sobota, 17 stycznia 2015

ONE PART BROMILA - Miłość zamknięta w chorobie cz 3


- Myślę, że już możemy ją wypuścić. - Mężczyzna spojrzał na zegarek. - Wydaje mi się, że wystarczająco długo tam leży. - Ruszył w głąb korytarza. - Mam nadzieję, że już jest lepiej. Pacjenci zwykle niezbyt miło wspominają pobyt w izolatce. I zazwyczaj starają się tam więcej na trafić. Proszę tutaj zaczekać.
Przekręcił klucz w zamku i wszedł do jakiegoś pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi by po chwili ponownie je otworzyć. Przy jego boku stała, widocznie otępiała, Camila. Na jego widok podbiegła do niego chwiejnie i rzuciła się w jego ramiona. Oparła głowę o jego ramię, oddychając ciężko. Mężczyzna skinął powoli głową, po czym odszedł, zostawiając ich samych.
- Spokojnie, kochanie. - Pogłaskał ją po plecach. - Spokojnie, chodź, usiądziemy.
Poprowadził ją do jednego z szerokich parapetów. Posadził ją na nim, a sam stanął przed nią. Dotknął dłonią jej twarzy. - W porządku?
Pokiwała, powoli głową, podnosząc ją i spoglądając na niego.
- Kochasz mnie? - spytała.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Oczywiście, że cię kocham, jak mogłaś pomyśleć inaczej?
Patrzyła na niego jeszcze przez moment, po czym buchnęła głośnym płaczem.
- Ja nie chciałam - powiedziała przez łzy. - Ja naprawdę nie chciałam. Tylko ja już miałam dość i nie chciałam tam iść i znowu...
- Cami. - Chwycił ją za ramiona i przyłożył jej palec do ust. - Spokojnie, cichutko. Rozumiem. Rozumiem, nie płacz.
- Nie jesteś zły?
Uśmiechnął się lekko. - Jasne, że nie, skarbie. Nie mam dlaczego być zły. Przecież w końcu dlatego tutaj jesteś. Musisz nauczyć się... panować nad sobą, wiesz?
Przełknęła łzy i pokiwała powoli głową.
- Lekarz powiedział wczoraj na terapii, że dobrze mi idzie - wykrztusiła.
Ujął jej dłoń.
- To świetnie. Mówiłem, że dasz sobie radę, widzisz? Jestem z ciebie dumny, kochanie.
Na jej zaczerwienionej twarzy wykwitł delikatny uśmiech. - Ale jeszcze nie puszczają mnie samej do łazienki.
Rzucił krótkie spojrzenie na jej ręce, których już - na szczęście - nie przyozdabiały te śnieżnobiałe bandaże, widać jednak na nich było ślady przesadnego szorowania.
- Wydaje mi się, że na to będziesz musiała jeszcze trochę poczekać.
Zarzuciła ręce na jego kark i przywarła do niego całą sobą.
- Kocham cię - szepnęła.
- Ja też cię kocham - odpowiedział. - Kocham cię najbardziej na świecie.
Po chwili odsunęła się od niego.
- Ava nie pyta o mnie? - spytała, ocierając łzy wierzchem dłoni.
Uśmiechnął się. - Jasne, że pyta, i to codziennie. Nie może się doczekać, aż wrócisz do domu. Chciała cię odwiedzić, ale sądzę, że to jeszcze za wcześnie. Porozmawiam z lekarzem i może za kilka dni ją do ciebie przyprowadzę, chcesz?
- Jeszcze pytasz? - Odwzajemniła uśmiech. - Oczywiście, że chcę.
Odgarnął jej włosy z twarzy. Przez chwilę nie mówił nic.
- Miałem ogromne szczęście, że cię poznałem - wyznał w końcu.
Nie odpowiedziała, ale czuła dokładnie to samo. Bez niego jej życie nie miałoby sensu. Kto by teraz przy niej był? Kto by jej pomagał? On był jej częścią, taką nieodłączną, bez której nic nie miałoby sensu.

- Jak smakował ci obiad? - Ktoś zaskoczył ją od tyłu i położył jej ręce na ramionach, aż podskoczyła. - Jak dla mnie był okropny. Jak jadam tutaj dwa lata, nigdy nie zrobili nic porządnego do jedzenia. Strasznie na nas oszczędzają. Szkoda im kasy na takich czubków jak my, zgadzasz się ze mną? A mówili, że to ja jestem zwyrodniałą matką, bo zagłodziłam swojego syna. Wiesz, oczywiście to nieprawda, ale ty zapewne boisz się mnie jak wszyscy. Wmówili wam, że jestem nienormalna, a nie, nie, to nieprawda! Ja jestem zupełnie normalna, a wiesz, Donato był trudnym dzieciakiem, tak, wiem, miał dopiero sześć lat, ale...
- Abello, zostaw panią Nascimento i proszę, idź do sali numer cztery, masz teraz terapię grupową. - Jej monolog przerwał głos pielęgniarki.
- …ciężko było nad nim zapanować, możesz mi uwierzyć - ciągnęła, nie zwracając na nią uwagi. Camila patrzyła na nią z otwartymi ustami, próbując coś powiedzieć, jednak ilekroć chciała wypowiedzieć jakieś słowo, ona zaczynała kolejną kwestię. - Wmówili wszystkim kompletne kłamstwo, nawet ja uwierzyłam, że coś jest ze mną nie tak, aż w końcu...
- Abello, pani psycholog czeka tylko na ciebie, zapraszam. - Kobieta, chwyciła ją za rękę i pociągnęła delikatnie w stronę korytarza. - A tobie, Camilo, przypominam, że o siedemnastej masz terapię indywidualną.
- ...zrozumiałam wszystko i zaczęłam się sprzeciwiać, to gdzie mnie zamknęli? Tak, tak, tutaj! Och, a ty, dlaczego tutaj jesteś? Nigdy mi nie mówiłaś, może spotkamy się później, będziesz miała chwilę czasu, żeby po...
- Do widzenia, Camilo - rzuciła pielęgniarka i odeszła, ciągnąc za sobą kobietę.
Dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie.
Strasznie było jej żal. Znała ją dosyć dobrze, Abella osaczyła ją już w pierwszym tygodniu po jej przybyciu tutaj. Była starszą panią cierpiącą na schizofrenię, każdego dnia wymyślała inne historie, dlaczego przebywa w szpitalu. Raz opowiadała o próbie zabójstwa swojego męża, którego w rzeczywistości nigdy nie miała, a innym razem właśnie o tym, jak zagłodziła na śmierć swojego sześcioletniego syna, którego również nigdy nie miała.
- Cami! - Ledwie się odwróciła, doskoczyła do niej jej przyjaciółka całując ją w policzek i przytulając mocno do siebie. - Boże, jak ja się za tobą stęskniłam! - Chwyciła ją za ramiona i odsunęła na długość swoich ramion. - Chciałam cię wcześniej odwiedzić, ale lekarz nie pozwalał, jaki on głupi! Jeju, Camila...
- Fran, spokojnie - uśmiechnęła się. - Też tęskniłam, no jasne... - Mimo woli kolejny raz się do niej przytuliła.
- A jak już cię wypuszczą, to pójdziemy do fryzjera - powiedziała w jej ramię. - Okropne masz te włosy, musisz je trochę podciąć, bo końcówki ci się zniszczyły, no i najlepiej byłoby, gdybyś je znowu zafarbowała, wiesz, odrosty nie wyglądają dobrze...
- Kochanie, daj jej odetchnąć. - Marco, który pojawił się znikąd, położył jej rękę na ramieniu.
Podniosła głowę i spojrzała na niego uśmiechając się, a Francesca odsunęła się od niej i odwróciła w jego stronę z urażoną miną.
- Rozmawiam z przyjaciółką, której nie widziałam przez miesiąc, więc, z łaski swojej, przymknij się, skarbie.
Chłopak uniósł wskazujący palec i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale chyba zrezygnował, bo opuścił rękę i uśmiechnął się do rudowłosej.
- Jak się czujesz?
- A jak ma się czuć? - Ciemnowłosa dźgnęła go palcem w pierś. - Nie zadawaj głupich pytań, Marco. Jak byś się czuł gdyby...
- Francesca - przerwał jej. - Zobacz - Wskazał ręką gdzieś w głąb korytarza - tam jest taki fajny automat z kawą. Idź do niego - Wyciągnął z kieszeni portfel i wyjął z niego kilka drobnych - i kup trzy kawy.
- Ja nie chcę, jestem dopiero po obiedzie - odezwała się Camila.
- To dwie - poprawił Marco wciskając jej do ręki pieniądze. - Kup te kawy i czekaj na nas, jasne?
Spojrzała na niego spod byka. - Wyganiasz mnie?
- Oczywiście, że nie - zaprzeczył natychmiast. - Proszę cię tylko, żebyś kupiła kawę. Chyba możesz to zrobić, tak?
Mruknęła coś pod nosem, po czym odwróciła się i szybkim krokiem odeszła.
- Jesteś okrutny - zarzuciła mu, jednocześnie uśmiechając się.
Zaśmiał się. - Francesca trochę za bardzo wszystko przeżywa. A ja nie chcę, żeby cię staranowała. Nie jesteś jeszcze gotowa na jej nagłe wybuchy radości. Słabo wyglądasz.
Doskonale wiedziała w jakim jest stanie. Cóż, od jakiegoś miesiąca w ogóle się nie malowała, włosy czesała raz dziennie, czasami nawet wcale, bo nie było takiej potrzeby. Chodziła tylko w dresie, w sumie to miała ich trzy. Na nogach zwykle miała jakieś ciemne skarpety, bo nie zawsze chciało jej się zakładać kapcie, a podłoga na korytarzach nie była jakoś specjalnie czysta.
- To przez te leki - wyjaśniła pocierając czoło. - Trochę omamiają.
- No jasne. - Złapał ją za rękę, bo zachwiała się niebezpiecznie. - Można tu gdzieś usiąść?
Pokiwała głową i włożyła rękę pod jego ramię. - Pójdziemy na świetlicę. Powinno nie być dużo ludzi.
Ruszyli w kierunku ciemnowłosej, która stała przy automacie i ze zniecierpliwieniem stukała w jego bok. W jednej ręce trzymała już kubek z kawą.
- Proszę bardzo. - Wcisnęła mu go do ręki. - Twoja kawa. Taka, jaką lubisz.
Spojrzał na nią uważnie, po czym z wahaniem upił łyka. Natychmiast się skrzywił. - Przecież ona jest gorzka.
- Oczywiście. - Wzruszyła ramionami. - Zupełnie jak ty.
Camila wybuchnęła głośnym śmiechem i mogła przysiąc, że na twarzy Francesci pojawił się uśmiech. Po chwili schyliła się i wyjęła z automatu drugą kawę.
- Masz - wcisnęła mu ją do drugiej ręki i zabrała drugi kubek - i już nie płacz.
Uśmiechnął się.
- Kocham cię - powiedział.
- Nie podlizuj się - mruknęła. Widać było jak powstrzymuje się od uśmiechu. W końcu nie wytrzymała. - Nie lubię cię. - Zaśmiała się i upiła łyka z kubka. - Gdzie idziemy?
- Na świetlicę - powtórzyła rudowłosa ruszając przed siebie.
- Więc musisz mi wszystko opowiedzieć - zadecydowała Francesca, kiedy siadali przy jednym ze stołów. - Nie widziałam cię przez cały miesiąc, a na pewno tak dużo się działo!
Prychnęła. - Nie wiem co ciekawego może dziać się w szpitalu psychiatrycznym.
- Broduey coś tam nam mówił - wtrącił Marco - że na terapiach dobrze ci idzie i że jest coraz lepiej.
Zaśmiała się pod nosem. Wzruszyła ramionami.
- Chyba tak - wymruczała. - Chociaż sama nie wiem. Wczoraj nawet puścili mnie samą do łazienki. Pierwszy raz mogłam się wykąpać jak człowiek.
- To świetnie! - Ucieszyła się ciemnowłosa. Zmarszczyła jednak czoło na widok miny swojej przyjaciółki. - Coś nie tak?
Westchnęła. Podciągnęła kolana pod brodę i oparła na nich głowę.
- Choćbym nie wiadomo jak bardzo się starała, nie mogę przestać - odezwała się cicho, z wzrokiem wbitym w stół. - To jest silniejsze ode mnie.
Jej przyjaciele spojrzeli na nią ze współczuciem.
- Wiemy o tym. - Marco pochylił się nad stołem w jej kierunku. - Przecież właśnie dlatego tutaj jesteś.
Odchyliła głowę do tyłu i jęknęła głośno. - Ale to już miesiąc, cały miesiąc. Siedzę już tutaj tyle czasu, tak długo nie widziałam Avy i pocieszam się tylko tym, że jak już będę normalna, to spotkam się ze swoim dzieckiem, ale teraz się na to jakoś nie zapowiada.
Francesca chyba chciała coś powiedzieć, ale uciszyła ją gestem ręki. - Nie, nie chcę słyszeć, że wszystko będzie dobrze, że to, że tamto, bo to mi w niczym nie pomaga, mam już tego dość. Proszę was tylko o jedno. Nie mówcie nic Brodueyowi.
- O czym mają mi nie mówić?
Odwróciła się gwałtownie. Jęknęła w duchu, kiedy zobaczyła za sobą swojego męża, wpatrującego się w nią z uwagą. Poderwała się na nogi.
- Kochanie. - Na jej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Chwyciła go za rękę. - Jak dobrze, że jesteś.
Zmierzył ją wzrokiem z góry na dół.
- O czym mam nie wiedzieć? - powtórzył.
- Aa, o niczym takim. - Machnęła lekceważąco ręką. - To zdanie wyrwane z kontekstu. Nie miałeść przyjść dopiero jutro?
- Camila, nie rób ze mnie idioty. Przecież dobrze...
Usłyszeli huk. Automatycznie odwrócili się za siebie. Ciemnobrązowe oczy Argentynki od razu zauważyły wysoką kobietę kucającą na ziemi i jednocześnie próbującą pozbierać kawałki rozbitego kubka. Na podłodze widziała wielką plamę z kawy.
Zdrętwiała. Zacisnęła dłoń na ręce Brodueya.
- Wychodzimy - powiedział chwytając ją za ramię i odwracając w drugą stronę.
Wyprowadził ją ze świetlicy bez zbędnych trudności, nie opierała się. Zaraz za nimi wyszli ich przyjaciele.
- Oni to posprzątają, prawda? - spytała pocierając czoło i wzdychając głęboko.
- Grunt, że ty tego nie zrobisz - zauważył puszczając jej rękę. Uśmiechnął się. - Świetnie sobie poradziłaś. Dlatego nie będę wnikał w to, czego nie mam się dowiedzieć. Domyślam się. Ale uznajmy, że nic nie słyszałem.
Zaśmiała się i zarzuciła mu ręce na szyję przytulając się do niego całą sobą.
- Nascimento! - Usłyszeli wołanie. Oderwała się od niego z ciężkim westchnieniem. - Camila Nascimento!
Podniosła rękę do góry i pomachała nią w kierunku pielęgniarki stojącej po drugiej stronie korytarza. - Tutaj jestem!
Kobieta ruszyła ku nim dziarskim krokiem.
- Pani Nascimento, dlaczego nie ma pani w pokoju? - zapytała opierając dłonie na biodrach.
- Lekarz pozwolił mi spotkać się ze znajomymi i z mężem - odparła poprawiając włosy. - Nie mówił pani?
Zmierzyła ja groźnym wzrokiem. - Nie, nie wspomniał mi o tym. - Wyciągnęła do niej rękę z tabletkami. - Proszę to połknąć.
Później odwróciła się i odeszła, nie spoglądając na żadnego z nich.
- Nie lubi mnie - wyjaśniła przełykając leki. - Od samego początku.
- Dlaczego? - Zdziwiła się Francesca.
Wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Ona nikogo nie lubi. Wiecie, niespełnione ambicje. Podobno chciała być lekarzem. Wyszło na to, że roznosi leki chorym psychicznie. Życie to jest jednak niesprawiedliwe. - Pokręciła zrezygnowana głową, po czym parsknęła śmiechem. - Serio, nieprzyjemna kobieta.
- A czy ty lubisz kogokolwiek stąd? - spytał rozbawiony Marco.
- Oczywiście - przytaknęła. - Mój lekarz prowadzący jest w porządku. Chociaż czasami mnie denerwuje. Ale w sumie moja...
- No jasne. - Broduey obiął ją ramieniem i przyciągnął do siebie całując w czoło. - Zawsze jest jakieś ale.
- Bo taka jest prawda - mruknęła opierając głowę o jego ramię. - Nikt nie...
- Jak ja cię kocham.
Spojrzała na niego zdziwiona.
- No co? - spytał. - Dziwi cię to?
- Em... no... nie.
- Powinienem częściej ci to mówić?
- Broduey... - Uderzyła go rozbawiona w pierś. - Nie zmieniaj tematu.
- Zmienię, bardzo chętnie. Fran, Marco, co tam u was?
Włoszka zaśmiała się dosyć głośno, czym zwróciła uwagę pielęgniarki znajdującej się na drugim końcu korytarza, jednak - jak to ona - nie przejęła się tym.
- Ja muszę Camili tyle opowiedzieć, że nie wiem, czy starczy mi czasu...
- A co wy na to - odezwał się Marco - żeby dziewczyny tutaj zostały, porozmawiały, a my przyjedziemy później?
- To jest bardzo dobry pomysł! - Ucieszyła się Francesca. - Dajcie nam trzy godziny, to zdążę ze wszystkim!

- Jaką masz dla mnie niespodziankę? - jęknęła, kiedy zakrył jej oczy ręką. - Wiesz, że nienawidzę niespodzianek.
- Ta ci się spodoba, gwarantuję ci to.
- Nienawidzę żadnych - podkreśliła - niespodzianek. Żadnych, Broduey, więc...
- Och, Camila, ucisz się, błagam cię.
- Zimno mi.
- Już nie wymyślaj, wcale nie jest zimno.
- Broduey, wieje wiatr, a temperatura...
- Temperatura jest w porządku, ale jeśli nie przestaniesz otwierać tych ust to cię zawieje, zobaczysz.
- A to wszystko przez ciebie! Gdybyś nie...
Westchnął. Jedną ręką zasłonił jej usta. - Moja mama miała rację, jak mówiła, że wam, Argentynkom, to nigdy nic nie pasuje.
Wiedział co mówi. Zawsze denerwowała się, kiedy słyszała te słowa. Cóż, nie lubiła swojej teściowej.
Mruknęła tylko coś pod nosem. Zaśmiał się. Poprowadził ją do przodu, kilka razy podtrzymując, kiedy potknęła się o własne nogi.
- Jesteś gotowa?
Nie mogąc nic powiedzieć, pokręciła przecząco głową. Założyła ręce na piersi.
- No trudno.
Odsłonił jej oczy. Na początku uderzyły w nią promienie słońca, dopiero po chwili jej oczy przyzwyczaiły się do tej jasności. Naburmuszyła się.
- Nie widzę tutaj żadnej niespodzianki - mruknęła.
- To się rozejrzyj, skarbie.
Z głośnym jękiem odwróciła się za siebie. I zamarła.
Od końca podwórka, w jej stronę, biegła mała, dziesięcioletnia dziewczynka. Jej długie, brązowe włosy powiewały na wietrze. Na jej twarzy malował się szeroki uśmiech.
Nie widziała jej prawie dwa miesiące. Nie pozwolili jej. Kilka dni przed tym, jak miała się z nią spotkać, znowu straciła nad sobą panowanie. Trafiła najpierw do izolatki, kolejny już raz. Kiedy to nie pomogło, przeszła przez elektrowstrząsy, po których przez długi czas dochodziła do siebie. Była zła na siebie jak nigdy wcześniej. Usychała z tęsknoty za swoim dzieckiem. A teraz ono biegnie w jej stronę, jest tutaj, cieszy się.
- O Jezu... - szepnęła, kiedy dziewczynka znajdowała się tylko kilka metrów od niej.
- Mama! - Ava wpadła w jej ramiona. Podniosła ją do góry, co może nie było zbyt dobrym pomysłem, bo jej córka w końcu nie była już małym dzieckiem, a i ona miała mniej siły niż zwykle. Poczuła, jak Broduey objął ją jedną ręką w talii, a drugą pomógł jej przytrzymać Avę.
- Jak ja za tobą tęskniłam, córeczko. - Wtuliła twarz w jej gęste włosy. - Moja malutka...
Dziewczynka odsunęła się trochę od niej. - Tata mówił, że cały czas o mnie pytałaś!
- Oczywiście - potwierdziła. - Nie mogłam się już doczekać, kochanie.
Jej mąż chyba zauważył, że trochę zbyt bardzo się wysila, bo zabrał jej Avę i postawił ją na ziemi.
Resztę dnia - a dokładniej godzinę, która przeznaczona była w poniedziałki na odwiedziny - spędzili w swoim towarzystwie, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Camila nadrabiała dwa miesiące bez swojego dziecka. Cieszyła się jak nigdy wcześniej. Nie sądziła, że można tak bardzo tęsknić za taką małą istotką.

Wziął od niej czarną torbę. - Jesteś gotowa?
Pokiwała głową. Rzuciła ostatnie spojrzenie na pokój, w którym spędziła ostatnie trzy miesiące. Spojrzała na ładne, drewniane łóżko przykryte tak bardzo nieprzyjemną, białą pościelą i czerwonym kocem. Drewniana szafka nocna stojąca przy posłaniu była już pusta, czekała na kolejnego lokatora.
Była zdrowa. Opuszczała ten pokój z postanowieniem, by już nigdy do niego nie wrócić. Wiedziała, że to może się zdarzyć. Obiecała sobie jednak, że do tego nie dopuści. Już nie. Poza tym, ma przy sobie kogoś, kto jej pomoże, kto zawsze chciał jej pomóc.
- Poczekaj na mnie, pójdę po twój wypis.
Usiadła na plastikowym krześle na korytarzu.
Podeszło do niej kilka osób. Chcieli się pożegnać. Była starsza kobieta, która załamała się po śmierci męża i dziecka. Była młoda dziewczyna, niemal nastolatka, która również chorowała na nerwicę natręctw. Trafiła tutaj całkiem niedawno, bo kilka tygodni temu. W oczy rzucały się grube bandaże na jej rękach. Camila odruchowo spojrzała na swoje. Były odsłonięte. Z bliznami, ale to nie ważne.
Podszedł do niej również chłopak. Cierpiał na anoreksję. Pierwszy raz spotkała chłopaka chorego na anoreksję. Głupie stereotypy mówiły tylko o dziewczynach. A przecież w tych czasach każdy chce wyglądać dobrze. Za dobrze.
W tym miejscu poznała wiele osób. Wiedziała, że nie może utrzymywać z nimi kontaktów, przynajmniej nie ze wszystkimi. Ale wiedziała również, że nigdy o nich nie zapomni. Już tęskniła za wieczornymi rozmowami ze starszym panem z innego oddziału, który chorował na rozdwojenie jaźni. Był nauczycielem, za bardzo oddał się swojej pracy i zachorował.
Nigdy nie zapomni też o tej młodej kobiecie ze schizofrenią. Mimo jej dolegliwości, tak bardzo się z nią dogadywała. Tak samo jak Camila, cierpiała na bezsenność. Dostała nawet pozwolenie na odwiedzanie jej oddziału w nocy. Potrafiły siedzieć w pustej, ciemnej świetlicy i rozmawiać o wszystkim i o niczym. Często też grały razem w ping ponga, Camila zawsze dawała jej wygrać, ona tak to uwielbiała. Czasami po prostu też szwendały się w milczeniu po pogrążonych w mroku korytarzach.
- Możemy iść?
Podniosła głowę. Przed nią stał Broduey. Uśmiechał się. Odwzajemniła uśmiech i wstała.
- Tak. Możemy.
Chwyciła go za rękę. Wyszli z budynku na zewnątrz. Jeszcze na podwórku pożegnała się z kilkoma osobami. Kiedy wychodziła przez bramę na ulicę, czuła łzy w swoich oczach.
Były to łzy szczęścia. Ale jednocześnie i bólu.
Teraz o tym wiedziała.

Ktoś zastukał w drzwi kabiny.
- Kończ już - powiedział.
- Jeszcze chwila - odparła, odkładając żel pod prysznic na półkę.
Jakieś pół minuty później zapukał ponownie. - Camila, wychodź.
- Daj mi jeszcze pięć minut...
- Wystarczy.
Bez ostrzeżenia odsunął drzwi. Wyciągnął jej prysznic z ręki. Chwycił ją pod pachami i wyciągnął z kabiny.
- Nic bym nie zrobiła... - jęknęła, kiedy posadził ją na krześle i zarzucił na nią ręcznik. - Przecież o tym wiesz.
- Jeszcze ci do końca nie wierzę. - Wziął drugi ręcznik i zaczął szybko wycierać jej nogi.
Nie odpowiedziała. Zaparła się rękami o brzeg krzesła. Nie podniósł głowy, w dalszym ciągu zajęty wysuszaniem całego jej, tak bardzo pięknego ciała. Patrzyła na niego, a jej usta były lekko otwarte.
- Coś nie tak? - spytał spoglądając na nią.
Pokręciła przecząco głową. - Zastanawiam się tylko, czym sobie na ciebie zasłużyłam.
Uśmiechnął się.
- Lepsze jest pytanie, czym ja zasłużyłem sobie na ciebie.
Odwzajemniła go. - Nie mam pojęcia.
Zaśmiał się pod nosem. Ściągnął ręcznik z jej ramion, odsłaniając jej piersi. Nie wstydziła się. W końcu go kochała. Zaczął wycierać górną część jej ciała. Kiedy skończył, założył na nią szlafrok. Wziął ją na ręce. - Moja księżniczka nie może się przemęczać - stwierdził.
Weszli do sypialni. Postawił ją na nogi przy łóżku.
Szybko przebrała się w piżamę. Usiadła na brzegu posłania i wzięła szczotkę do ręki. Usiadł za nią.
- Mogę ja to zrobić? - spytał, ale nie czekał na odpowiedź bo wyjął jej szczotkę z dłoni. Zaczął powoli rozczesywać jej mokre włosy.
Nie rozmawiali ze sobą. Trwali w milczeniu, każde pogrążone w swoich myślach.
Kiedy po dziesięciu minutach skończył, położyli się obok siebie na łóżku. Położyła głowę na jego klatce piersiowej.
- Kocham cię - powiedziała cicho.
Minęła chwila za nim odpowiedział.
- Ja też cię kocham. Kocham cię najbardziej na świecie. I zawsze przy tobie będę.
Wiedziała. Wierzyła. Bo kochała. Kochała. I żyła.


         Wiem, że miał być wcześniej, ale myślałam, że może jeszcze ktoś skomentuje. No cóż, nie skomentował nikt więcej. Nie ukrywam, trochę mi przykro, ale wierzę, że ktoś jeszcze to czyta, ale nie komentuje. U mnie w szkole istna masakra, więc rozumiem :)
         Zapraszam do wysłuchania coveru:


         Kocham was, mam nadzieję, ze part się podobał <3
         Bardzo proszę o komentarze (chociaż ta słynna kropka lub przecinek).

20 komentarzy:

  1. Suuuuuuuuuuper !!!
    Nie martw się komami.
    Koniec półrocza, więc sprawdziany i jeszcze raz sprawdziany
    Ale no takie cudo NA PEWNO ktoś czyta ( np. JA :*****)
    Troszkę się martwiłam jak nie pisałaś...
    No ale cieszę się, że napisałaś nr 3 :)
    Czekam na kolejne :****
    PS. PIERWSZAAAAA XDDDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PPS. Jak to się mówi ...
      " DON'T WORRY ! BE HAPPY !!! " :))))))))

      Usuń
  2. Olu Przepiękne
    To mój ulubiony part napisany przez ciebie...
    TAK PO PROSTU PRZEPIĘKNY

    PS.Nie martw się komentarzami
    Ja zawsze czytam twoje party i raz komentuje ale czasami nie bo nie mam czasu.

    PS 2. Masz wielki talent

    PS 3. Zaskakuj mnie tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny part ;*
    Moja ciocia pracowała w psychiatryku, kilka razy tam byłam i doskonale to opisałaś.
    SUPER!!
    Te emocje, uczucia, słowa no po prostu cudowne :)
    Klaudia *.*

    OdpowiedzUsuń
  4. Olu postaram się wrócić w sobotę ;***

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Witaj ;*
      Kolejny precyzyjnie dopracowany part ;* Te wszystkie opisy, uczucia tworzą coś nieprawdopodobnie genialnego ♥
      Nie ma słów, które opisałyby mój zachwyt ;*
      Niestety się nie rozpiszę ;* Muszę nadrobić zaległości ;)

      Pozdrawiam,
      Rachel ;*

      Usuń
  6. Hej,hej!
    Nie mogę uwierzyć, że to koniec ;c To była na prawdę piękna historia, pokazująca, że po mimo przeciwności losu i kłód jakie jakie życie nam rzuca pod nogi , prawdziwa miłość przetrwa. Czekam na kolejny nie samowity One Party w twoim wykonaniu :)
    Całuję :***
    Destiny

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda że to już koniec ;-;
    Pokochałam tą historie... Mimo ze nie przepadam za Bromila :D
    Czekam na kolejnego one parta! ❤
    Buziole-Maja❤

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny ci wyszedł ten OS !!!
    Czekałam na niego z niecierpliwością !!
    Do następnego XD

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny rewelacyjny. Czekam na kolejną cześć leonetty o anoreksji. Masz świetnego bloga !! Zapraszam do mnie http://ineedloveleonetta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekasz na kolejną część Leonetty o anoreksji, serio? -,-

      Usuń
  10. CUDO <3
    Przepraszam Cb bardzo za moją dłuuuugą nie obecność -.-
    Wszystko przez szkołę :(((
    Postaram się już komentować regularniej xD
    Wracając do parta:
    Wyszedł po prost bosko, tak mnie wciągnął, ahhhhh - brak słów <3
    Teraz czas przeczytać parta o Marcesce <3
    -----------> dzielnie nadrabiam <-------------
    P.S. Nie przejmuj się ilością komów <3

    OdpowiedzUsuń

Proszę, skomentuj, to przecież zabiera tak niewiele czasu, a daje dużo więcej :)