chciał ją znów zobaczyć,
spojrzeć na nią z miłością, podejść do niej, przytulić ją z
całej siły, przeprosić za swoją głupotę, za ten wyjazd i
powiedzieć jak bardzo ją kocha, że już jej nigdy nie opuści, że
będzie przy niej, bez względu na wszystko... Ale bał się. Bał
się tej cholernej konfrontacji między nim a Natalią, bo miał
świadomość, że ona może mu nie wytłumaczyć czegoś takiego, że
żal, który do niego czuje nigdy nie zniknie. Nie wiedział jak
silny on jest, czy z każdym dniem potęguje na silne, czy wzrasta,
czy może maleje... Ale wiedział, że jest i będzie mu naprawdę
ciężko przekonać Naty, że tak szczerze żałuje i już nigdy tego
nie zrobi...
Tak mijał kolejny
dzień jej bezcelowego życia. Nie miała wątpliwości, że właśnie
takie było, bo wiedziała, że przecież do niczego się już nie
nadaje. Kiedyś, pięć lat temu, jej życie było zupełnie inne,
takie, jak większości ludzi w jej wieku. Miała przyjaciół, miała
pasje i marzenia, a teraz? Teraz miała tylko ten cholerny wózek,
który nijak nie ułatwiał jej życia. Była już o tyle z siebie
dumna, że udało jej się w miarę samodzielnie funkcjonować, bo w
pierwszym roku po wypadku nie było to możliwe. Nie chciała nikogo
obciążać, przecież tylko ona była winna temu, że teraz jest jak
jest. W końcu to ona uparła się, żeby pojechać do tego sklepu,
inni nie chcieli, spotkanie z okazji rocznicy ukończenia szkoły
upływało doskonale i nie potrzeba było więcej jedzenia czy picia,
ale ona i tak pojechała. I spotkała ją za to najgorsza kara. A
przecież chciała tylko dobrze.
Usłyszała pukanie
do drzwi. Westchnęła cicho i wytarła mokre ręce o ścierkę.
Szybko wykręciła wózkiem i pojechała do wiatrołapu. Nacisnęła
klamkę.
A na widok tego,
kogo tam zobaczyła, zamarła.
Kiedy spotkała go
na ulicy myślała, że to tylko przywidzenie. Wprawdzie Violetta i
Leon mówili jej, że to był prawdziwy on, że to nie żadna
fatamorgana, ale ona nie wierzyła. Była pewna, że jej oczy płatają
jej figla.
Bo on nie mógł
wrócić. Wyjechał do Hiszpanii, nie poinformował nikogo i przez
prawie sześć lat nie dał znaku życia, dlaczego więc nagle miał
wrócić? Przecież to nierealne.
Mimo wszystko, mimo
tego, że wtedy ją zostawił, że nie pokazał, jak mu na niej
zależy, to kochała go. Kochała go i nie mogła nic na to poradzić,
choć chciała. Pragnęła przestać go kochać, przestać o nim
myśleć. Nie chciała widzieć jego twarzy w swoich snach, bo wtedy
coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że tak bardzo za nim
tęskni.
A teraz? Teraz stał
tutaj, żywy, prawdziwy.
Gdyby nie to, że
był razem z Camilą - w końcu tak bardzo się przyjaźnili - nie
uwierzyłaby, że to on. Przecież nie znał jej adresu, nie wiedział
nic.
Chciała zamknąć
drzwi, ale w swoim stanie mogła jedynie spróbować. On był
szybszy. Postawił swoją nogę między nie a framugę, jedną ręką
chwytając za klamkę.
- Tylko mnie
wysłuchaj - poprosił.
Zacisnęła zęby.
Jak on mógł ją o to prosić? Po tylu latach? Mimo, że go kochała,
to nie mogła wybaczyć. To było za trudne.
- Nie mam takiego
zamiaru.
- Natalia, on chce
ci wszystko wytłumaczyć - wtrąciła się rudowłosa.
Dziewczyna rzuciła
jej wrogie spojrzenie. - Nie broń go, nie zasługuje na to.
Spojrzał na nią z
bólem. Dlaczego tak mówiła? Przecież ona nic nie wiedziała, nie
miała pojęcia przez co musiał przechodzić.
- Naty, nie
zrozumiesz, póki mnie nie wysłuchasz. - Praktycznie błagał. Mógł
nawet przed nią uklęknąć. Byleby mu wybaczyła. Bo bez miłości,
bez wybaczenia, człowiek jest nikim i on dobrze o tym wiedział.
Chciał zobaczyć jak to jest. - Musisz mnie wysłuchać, ja ci
wszystko opowiem, ale...
- Nie - przerwała
mu. - Nie chcę mieć z tobą nic do czynienia. Idź stąd. Idź stąd
w tym momencie, rozumiesz? - Uparcie powstrzymywała łzy cisnące
jej się do oczu. Nie chciała pokazać jaka jest słaba. Nie jemu. -
Camila, zabierz go stąd.
Jej przyjaciółka
położyła Ponte rękę na ramieniu. - Nie teraz.
- Ale, Natalia...
- Maxi, jedź do
domu. Ona nie chce z tobą rozmawiać.
Spojrzał na nią
wzrokiem przepełnionym bólem. Dlaczego nie chciała go wysłuchać?
Przecież on tak bardzo ją kochał... Chciał to naprawić. Nie
wiedział, czy będzie to możliwe.
Odszedł. Bez słowa.
Kolejny raz. Ale tym razem na jej życzenie.
Przez chwilę
patrzyła za nim.
- Przemyśl to. -
Usłyszała głos Camili. - Daj mu jeszcze jedną szansę.
Nie odpowiedziała.
I nie zaszczycając jej ani jednym spojrzeniem wycofała się do domu
i zamknęła drzwi. Kiedy już nikt nie mógł jej zobaczyć, dała
upust emocjom. Z jej oczu wypłynęły gorzkie łzy, które znała
tak bardzo dobrze, bo przecież tyle razy miała okazję je
wycierać...
- Weź tą szklankę.
- Wskazała na blat. - Weź ją.
Spojrzał na nią
zdezorientowany. - Po co?
- Po prostu ją weź.
Nie spuszczając z
niej uważnego wzroku, posłusznie wziął szkło do ręki. Było
takie leciutkie, delikatne... Musiał uważać na każdy, nawet
najmniejszy ruch, aby go nie zniszczyć.
- Rzuć nią o
podłogę. - Napotkała jego zaskoczony wzrok. - Nie patrz tak na
mnie, rób co mówię. Rzuć nią.
Cisnął szklanką o
podłogę. Rozprysła się na miliony kawałeczków, a każdy pobiegł
w swoją stronę.
- A teraz przeproś.
Poskłada się na nowo?
W jej oczach mógł
dostrzec tyle bólu... Już nie widział tego chłodu i zimna, jak
przy pierwszym spotkaniu. Już nie była taka bezwzględna. Teraz
gubiła się w swoich myślach, nie wiedziała co ma robić.
A jemu nie
przeszkadzał nawet ten mebel, z którym nie mogła się rozstać.
Choćby chciała. Bo to była miłość bezwarunkowa, taka naprawdę
szczera.
- Natalia, to co
innego. Ja chcę naprawić swój błąd.
- Chcesz to zrobić
po sześciu latach swojej nieobecności? Chyba trochę za późno,
nie uważasz? Masz w ogóle szczęście, że wpuściłam cię do
domu. Możesz podziękować Camili.
Przygryzła wargę.
Utrudniał.
Utrudniał wszystko swoim uporem i chęcią pojednania. Jeszcze nie
dała mu szansy wytłumaczyć całej tej sytuacji. Nie wiedziała,
czy jest na to gotowa.
- Wiem, że jest ci
ciężko - odezwał się po chwili. - Ale tylko spróbuj. Nadal nie
możesz ze mną rozmawiać... Wiesz gdzie mieszkam. Przyjedź kiedyś,
jeśli będziesz mogła. A jeśli nie, to po prostu zadzwoń,
zostawiam ci twój numer. Mam nadzieję, że zrozumiesz.
Nadzieję, która
siedziała gdzieś tam w środku niego. Była taka maleńka i ledwo
wyczuwalna, ale była, i to się liczyło. Bo bez nadziei człowiek
jest nikim. Tak kiedyś powiedziała Natalia. Kiedyś. Ale wtedy byli
jeszcze szczęśliwi. Razem.
Od: Natalia
01/07/2014 14:26
Gdzie mieszkasz?
Podaj adres, przyjadę. Porozmawiamy.
Serce zabiło mu
mocniej. Nabrał powietrza w płuca, aby za chwilę wypuścić je z
głośnym świstem. A jednak się udało. Napisała do niego.
Napisała, i chciała przyjechać, porozmawiać. Może w końcu mu
wybaczy? Może będzie tak jak dawniej?
Zapomniał... Nic
nie będzie jak dawniej. Nic. Natalia jeździ na wózku, jej życie
jest teraz inne niż sześć lat temu. Tu już nie chodzi o niego,
ale o nią, to jej jest ciężej. On będzie ją kochał, mimo
wszystko. Zawsze ją kochał. To się nigdy nie zmieni.
Do: Natalia
01/07/2014 14:27
Tam gdzie
wcześniej. Wyjść po ciebie?
Od: Natalia
01/07/2014 14:27
Dam radę.
Modlił się tylko,
aby to wszystko się wyjaśniło, aby ona mu uwierzyła. Minęły dwa
tygodnie od jego przyjazdu, a ona dopiero teraz zdecydowała się
postawić krok na przód. Bała się, bała, on to wiedział i
rozumiał. Bała się bólu, który czuła po jego wyjeździe, nie
chciała przeżywać tego od nowa. Ale on już nie miał zamiaru
wyjeżdżać. Chciał tutaj zostać na zawsze. Ze swoimi
przyjaciółmi, z nimi chciał zostać. Chciał zostać z nią.
Patrzyła na niego
uważnie. Przygryzała wargę, na której pojawiło się już kilka
kropel krwi, ale ona się tym nie przejęła; nawet ich nie czuła.
A Maxi myślał, że
zaraz nie wytrzyma. Naty nie odzywała się już od kilku minut -
widocznie nadal analizowała jego wypowiedź. Opowiedział jej
wszystko, nawet te szczegóły, o których nie wspominał swoim
przyjaciołom. Ona miała prawo wszystko wiedzieć, ona musiała to
wiedzieć. Jej należała się cała, caluteńka prawda. Nie chciał
nic ukrywać. Nawet tych nic nieznaczących rzeczy.
- Długo obmyślałeś
to kłamstwo? - spytała w końcu.
Zamrugał szybciej
oczami. Nie uwierzyła mu. Sądziła, że łże. A on nie mógłby
tego zrobić.
- To nie jest
kłamstwo - zaprzeczył. - Powiedziałem ci teraz całą prawdę,
Naty...
- Maxi, powiedz mi,
jak mogę ci uwierzyć po sześciu latach? To wcale nie jest takie
proste, wiesz? Nie wyobrażasz sobie, co ja przeżywałam kiedy
wyjechałeś, przez co przechodziłam. Nie masz pojęcia jak się
czułam. Ja tak bardzo cię kochałam, a ty to zignorowałeś,
wyjechałeś sobie bez słowa do innego kraju, myślisz, że było mi
łatwo?
Wziął głęboki
oddech i ukrył twarz w dłoniach. Był głupi. Myślał, że tak
szybko wybaczy mu takie coś. A na to przecież potrzeba czasu. Ale
Maxi da jej go tyle, ile ona potrzebuje. Będzie czekać całą
wieczność, jeśli tylko ona mu wybaczy.
Nie wytrzymał. Nie
mógł znieść myśli, że ona może uważać, że zrobił to
specjalnie, że celowo wyjechał. Dał upust emocjom. I wiesz co?
Popłakał się. Popłakał się jak dziecko.
Podniósł głowę i
spojrzał na nią. Nie odezwał się.
Zdrętwiała, kiedy
zobaczyła łzy w jego oczach. Maxi nie mógł być tak dobrym
aktorem.
- Maxi, czy ty...
- Natalia, ja cię
kocham - przerwał jej. - Kocham się najbardziej na świecie, ty mi
musisz uwierzyć...
Ponownie przygryzła
wargę. Odblokowała wózek i podjechała do niego. Położyła dłoń
na jego dłoni. - Nie chciałam, żebyś płakał... - Spojrzała w
jego brązowe oczy, w których szkliły się łzy. Widziała w nich
tyle miłości, tyle nadziei... Sama również nie wytrzymała. Po
jej policzkach spływały już te słone krople, które tak często
roniła po jego wyjeździe. Teraz płakała znowu przez niego, ale...
Ale teraz miała nadzieję, że wszystko może być dobrze. - Maxi...
Wierzę ci. Wierzę.
Buenos Aires, 3
lipca 2014 rok
Drogi Maxi,
piszę ten list,
sama nie wiem dlaczego. Wiem, że to staromodne, jakby wycięte z
jakiegoś dennego średniowiecznego romansu. Wiem, że mogłam wysłać
Ci maila, esemesa lub po prostu powiedzieć Ci to wprost, ale nie
umiałam. Chcę, żebyś potraktował to serio.
Wiesz, że nigdy
nie przestałam Cię kochać? Nigdy. Zawsze o Tobie myślałam, nawet
jeśli nie chciałam tego robić. Po prostu nie mogłam przestać.
Teraz, gdy wróciłeś, w pierwszym momencie pomyślałam, że znowu
wszystko będzie jak dawniej. Ale Ty dobrze wiesz, że nigdy nie
będzie. Jestem kaleką i nie radzę sobie tak jak zdrowe dziewczyny
w moim wieku. Nie chcę obciążać Cię moimi problemami. Dlatego
uważam, że lepiej będzie, jeśli zostaniemy przyjaciółmi. Lepiej
dla nas obojga. Proszę, odpisz cokolwiek,
Natalia.
Buenos Aires, 4
lipca 2014 rok
Natalia,
nie wiem
dziewczyno, skąd Ci to przyszło do głowy. Chyba najpierw pisałaś,
a dopiero później myślałaś. Cóż, zawsze tak robiłaś, odkąd
pamiętam. Ale nie martw się, wybaczam Ci tą pomyłkę. Przecież
każdemu może się zdarzyć. A w miłości podobno wybacza się
wszystko, prawda?
Już powiedziałem
Ci, że twój wózek mi w niczym nie przeszkadza. Kocham Cię za
twoje serce, za twój charakter, a nie za wygląd, choć też jest
wspaniały.
Tak, wiem, że
chcesz mnie ukarać za to, że wcześniej Cię zostawiłem, ale jeśli
zostaniemy przyjaciółmi, to będzie chyba przesada. Nie sądzisz
chyba, że mógłbym to jakoś przeżyć, nie? Więc proszę Cię,
Naty, nie pisz mi już więcej takich listów (inne możesz pisać,
nie ma sprawy, lubię listy), bo nie mogę ich czytać. Pamiętaj, że
zawsze będę Cię kochać,
Maxi.
Siedzieli
uśmiechnięci przy oknie; każde w swoim domu. Patrzyli na ten sam
księżyc, świecący na ciemnoniebieskim niebie. Liczyli te same
gwiazdy. W ręku trzymali list; on inny, ona również. On w kółko
czytał jedno i to samo zdanie: „Wiesz, że nigdy nie przestałam
Cię kochać? Nigdy.” a ona cały list, z każdym kolejnym
razem przekonując się, że „prawdziwa miłość nigdy nie
umiera.
Choć zakochani
od siebie odejdą.”
Tak oto prezentuje się długo wyczekiwany (taak, wmawiaj sobie. Ciekawe kto go wyczekiwał, pff) part o Naxi. Powiem wam, że jestem z niego zadowolona. Hmm może to przez to, że zmieniłam perspektywę? Ale cóż, chyba każdy, kto zaczyna pisać - a przynajmniej większość, jak zauważyłam xD, - pisze w narracji pierwszoosobowej. Dopiero później się człowiek przestawia na trzecioosobową. I tak jest lepiej :)
Jak wam mijają wakacje? Ja byłam na tydzień u rodziny, teraz siedzę w domu :P Wycieczka jakaś się szykuje, ale ja tam jeszcze mało wiem, tak w ogóle xD Cóż, ale to w końcu ja.
Nie będę wam tutaj ględzić i tak dalej, bo nawet nie mam o czym. Zapraszam do czytania, a jak już przeczytaliście, to do komentowania ;)
I zapraszam też do udziału w konkursie na parta :D
Kocham was <3333
