-
Myślę, że już możemy ją wypuścić. - Mężczyzna spojrzał na
zegarek. - Wydaje mi się, że wystarczająco długo tam leży. -
Ruszył w głąb korytarza. - Mam nadzieję, że już jest lepiej.
Pacjenci zwykle niezbyt miło wspominają pobyt w izolatce. I
zazwyczaj starają się tam więcej na trafić. Proszę tutaj
zaczekać.
Przekręcił
klucz w zamku i wszedł do jakiegoś pomieszczenia, zamykając za
sobą drzwi by po chwili ponownie je otworzyć. Przy jego boku
stała, widocznie otępiała, Camila. Na jego widok podbiegła do
niego chwiejnie i rzuciła się w jego ramiona. Oparła głowę o
jego ramię, oddychając ciężko. Mężczyzna skinął powoli głową,
po czym odszedł, zostawiając ich samych.
-
Spokojnie, kochanie. - Pogłaskał ją po plecach. - Spokojnie,
chodź, usiądziemy.
Poprowadził
ją do jednego z szerokich parapetów. Posadził ją na nim, a sam
stanął przed nią. Dotknął dłonią jej twarzy. - W porządku?
Pokiwała,
powoli głową, podnosząc ją i spoglądając na niego.
-
Kochasz mnie? - spytała.
Spojrzał
na nią z niedowierzaniem. - Oczywiście, że cię kocham, jak mogłaś
pomyśleć inaczej?
Patrzyła
na niego jeszcze przez moment, po czym buchnęła głośnym płaczem.
-
Ja nie chciałam - powiedziała przez łzy. - Ja naprawdę nie
chciałam. Tylko ja już miałam dość i nie chciałam tam iść i
znowu...
-
Cami. - Chwycił ją za ramiona i przyłożył jej palec do ust. -
Spokojnie, cichutko. Rozumiem. Rozumiem, nie płacz.
-
Nie jesteś zły?
Uśmiechnął
się lekko. - Jasne, że nie, skarbie. Nie mam dlaczego być zły.
Przecież w końcu dlatego tutaj jesteś. Musisz nauczyć się...
panować nad sobą, wiesz?
Przełknęła
łzy i pokiwała powoli głową.
-
Lekarz powiedział wczoraj na terapii, że dobrze mi idzie -
wykrztusiła.
Ujął
jej dłoń.
-
To świetnie. Mówiłem, że dasz sobie radę, widzisz? Jestem z
ciebie dumny, kochanie.
Na
jej zaczerwienionej twarzy wykwitł delikatny uśmiech. - Ale jeszcze
nie puszczają mnie samej do łazienki.
Rzucił
krótkie spojrzenie na jej ręce, których już - na szczęście -
nie przyozdabiały te śnieżnobiałe bandaże, widać jednak na nich
było ślady przesadnego szorowania.
-
Wydaje mi się, że na to będziesz musiała jeszcze trochę
poczekać.
Zarzuciła
ręce na jego kark i przywarła do niego całą sobą.
-
Kocham cię - szepnęła.
-
Ja też cię kocham - odpowiedział. - Kocham cię najbardziej na
świecie.
Po
chwili odsunęła się od niego.
-
Ava nie pyta o mnie? - spytała, ocierając łzy wierzchem dłoni.
Uśmiechnął
się. - Jasne, że pyta, i to codziennie. Nie może się doczekać,
aż wrócisz do domu. Chciała cię odwiedzić, ale sądzę, że to
jeszcze za wcześnie. Porozmawiam z lekarzem i może za kilka dni ją
do ciebie przyprowadzę, chcesz?
-
Jeszcze pytasz? - Odwzajemniła uśmiech. - Oczywiście, że chcę.
Odgarnął
jej włosy z twarzy. Przez chwilę nie mówił nic.
-
Miałem ogromne szczęście, że cię poznałem - wyznał w końcu.
Nie
odpowiedziała, ale czuła dokładnie to samo. Bez niego jej życie
nie miałoby sensu. Kto by teraz przy niej był? Kto by jej pomagał?
On był jej częścią, taką nieodłączną, bez której nic nie
miałoby sensu.
-
Jak smakował ci obiad? - Ktoś zaskoczył ją od tyłu i położył
jej ręce na ramionach, aż podskoczyła. - Jak dla mnie był
okropny. Jak jadam tutaj dwa lata, nigdy nie zrobili nic porządnego
do jedzenia. Strasznie na nas oszczędzają. Szkoda im kasy na takich
czubków jak my, zgadzasz się ze mną? A mówili, że to ja jestem
zwyrodniałą matką, bo zagłodziłam swojego syna. Wiesz,
oczywiście to nieprawda, ale ty zapewne boisz się mnie jak wszyscy.
Wmówili wam, że jestem nienormalna, a nie, nie, to nieprawda! Ja
jestem zupełnie normalna, a wiesz, Donato był trudnym dzieciakiem,
tak, wiem, miał dopiero sześć lat, ale...
-
Abello, zostaw panią Nascimento i proszę, idź do sali numer
cztery, masz teraz terapię grupową. - Jej monolog przerwał głos
pielęgniarki.
-
…ciężko było nad nim zapanować, możesz mi uwierzyć -
ciągnęła, nie zwracając na nią uwagi. Camila patrzyła na nią z
otwartymi ustami, próbując coś powiedzieć, jednak ilekroć
chciała wypowiedzieć jakieś słowo, ona zaczynała kolejną
kwestię. - Wmówili wszystkim kompletne kłamstwo, nawet ja
uwierzyłam, że coś jest ze mną nie tak, aż w końcu...
-
Abello, pani psycholog czeka tylko na ciebie, zapraszam. - Kobieta,
chwyciła ją za rękę i pociągnęła delikatnie w stronę
korytarza. - A tobie, Camilo, przypominam, że o siedemnastej masz
terapię indywidualną.
-
...zrozumiałam wszystko i zaczęłam się sprzeciwiać, to gdzie
mnie zamknęli? Tak, tak, tutaj! Och, a ty, dlaczego tutaj jesteś?
Nigdy mi nie mówiłaś, może spotkamy się później, będziesz
miała chwilę czasu, żeby po...
-
Do widzenia, Camilo - rzuciła pielęgniarka i odeszła, ciągnąc za
sobą kobietę.
Dziewczyna
uśmiechnęła się sama do siebie.
Strasznie
było jej żal. Znała ją dosyć dobrze, Abella osaczyła ją już w
pierwszym tygodniu po jej przybyciu tutaj. Była starszą panią
cierpiącą na schizofrenię, każdego dnia wymyślała inne
historie, dlaczego przebywa w szpitalu. Raz opowiadała o próbie
zabójstwa swojego męża, którego w rzeczywistości nigdy nie
miała, a innym razem właśnie o tym, jak zagłodziła na śmierć
swojego sześcioletniego syna, którego również nigdy nie miała.
-
Cami! - Ledwie się odwróciła, doskoczyła do niej jej przyjaciółka
całując ją w policzek i przytulając mocno do siebie. - Boże, jak
ja się za tobą stęskniłam! - Chwyciła ją za ramiona i odsunęła
na długość swoich ramion. - Chciałam cię wcześniej odwiedzić,
ale lekarz nie pozwalał, jaki on głupi! Jeju, Camila...
-
Fran, spokojnie - uśmiechnęła się. - Też tęskniłam, no
jasne... - Mimo woli kolejny raz się do niej przytuliła.
-
A jak już cię wypuszczą, to pójdziemy do fryzjera - powiedziała
w jej ramię. - Okropne masz te włosy, musisz je trochę podciąć,
bo końcówki ci się zniszczyły, no i najlepiej byłoby, gdybyś je
znowu zafarbowała, wiesz, odrosty nie wyglądają dobrze...
-
Kochanie, daj jej odetchnąć. - Marco, który pojawił się znikąd,
położył jej rękę na ramieniu.
Podniosła
głowę i spojrzała na niego uśmiechając się, a Francesca odsunęła
się od niej i odwróciła w jego stronę z urażoną miną.
-
Rozmawiam z przyjaciółką, której nie widziałam przez miesiąc,
więc, z łaski swojej, przymknij się, skarbie.
Chłopak
uniósł wskazujący palec i otworzył usta, jakby chciał coś
powiedzieć, ale chyba zrezygnował, bo opuścił rękę i uśmiechnął
się do rudowłosej.
-
Jak się czujesz?
-
A jak ma się czuć? - Ciemnowłosa dźgnęła go palcem w pierś. -
Nie zadawaj głupich pytań, Marco. Jak byś się czuł gdyby...
-
Francesca - przerwał jej. - Zobacz - Wskazał ręką gdzieś w głąb
korytarza - tam jest taki fajny automat z kawą. Idź do niego - Wyciągnął z kieszeni portfel i wyjął z niego kilka drobnych - i
kup trzy kawy.
-
Ja nie chcę, jestem dopiero po obiedzie - odezwała się Camila.
-
To dwie - poprawił Marco wciskając jej do ręki pieniądze. - Kup
te kawy i czekaj na nas, jasne?
Spojrzała
na niego spod byka. - Wyganiasz mnie?
-
Oczywiście, że nie - zaprzeczył natychmiast. - Proszę cię tylko,
żebyś kupiła kawę. Chyba możesz to zrobić, tak?
Mruknęła
coś pod nosem, po czym odwróciła się i szybkim krokiem odeszła.
-
Jesteś okrutny - zarzuciła mu, jednocześnie uśmiechając się.
Zaśmiał
się. - Francesca trochę za bardzo wszystko przeżywa. A ja nie
chcę, żeby cię staranowała. Nie jesteś jeszcze gotowa na jej
nagłe wybuchy radości. Słabo wyglądasz.
Doskonale
wiedziała w jakim jest stanie. Cóż, od jakiegoś miesiąca w ogóle
się nie malowała, włosy czesała raz dziennie, czasami nawet
wcale, bo nie było takiej potrzeby. Chodziła tylko w dresie, w
sumie to miała ich trzy. Na nogach zwykle miała jakieś ciemne
skarpety, bo nie zawsze chciało jej się zakładać kapcie, a
podłoga na korytarzach nie była jakoś specjalnie czysta.
-
To przez te leki - wyjaśniła pocierając czoło. - Trochę
omamiają.
-
No jasne. - Złapał ją za rękę, bo zachwiała się
niebezpiecznie. - Można tu gdzieś usiąść?
Pokiwała
głową i włożyła rękę pod jego ramię. - Pójdziemy na
świetlicę. Powinno nie być dużo ludzi.
Ruszyli
w kierunku ciemnowłosej, która stała przy automacie i ze
zniecierpliwieniem stukała w jego bok. W jednej ręce trzymała już
kubek z kawą.
-
Proszę bardzo. - Wcisnęła mu go do ręki. - Twoja kawa. Taka, jaką
lubisz.
Spojrzał
na nią uważnie, po czym z wahaniem upił łyka. Natychmiast się
skrzywił. - Przecież ona jest gorzka.
-
Oczywiście. - Wzruszyła ramionami. - Zupełnie jak ty.
Camila
wybuchnęła głośnym śmiechem i mogła przysiąc, że na twarzy
Francesci pojawił się uśmiech. Po chwili schyliła się i wyjęła
z automatu drugą kawę.
-
Masz - wcisnęła mu ją do drugiej ręki i zabrała drugi kubek - i
już nie płacz.
Uśmiechnął się.
-
Kocham cię - powiedział.
-
Nie podlizuj się - mruknęła. Widać było jak powstrzymuje się od uśmiechu. W końcu nie wytrzymała. - Nie lubię cię. - Zaśmiała
się i upiła łyka z kubka. - Gdzie idziemy?
-
Na świetlicę - powtórzyła rudowłosa ruszając przed siebie.
-
Więc musisz mi wszystko opowiedzieć - zadecydowała Francesca,
kiedy siadali przy jednym ze stołów. - Nie widziałam cię przez
cały miesiąc, a na pewno tak dużo się działo!
Prychnęła.
- Nie wiem co ciekawego może dziać się w szpitalu
psychiatrycznym.
-
Broduey coś tam nam mówił - wtrącił Marco - że na terapiach
dobrze ci idzie i że jest coraz lepiej.
Zaśmiała
się pod nosem. Wzruszyła ramionami.
-
Chyba tak - wymruczała. - Chociaż sama nie wiem. Wczoraj nawet
puścili mnie samą do łazienki. Pierwszy raz mogłam się wykąpać
jak człowiek.
-
To świetnie! - Ucieszyła się ciemnowłosa. Zmarszczyła jednak
czoło na widok miny swojej przyjaciółki. - Coś nie tak?
Westchnęła.
Podciągnęła kolana pod brodę i oparła na nich głowę.
-
Choćbym nie wiadomo jak bardzo się starała, nie mogę przestać -
odezwała się cicho, z wzrokiem wbitym w stół. - To jest
silniejsze ode mnie.
Jej
przyjaciele spojrzeli na nią ze współczuciem.
-
Wiemy o tym. - Marco pochylił się nad stołem w jej kierunku. -
Przecież właśnie dlatego tutaj jesteś.
Odchyliła
głowę do tyłu i jęknęła głośno. - Ale to już miesiąc, cały
miesiąc. Siedzę już tutaj tyle czasu, tak długo nie widziałam
Avy i pocieszam się tylko tym, że jak już będę normalna, to
spotkam się ze swoim dzieckiem, ale teraz się na to jakoś nie
zapowiada.
Francesca
chyba chciała coś powiedzieć, ale uciszyła ją gestem ręki. -
Nie, nie chcę słyszeć, że wszystko będzie dobrze, że to, że
tamto, bo to mi w niczym nie pomaga, mam już tego dość. Proszę
was tylko o jedno. Nie mówcie nic Brodueyowi.
-
O czym mają mi nie mówić?
Odwróciła
się gwałtownie. Jęknęła w duchu, kiedy zobaczyła za sobą
swojego męża, wpatrującego się w nią z uwagą. Poderwała się
na nogi.
-
Kochanie. - Na jej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Chwyciła
go za rękę. - Jak dobrze, że jesteś.
Zmierzył
ją wzrokiem z góry na dół.
-
O czym mam nie wiedzieć? - powtórzył.
-
Aa, o niczym takim. - Machnęła lekceważąco ręką. - To zdanie
wyrwane z kontekstu. Nie miałeść przyjść dopiero jutro?
-
Camila, nie rób ze mnie idioty. Przecież dobrze...
Usłyszeli
huk. Automatycznie odwrócili się za siebie. Ciemnobrązowe oczy
Argentynki od razu zauważyły wysoką kobietę kucającą na ziemi i
jednocześnie próbującą pozbierać kawałki rozbitego kubka. Na
podłodze widziała wielką plamę z kawy.
Zdrętwiała.
Zacisnęła dłoń na ręce Brodueya.
-
Wychodzimy - powiedział chwytając ją za ramię i odwracając w
drugą stronę.
Wyprowadził
ją ze świetlicy bez zbędnych trudności, nie opierała się. Zaraz
za nimi wyszli ich przyjaciele.
-
Oni to posprzątają, prawda? - spytała pocierając czoło i
wzdychając głęboko.
-
Grunt, że ty tego nie zrobisz - zauważył puszczając jej rękę.
Uśmiechnął się. - Świetnie sobie poradziłaś. Dlatego nie będę
wnikał w to, czego nie mam się dowiedzieć. Domyślam się. Ale
uznajmy, że nic nie słyszałem.
Zaśmiała
się i zarzuciła mu ręce na szyję przytulając się do niego całą
sobą.
-
Nascimento! - Usłyszeli wołanie. Oderwała się od niego z ciężkim
westchnieniem. - Camila Nascimento!
Podniosła
rękę do góry i pomachała nią w kierunku pielęgniarki stojącej
po drugiej stronie korytarza. - Tutaj jestem!
Kobieta
ruszyła ku nim dziarskim krokiem.
-
Pani Nascimento, dlaczego nie ma pani w pokoju? - zapytała opierając
dłonie na biodrach.
-
Lekarz pozwolił mi spotkać się ze znajomymi i z mężem - odparła
poprawiając włosy. - Nie mówił pani?
Zmierzyła
ja groźnym wzrokiem. - Nie, nie wspomniał mi o tym. - Wyciągnęła
do niej rękę z tabletkami. - Proszę to połknąć.
Później
odwróciła się i odeszła, nie spoglądając na żadnego z nich.
-
Nie lubi mnie - wyjaśniła przełykając leki. - Od samego początku.
-
Dlaczego? - Zdziwiła się Francesca.
Wzruszyła
ramionami. - Nie wiem. Ona nikogo nie lubi. Wiecie, niespełnione
ambicje. Podobno chciała być lekarzem. Wyszło na to, że roznosi
leki chorym psychicznie. Życie to jest jednak niesprawiedliwe. -
Pokręciła zrezygnowana głową, po czym parsknęła śmiechem. -
Serio, nieprzyjemna kobieta.
-
A czy ty lubisz kogokolwiek stąd? - spytał rozbawiony Marco.
-
Oczywiście - przytaknęła. - Mój lekarz prowadzący jest w
porządku. Chociaż czasami mnie denerwuje. Ale w sumie moja...
-
No jasne. - Broduey obiął ją ramieniem i przyciągnął do siebie
całując w czoło. - Zawsze jest jakieś ale.
-
Bo taka jest prawda - mruknęła opierając głowę o jego ramię. -
Nikt nie...
-
Jak ja cię kocham.
Spojrzała
na niego zdziwiona.
-
No co? - spytał. - Dziwi cię to?
-
Em... no... nie.
-
Powinienem częściej ci to mówić?
-
Broduey... - Uderzyła go rozbawiona w pierś. - Nie zmieniaj tematu.
-
Zmienię, bardzo chętnie. Fran, Marco, co tam u was?
Włoszka
zaśmiała się dosyć głośno, czym zwróciła uwagę pielęgniarki
znajdującej się na drugim końcu korytarza, jednak - jak to ona -
nie przejęła się tym.
-
Ja muszę Camili tyle opowiedzieć, że nie wiem, czy starczy mi
czasu...
-
A co wy na to - odezwał się Marco - żeby dziewczyny tutaj zostały,
porozmawiały, a my przyjedziemy później?
-
To jest bardzo dobry pomysł! - Ucieszyła się Francesca. - Dajcie
nam trzy godziny, to zdążę ze wszystkim!
-
Jaką masz dla mnie niespodziankę? - jęknęła, kiedy zakrył jej
oczy ręką. - Wiesz, że nienawidzę niespodzianek.
-
Ta ci się spodoba, gwarantuję ci to.
-
Nienawidzę żadnych - podkreśliła - niespodzianek. Żadnych,
Broduey, więc...
-
Och, Camila, ucisz się, błagam cię.
-
Zimno mi.
-
Już nie wymyślaj, wcale nie jest zimno.
-
Broduey, wieje wiatr, a temperatura...
-
Temperatura jest w porządku, ale jeśli nie przestaniesz otwierać
tych ust to cię zawieje, zobaczysz.
-
A to wszystko przez ciebie! Gdybyś nie...
Westchnął.
Jedną ręką zasłonił jej usta. - Moja mama miała rację, jak
mówiła, że wam, Argentynkom, to nigdy nic nie pasuje.
Wiedział
co mówi. Zawsze denerwowała się, kiedy słyszała te słowa. Cóż,
nie lubiła swojej teściowej.
Mruknęła
tylko coś pod nosem. Zaśmiał się. Poprowadził ją do przodu,
kilka razy podtrzymując, kiedy potknęła się o własne nogi.
-
Jesteś gotowa?
Nie
mogąc nic powiedzieć, pokręciła przecząco głową. Założyła
ręce na piersi.
-
No trudno.
Odsłonił
jej oczy. Na początku uderzyły w nią promienie słońca, dopiero
po chwili jej oczy przyzwyczaiły się do tej jasności. Naburmuszyła
się.
-
Nie widzę tutaj żadnej niespodzianki - mruknęła.
-
To się rozejrzyj, skarbie.
Z
głośnym jękiem odwróciła się za siebie. I zamarła.
Od
końca podwórka, w jej stronę, biegła mała, dziesięcioletnia
dziewczynka. Jej długie, brązowe włosy powiewały na wietrze. Na
jej twarzy malował się szeroki uśmiech.
Nie
widziała jej prawie dwa miesiące. Nie pozwolili jej. Kilka dni
przed tym, jak miała się z nią spotkać, znowu straciła nad sobą
panowanie. Trafiła najpierw do izolatki, kolejny już raz. Kiedy to
nie pomogło, przeszła przez elektrowstrząsy, po których przez
długi czas dochodziła do siebie. Była zła na siebie jak nigdy
wcześniej. Usychała z tęsknoty za swoim dzieckiem. A teraz ono
biegnie w jej stronę, jest tutaj, cieszy się.
-
O Jezu... - szepnęła, kiedy dziewczynka znajdowała się tylko
kilka metrów od niej.
-
Mama! - Ava wpadła w jej ramiona. Podniosła ją do góry, co może
nie było zbyt dobrym pomysłem, bo jej córka w końcu nie była już
małym dzieckiem, a i ona miała mniej siły niż zwykle. Poczuła,
jak Broduey objął ją jedną ręką w talii, a drugą pomógł jej
przytrzymać Avę.
-
Jak ja za tobą tęskniłam, córeczko. - Wtuliła twarz w jej gęste
włosy. - Moja malutka...
Dziewczynka
odsunęła się trochę od niej. - Tata mówił, że cały czas o
mnie pytałaś!
-
Oczywiście - potwierdziła. - Nie mogłam się już doczekać,
kochanie.
Jej
mąż chyba zauważył, że trochę zbyt bardzo się wysila, bo
zabrał jej Avę i postawił ją na ziemi.
Resztę
dnia - a dokładniej godzinę, która przeznaczona była w
poniedziałki na odwiedziny - spędzili w swoim towarzystwie,
rozmawiając o wszystkim i o niczym. Camila nadrabiała dwa miesiące
bez swojego dziecka. Cieszyła się jak nigdy wcześniej. Nie
sądziła, że można tak bardzo tęsknić za taką małą istotką.
Wziął
od niej czarną torbę. - Jesteś gotowa?
Pokiwała
głową. Rzuciła ostatnie spojrzenie na pokój, w którym spędziła
ostatnie trzy miesiące. Spojrzała na ładne, drewniane łóżko
przykryte tak bardzo nieprzyjemną, białą pościelą i czerwonym
kocem. Drewniana szafka nocna stojąca przy posłaniu była już
pusta, czekała na kolejnego lokatora.
Była
zdrowa. Opuszczała ten pokój z postanowieniem, by już nigdy do
niego nie wrócić. Wiedziała, że to może się zdarzyć. Obiecała
sobie jednak, że do tego nie dopuści. Już nie. Poza tym, ma przy
sobie kogoś, kto jej pomoże, kto zawsze chciał jej pomóc.
-
Poczekaj na mnie, pójdę po twój wypis.
Usiadła
na plastikowym krześle na korytarzu.
Podeszło
do niej kilka osób. Chcieli się pożegnać. Była starsza kobieta,
która załamała się po śmierci męża i dziecka. Była młoda
dziewczyna, niemal nastolatka, która również chorowała na nerwicę
natręctw. Trafiła tutaj całkiem niedawno, bo kilka tygodni temu. W
oczy rzucały się grube bandaże na jej rękach. Camila odruchowo
spojrzała na swoje. Były odsłonięte. Z bliznami, ale to nie
ważne.
Podszedł
do niej również chłopak. Cierpiał na anoreksję. Pierwszy raz spotkała chłopaka chorego na anoreksję. Głupie stereotypy mówiły
tylko o dziewczynach. A przecież w tych czasach każdy chce wyglądać
dobrze. Za dobrze.
W
tym miejscu poznała wiele osób. Wiedziała, że nie może
utrzymywać z nimi kontaktów, przynajmniej nie ze wszystkimi. Ale
wiedziała również, że nigdy o nich nie zapomni. Już tęskniła
za wieczornymi rozmowami ze starszym panem z innego oddziału, który
chorował na rozdwojenie jaźni. Był nauczycielem, za bardzo oddał
się swojej pracy i zachorował.
Nigdy
nie zapomni też o tej młodej kobiecie ze schizofrenią. Mimo jej
dolegliwości, tak bardzo się z nią dogadywała. Tak samo jak
Camila, cierpiała na bezsenność. Dostała nawet pozwolenie na
odwiedzanie jej oddziału w nocy. Potrafiły siedzieć w pustej,
ciemnej świetlicy i rozmawiać o wszystkim i o niczym. Często też
grały razem w ping ponga, Camila zawsze dawała jej wygrać, ona tak
to uwielbiała. Czasami po prostu też szwendały się w milczeniu po
pogrążonych w mroku korytarzach.
-
Możemy iść?
Podniosła
głowę. Przed nią stał Broduey. Uśmiechał się. Odwzajemniła
uśmiech i wstała.
-
Tak. Możemy.
Chwyciła
go za rękę. Wyszli z budynku na zewnątrz. Jeszcze na podwórku
pożegnała się z kilkoma osobami. Kiedy wychodziła przez bramę na
ulicę, czuła łzy w swoich oczach.
Były
to łzy szczęścia. Ale jednocześnie i bólu.
Teraz
o tym wiedziała.
Ktoś
zastukał w drzwi kabiny.
-
Kończ już - powiedział.
-
Jeszcze chwila - odparła, odkładając żel pod prysznic na półkę.
Jakieś
pół minuty później zapukał ponownie. - Camila, wychodź.
-
Daj mi jeszcze pięć minut...
-
Wystarczy.
Bez
ostrzeżenia odsunął drzwi. Wyciągnął jej prysznic z ręki.
Chwycił ją pod pachami i wyciągnął z kabiny.
-
Nic bym nie zrobiła... - jęknęła, kiedy posadził ją na krześle
i zarzucił na nią ręcznik. - Przecież o tym wiesz.
-
Jeszcze ci do końca nie wierzę. - Wziął drugi ręcznik i zaczął
szybko wycierać jej nogi.
Nie
odpowiedziała. Zaparła się rękami o brzeg krzesła. Nie podniósł
głowy, w dalszym ciągu zajęty wysuszaniem całego jej, tak bardzo
pięknego ciała. Patrzyła na niego, a jej usta były lekko otwarte.
-
Coś nie tak? - spytał spoglądając na nią.
Pokręciła
przecząco głową. - Zastanawiam się tylko, czym sobie na ciebie
zasłużyłam.
Uśmiechnął
się.
-
Lepsze jest pytanie, czym ja zasłużyłem sobie na ciebie.
Odwzajemniła
go. - Nie mam pojęcia.
Zaśmiał
się pod nosem. Ściągnął ręcznik z jej ramion, odsłaniając jej
piersi. Nie wstydziła się. W końcu go kochała. Zaczął wycierać
górną część jej ciała. Kiedy skończył, założył na nią
szlafrok. Wziął ją na ręce. - Moja księżniczka nie może się
przemęczać - stwierdził.
Weszli
do sypialni. Postawił ją na nogi przy łóżku.
Szybko
przebrała się w piżamę. Usiadła na brzegu posłania i wzięła
szczotkę do ręki. Usiadł za nią.
-
Mogę ja to zrobić? - spytał, ale nie czekał na odpowiedź bo
wyjął jej szczotkę z dłoni. Zaczął powoli rozczesywać jej
mokre włosy.
Nie
rozmawiali ze sobą. Trwali w milczeniu, każde pogrążone w swoich
myślach.
Kiedy
po dziesięciu minutach skończył, położyli się obok siebie na
łóżku. Położyła głowę na jego klatce piersiowej.
-
Kocham cię - powiedziała cicho.
Minęła
chwila za nim odpowiedział.
-
Ja też cię kocham. Kocham cię najbardziej na świecie. I zawsze
przy tobie będę.
Wiedziała.
Wierzyła. Bo kochała. Kochała. I żyła.
Wiem, że miał być wcześniej, ale myślałam, że może jeszcze ktoś skomentuje. No cóż, nie skomentował nikt więcej. Nie ukrywam, trochę mi przykro, ale wierzę, że ktoś jeszcze to czyta, ale nie komentuje. U mnie w szkole istna masakra, więc rozumiem :)
Zapraszam do wysłuchania coveru:
Kocham was, mam nadzieję, ze part się podobał <3
Bardzo proszę o komentarze (chociaż ta słynna kropka lub przecinek).
Wiem, że miał być wcześniej, ale myślałam, że może jeszcze ktoś skomentuje. No cóż, nie skomentował nikt więcej. Nie ukrywam, trochę mi przykro, ale wierzę, że ktoś jeszcze to czyta, ale nie komentuje. U mnie w szkole istna masakra, więc rozumiem :)
Zapraszam do wysłuchania coveru:
Kocham was, mam nadzieję, ze part się podobał <3
Bardzo proszę o komentarze (chociaż ta słynna kropka lub przecinek).

Suuuuuuuuuuper !!!
OdpowiedzUsuńNie martw się komami.
Koniec półrocza, więc sprawdziany i jeszcze raz sprawdziany
Ale no takie cudo NA PEWNO ktoś czyta ( np. JA :*****)
Troszkę się martwiłam jak nie pisałaś...
No ale cieszę się, że napisałaś nr 3 :)
Czekam na kolejne :****
PS. PIERWSZAAAAA XDDDDD
PPS. Jak to się mówi ...
Usuń" DON'T WORRY ! BE HAPPY !!! " :))))))))
Dziękuję <3
UsuńOlu Przepiękne
OdpowiedzUsuńTo mój ulubiony part napisany przez ciebie...
TAK PO PROSTU PRZEPIĘKNY
PS.Nie martw się komentarzami
Ja zawsze czytam twoje party i raz komentuje ale czasami nie bo nie mam czasu.
PS 2. Masz wielki talent
PS 3. Zaskakuj mnie tak dalej.
Świetny part ;*
OdpowiedzUsuńMoja ciocia pracowała w psychiatryku, kilka razy tam byłam i doskonale to opisałaś.
SUPER!!
Te emocje, uczucia, słowa no po prostu cudowne :)
Klaudia *.*
.
OdpowiedzUsuńI nawet taka mała kropka <3
UsuńOlu postaram się wrócić w sobotę ;***
OdpowiedzUsuńCzekam :))
UsuńWrócę ♥
OdpowiedzUsuńOkej *.*
UsuńWitaj ;*
UsuńKolejny precyzyjnie dopracowany part ;* Te wszystkie opisy, uczucia tworzą coś nieprawdopodobnie genialnego ♥
Nie ma słów, które opisałyby mój zachwyt ;*
Niestety się nie rozpiszę ;* Muszę nadrobić zaległości ;)
Pozdrawiam,
Rachel ;*
Hej,hej!
OdpowiedzUsuńNie mogę uwierzyć, że to koniec ;c To była na prawdę piękna historia, pokazująca, że po mimo przeciwności losu i kłód jakie jakie życie nam rzuca pod nogi , prawdziwa miłość przetrwa. Czekam na kolejny nie samowity One Party w twoim wykonaniu :)
Całuję :***
Destiny
Dziękuję <3
UsuńSzkoda że to już koniec ;-;
OdpowiedzUsuńPokochałam tą historie... Mimo ze nie przepadam za Bromila :D
Czekam na kolejnego one parta! ❤
Buziole-Maja❤
Dziękuję <3
UsuńŚwietny ci wyszedł ten OS !!!
OdpowiedzUsuńCzekałam na niego z niecierpliwością !!
Do następnego XD
Świetny rewelacyjny. Czekam na kolejną cześć leonetty o anoreksji. Masz świetnego bloga !! Zapraszam do mnie http://ineedloveleonetta.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńCzekasz na kolejną część Leonetty o anoreksji, serio? -,-
UsuńCUDO <3
OdpowiedzUsuńPrzepraszam Cb bardzo za moją dłuuuugą nie obecność -.-
Wszystko przez szkołę :(((
Postaram się już komentować regularniej xD
Wracając do parta:
Wyszedł po prost bosko, tak mnie wciągnął, ahhhhh - brak słów <3
Teraz czas przeczytać parta o Marcesce <3
-----------> dzielnie nadrabiam <-------------
P.S. Nie przejmuj się ilością komów <3