-
Powiedziałam ci - zrobiła krok w jego kierunku - że nie potrzebuję
niańczenia. Ile ja mam lat, do cholery? Dziesięć?
Spojrzał
na nią uważnie.
-
Hamuj się trochę. Broduey prosił mnie, żebym z tobą został,
więc przyjechałem. Dobrze wiesz, jak się sprawy mają.
-
A co, może zrobię coś własnemu dziecku? - warknęła wskazując w
stronę schodów.
-
Ostatnio chciałaś ja uderzyć - przypomniał jej.
Opuściła
rękę. Minęła chwila, zanim odpowiedziała.
-
Poniosło mnie - wyjaśniła, a jej głos był cichy.
-
Lepiej, żeby nie poniosło cię drugi raz. - Rozejrzał się po
salonie. - Gdzie Ava?
Spojrzała
na niego spod byka. - Zamknęłam ją w piwnicy pod domem, żeby nie
mogła się wydostać. Dobry pomysł, nie? Ale w sumie nie... Mogłam
wymyślić coś innego. Przecież jestem okropną matką i
najbardziej zależy mi na tym żeby...
-
Skończ. - Uciszył ją gestem ręki. - Musimy porozmawiać.
Przewróciła
oczami, kiedy chwycił ją za rękę i zaprowadził do kuchni.
Usiedli na krzesłach naprzeciw siebie.
-
O co ci znowu chodzi? - mruknęła opierając głowę na ręce.
Patrzył
na nią przez moment. - Wiesz, że coś jest z tobą nie tak?
Prychnęła.
-
Ze mną jest wszystko w porządku. To z wami jest coś nie tak. Z
wami wszystkimi. Uważacie mnie za nienormalną.
-
Nie za nienormalną - zaprzeczył. - Po prostu wszyscy widzimy, że
coś się dzieje.
-
Nic się nie dzieje, rozumiesz? - warknęła. - Wszystko jest w
najlepszym porządku, jak mam wam to wytłumaczyć?
Złapał
ją za nadgarstek. Podciągnął rękaw jej bluzy do łokcia.
-
Czy uważasz, że twoje ręce wyglądają normalnie? Normalna
dziewczyna nie szoruje się tak, że aż zdziera sobie całą skórę,
Camila, zrozum to.
Wyrwała
rękę z jego uścisku. Naciągnęła rękaw i założyła ręce na
piersi.
-
Czepiacie się szczegółów. To nic ważnego. Zwykły wypadek.
-
A ile tych wypadków już ci się przydarzyło? Mniej więcej dwa
razy dziennie, tak? Oczywiście mówię tylko o rękach, bo z tego co
mi się obiło o uszy, to reszta twojego ciała wcale nie wygląda
lepiej.
Nie
zdążyła odpowiedzieć na jego uwagę, ponieważ do kuchni wbiegła
w podskokach dziesięcioletnia Ava. W rękach trzymała dużą
kartkę papieru z jakimś fascynującym malowidłem.
-
Mamo, zobacz co dla ciebie namalowałam!
Położyła
rysunek na stole przed nią. Pierwsze, co zauważyła Camila, to ręce
jej córki umazane farbami wszystkich kolorów. Zacisnęła zęby, co
nie uszło uwadze Federico.
-
Ślicznie, Ava. - Wysiliła się na uśmiech. - Skończyłaś już
malować? - Dziewczynka pokiwała głową. - Dobrze. Powiedz wujkowi
co jest na rysunku, a później możesz powiesić go na lodówce.
Tata się ucieszy. Ja pójdę posprzątać.
I
nie zważając na protesty Federico podniosła się szybko z krzesła
i nerwowym krokiem ruszyła na górę.
Stanęła
przed drzwiami pokoju swojej córki bojąc się, co zastanie w
środku. Kiedy przekroczyła próg, zamarła. Na całej podłodze
porozkładane były kubeczki i tubki z farbami, na środku stał
kubek z wodą, a gdzieniegdzie na panelach widniały duże, kolorowe
plamy. Kartek - tych pomazanych i tych zupełnie czystych - też nie
brakowało.
Kilka
minut później już klęczała na ziemi szorując ścierką podłoże.
Nie
zauważyła, nie usłyszała, kiedy stanął z nią Federico.
-
Wstań - powiedział.
Nie
zareagowała, nie przerwała swojej czynności. Kiedy powtórzył, a
ona dalej nie podniosła głowy, złapał ją za rękę i gwałtownie
pociągnął do góry.
-
Ja się nie będę z tobą cackał, tak jak Broduey. Jak mówię, że
masz wstać, to masz wstać, jasne?
Mruknęła
coś pod nosem, zaciskając zęby i próbując nie uciec od jego
morderczego wzroku.
-
Powiem ci jedno - odezwał się. - Brodueyowi jest ciebie żal, i to
dlatego nic nie robi. Ale mi nie jest ciebie żal w ogóle. Wszyscy
chcą ci pomóc, a ty tą pomoc masz gdzieś i to tylko z twojej winy
jest coraz gorzej. Jeśliby to ode mnie zależało, to już od dawna
chodziłabyś do jakiegoś psychiatry, zapewniam cię.
-
Nie jestem chora psychicznie - warknęła patrząc mu prosto w oczy.
-
Jesteś, Camila, i niech to w końcu do ciebie dotrze. - Złapał ją
za ramiona. - Nikt ci tego prosto w oczy nie chciał powiedzieć, bo
wszyscy się bali, jak zareagujesz, bali się, że zrobisz coś komuś
albo sobie. Ale ty musisz w końcu zrozumieć, że to wszystko nie
jest normalne, że musisz się leczyć.
Wyrwała
się z jego uścisku.
-
Mówisz tak specjalnie, żeby mnie nastraszyć - podniosła głos. -
Ale to nieprawda. To ty musisz w końcu zrozumieć, że ze mną jest
wszystko w porządku, a z wami coś nie tak! Jestem normalną
dziewczyną, która dba o porządek, czy to źle?
-
Było dobrze na początku, teraz to się już przerodziło w obsesję!
Zacisnęła
zęby próbując się pohamować. Nie chciała ciągnąć czegoś, co
i tak nie miało sensu. Wolała zakończyć tą kłótnię. W końcu,
jakby nie patrzeć, w domu w dalszym ciągu była jej córka i na
pewno wszystko dokładnie słyszała.
Nie
odpowiedziała. Odwróciła się i wyszła z pokoju trzaskając
drzwiami.
Zbiegła
po schodach na dół i szybkim krokiem skierowała się do wiatrołapu. Opuściła dom. Usiadła na kamiennych schodkach przed
drzwiami i zaplotła dłonie na karku, opierając głowę na
kolanach.
Czasami
miała ochotę zniknąć. Zniknąć i już nigdy nie wracać. Nieraz
zastanawiała się, jak to by było, gdyby rzeczywiście nie
istniała. Broduey byłby szczęśliwy. Miałby normalną dziewczynę,
która nie zachowuje się jak wariatka.
Problem
w tym, że kochała go. Kochała, choć wiedziała, że rani go swoim
zachowaniem i jeśli nie chce, by wszystko między nimi się zepsuło,
to musi się za siebie wziąć. Przeszkadzał jej tylko fakt, że
była za słaba. Nie potrafiła. Nie umiała przyznać się sama
przed sobą, że nie jest już taka jak wcześniej. Niby zaprzeczała,
tak, zaprzeczała, ale... ale w głębi duszy czuła, że to
kłamstwo, że wcale tak nie myśli.
Zresztą...
nie wiedziała już, co naprawdę myśli. Jej myślenie zmieniło
się. Już nie fukncjonowało tak samo.
Ona
cała była inna.
Weszła
do kuchni.
-
Co gotujesz? - spytała stając za nim.
Spojrzał
na nią i uśmiechnął się. - Zupę grzybową. Lubisz, nie?
-
Przecież wiesz - odwzajemniła uśmiech.
-
O której Ava dzisiaj kończy? - spytał, odwracając się do niej.
-
Skończyła pół godziny temu, ale ma dodatkową matematykę, a
później zajęcia muzyczne, nie będzie jej na obiedzie -
odpowiedziała.
Dotknął
jej policzka.
-
Więc jesteśmy tylko we dwoje?
Pokiwała
głową. - Nakryję do stołu.
Wyjęła
z szafki biały obrus. Rzuciła krytyczne spojrzenie na plamę na
jego rogu, jednak położyła go na stole. Ustawiła dwa talerze i
sztućce, po czym usiadła na krześle. Kilka minut później do
jadalni wszedł jej mąż z zupą w rękach.
-
Przesoliłem - stwierdził zapełniając jeden z talerzy.
Chciała
odpowiedzieć. Ale nie zdążyła. Chochla z zupą wypadła
mężczyźnie z ręki i spadła na stół, rozlewając brązową
substancję na śnieżnobiały obrus.
W
pierwszym momencie zdrętwiała. Oblał ją najpierw zimny pot, a
później poczuła falę gorąca na całym ciele. Zabrakło jej
powietrza.
Nawet
nie zauważyła, kiedy zerwała się na nogi i chwyciła do ręki
pierwsze co miała pod nosem. Zaciskała dłoń na rękojeści noża.
Nie panowała nad sobą. Rzuciła się na niego, nawet się nad tym
nie zastanawiając.
W
porę się odwrócił. Wypuścił z rąk naczynie, które spadło z
głośnym brzękiem na ziemię. Wytrącił jej z dłoni nóż i
chwycił ją za nadgarstki. Wykręcił jej ręce do tyłu, na co
zareagowała głośnym sykiem. Ugięły się pod nią kolana. Upadła
na ziemię. Klęknął obok niej. Nie wyrywała się. Jej oczy były
puste. Wpatrywała się w punkt przed sobą. Nie reagowała.
Posadził
ją sobie na kolanach. Nie spojrzała na niego.
-
Camila. - Potrząsnął nią. - Camila, odezwij się.
Cisza.
Jakby w ogóle go nie słyszała.
Wyjął z kieszeni telefon. Wybrał numer
Leona i zadzwonił, a po chwili usłyszał jego głos w słuchawce.
Nie miał czasu mu niczego tłumaczyć.
-
Kochanie - szepnął chwytając jej podbródek i odwracając w swoją
stronę. Patrzyła na niego, jednak w jej oczach nie zobaczył nic
prócz pustki. - Skarbie, spokojnie...
Nie
sądził, że może być z nią aż tak źle. Teraz nie miał już
jednak wątpliwości, nikt nie mógł zaprzeczyć, że z jego
ukochaną dziewczynką jest coś nie tak i on sam jej już pomóc nie
może.
-
W porządku u was? - Leon na moment odwrócił się w ich stronę, po
czym ponownie przeniósł wzrok na ulicę.
-
Chłopie, błagam, jedź, nie gadaj - odpowiedział zdenerwowany.
Nie
wiedział co robić. Kiedy to wszystko się stało... nie miał
pojęcia, jak zadziałać. Dopiero, kiedy przyjechał jego
przyjaciel, zdecydował, jakie będzie najlepsze rozwiązanie.
Już
dużo wcześniej nawiązał kontakt ze szpitalem psychiatrycznym. Za
radą psychologa, oczywiście. Nie pozostawało mu nic innego, jak
natychmiast do nich zadzwonić. Kazali mu z nią przyjechać. Nie
wiedział, czego się spodziewać.
Teraz
od kilku minut już trzymał ją za rękę, jednak ona nie zwracała
na niego uwagi. Siedziała ze wzrokiem wbitym w okno. Chyba nie miała
pojęcia co się dzieje.
Po
chwili samochód zatrzymał się na parkingu przed ogromnym
budynkiem. Wysiadł z samochodu, obszedł go wokół i otwarł
drzwiczki po drugiej stronie. Chwycił ją za rękę i pomógł wyjść
ze środka.
Dopiero,
kiedy stanęła na nogi, podniosła głowę. Zatrzymała wzrok na
wielkiej tablicy wiszącej przed nią: „Szpital psychiatryczny nr 5
w Buenos Aires”. Cofnęła się o krok. Spojrzała przerażona na
swojego partnera. Złapał ją za rękę. Wyrwała się. Zaczęła
wrzeszczeć. Próbował ją uspokoić, ale nie dawał rady.
-
Pójdę po kogoś - odezwał się Leon. Odbiegł w stronę budynku.
Kiedy
niedługo później wrócił z powrotem, było już z nim dwóch
postawnych mężczyzn. Rzucili w jego stronę jakiś krótki zwrot
grzecznościowy. Przenieśli wzrok na dalej wyrywającą się Camilę.
-
Pacjentka? - spytał jeden z nich. Potwierdził ruchem głowy. -
Zajmiemy się nią. Proszę się odsunąć.
Poczuł
dłoń Leona na swoim ramieniu. Puścił dziewczynę. Odwrócił
głowę w drugą stronę. Nie chciał na to patrzeć.
Dwóch
sanitariuszy chwyciło jego żonę. Krzyczała, wyrywała się, a jej
płacz łamał mu serce. Wołała jego imię, chciał odwrócić
się, pomóc jej, ale wiedział, że nie może, że właśnie to jest
dla niej najlepsza pomoc.
-
Jestem idiotą - rzekł cicho, kiedy głos Camili ucichł. Znikli z
punktu widzenia.
-
Bo tak późno ją tutaj przywiozłeś, masz rację - zgodził się
Leon. - Powinna trafić tu dużo wcześniej.
-
Nie słyszałeś jej? - Podniósł głowę. - Ona wcale nie chciała
tam iść, nie powinienem tego robić.
Leon
prychnął. - Słyszysz ty siebie? Widziałeś kogoś, kto w
podskokach biegł do takiego miejsca? - Nie odpowiedział. - Ona
kiedyś zrozumie, że to dla jej dobra. I jeszcze nam wszystkim
podziękuje. - Przerwał. - Ktoś ci woła.
Rzeczywiście,
od drzwi szpitala dobiegał ich kobiecy głos. Zauważył kobietę w
średnim wieku spoglądającą na nich. Zrezygnowany, ruszył w jej
stronę.
-
Pan Nascimento? - Skinął głową. - Zapraszam do mojego biura.
Trzeba dokonać formalności.
Dał
swojemu przyjacielowi znak, by zaczekał w samochodzie, a sam wszedł
do budynku i ruszył korytarzem za lekarką.
-
Potrzebuję dokładnych danych osobowych pacjentki - powiedziała
siadając za biurkiem - oraz pańskiej zgody na jej pobyt tutaj.
Podpisując te dokumenty zgadza się pan na podanie pacjentce
wszelkich leków potrzebnych do leczenia, jej udział w zajęciach
terapeutycznych oraz ewentualne zabiegi pomagające w terapii, takie
jak na przykład elektrowstrząsy...
-
Słucham? - przerwał jej. - Elektrowstrząsy?
Kobieta
uśmiechnęła się lekko. - Proszę nie kojarzyć tego z
elektrowstrząsami rodem z horrorów o szpitalach psychiatrycznych
czy ośrodków sprzed kilkunastu lat. Dzisiejsze te zabiegi
wykonywane są pod ogólnym znieczuleniem i mają na celu wyłączne
pobudzenie pacjenta.
Przełknął
ślinę. - Nie będzie jej bolało?
-
Oczywiście, że nie - potwierdziła lekarka. - Zapewniam, że pana
żonie nie stanie się u nas żadna krzywda. Chcemy jej tylko pomóc.
Pokiwał
powoli głową.
-
Mam rozumieć, że się pan zgadza? - zapytała.
-
Tak, tak. - Podrapał się po głowie. - Mam coś podpisać?
Podsunęła
mu pod nos formularz.
-
Proszę uzupełnić w odpowiednich miejscach i podpisać na samym
końcu - rzekła.
Minął
moment zanim odważył się coś powiedzieć.
-
Będę mógł się z nią zobaczyć?
Na
oko czterdziestolatka uśmiechnęła się pocieszająco. - Dzisiaj
nie, prawdopodobnie zostały jej podane leki uspokajające i przebywa
na oddziale, gdzie odbędzie wszelkie badania. Później zostanie
przeniesiona na inny, odpowiedni. Myślę, że jutro będzie mógł
pan ją odwiedzić. Skontaktujemy się z panem.
Skinął
głową, a kilka minut później opuszczał budynek szpitala.
Przed
samochodem widział już Leona.
Zżerały
go wyrzuty sumienia. Jak mógł wysłać ją w takie miejsce? Jak
mógł pozwolić, by uznano ją za wariatkę? Przecież wszyscy
doskonale wiedzieli, że jest normalna, że jest taka jak inni, może
z kilkoma problemami, ale przecież w dalszym ciągu normalna. Była
jego Camilą, jego ukochaną, malutką Camilą, która na swojej
drodze spotkała tyle przeciwności, że nie dała rady. Bał się,
czy jest na tyle silna, by poradziła sobie tutaj. W szpitalu.
Zapukał
niepewnie do drzwi. Odpowiedziała mu cisza.
Jakaś
pielęgniarka pozwoliła mu wejść, powiedziała, że po śniadaniu
wróciła z powrotem do łóżka i do tej pory z niego nie wyszła.
Nie chciała z nikim rozmawiać. Nie dziwił się jej.
Nacisnął
klamkę i otworzył drzwi.
Rzeczywiście,
leżała na łóżku, z wzrokiem wbitym w sufit. Drgnęła, kiedy
wszedł do środka, ale nie spojrzała na niego. Przysiadł obok
niej.
-
Skarbie? - odezwał się. - Odwróć się do mnie.
Zamiast
tego przekręciła się na drugi bok, nawet nie rzucając na niego
okiem.
-
Camila... - Położył rękę na jej udzie. - Proszę cię... nie
zachowuj się tak.
-
Zostawiłeś mnie tutaj - zarzuciła mu.
Westchnął.
- To dla twojego dobra.
Poderwała
się gwałtownie do góry. Zaskoczony, chwycił ją za ramiona. Nie
zaprotestowała, co było dziwne.
-
Dla mojego dobra? - syknęła.
Wyglądała
źle. Miała rozczochrane włosy, zmęczoną twarz, a w oczach
widział tylko pustkę. Niczym nie przypomniała jego dawnej Camili.
-
Chcę ci pomóc - rzekł.
-
I dlatego wsadziłeś mnie do szpitala dla czubków? Rozejrzyj się.
Spójrz co dzieje się na korytarzach. To są chorzy psychicznie
ludzie, ja jestem normalna.
-
Cami, jesteś na zupełnie innym oddziale...
-
Nie musisz mi mówić, gdzie jestem, doskonale o tym wiem - przerwała
mu. - Ale to miejsce jest chore, rozumiesz?
Pokręcił
przecząco głową.
-
To ty jesteś chora, Camila. Zrozum to w końcu. - Chciała
zaprzeczyć, ale nie dał jej dojść do słowa. - Kiedy masz jakąś
rozmowę z psychologiem?
-
Nie wiem.
-
Nie mówili ci?
-
Nie słuchałam ich, mam wszystko gdzieś, nie chcę tutaj być. -
Spojrzała mu prosto w oczy. - Dlaczego mi to robisz?
Przyłożył
rękę do jej policzka. Odgarnął jej włosy z twarzy.
-
Bo cię kocham. Camila. Porozmawiamy o tym, kiedy już wszystko się
skończy, dobrze?
Nie
zdążyła odpowiedzieć. Drzwi pokoju otworzyły się, a do środka
weszła pielęgniarka w średnim wieku. W ręce trzymała mały
kubeczek, z tabletkami, prawdopodobnie.
-
Pani Nascimento... - mruknęła pod nosem, podchodząc bliżej i
przyglądając się kartce wiszącej przy łóżku. - Oto pani leki.
Proszę połknąć na raz.
Rudowłosa
spojrzała posępnie na pigułki, ale posłusznie wyciągnęła po
nie rękę.
-
Nie dostanę wody?
-
Proszę nie narzekać, nie ma na to czasu. Proszę połknąć -
ponagliła ją.
Przechyliła
kieliszek i wsypała tabletki do ust, po czym przełknęła je z
trudnością. Kobieta zabrała od niej kubeczek.
-
Przypominam, że za pół godziny ma pani rozmowę z psychologiem, a
następnie terapię grupową. Po terapii pójdzie pani na obiad.
Później obowiązuje godzinna cisza poobiednia. Po dalszy rozkład
dnia proszę się zgłosić do swojego lekarza prowadzącego. Do
widzenia.
Później
opuściła pokój, nie zaszczycając ich ani jednym spojrzeniem.
-
Nie chcę tutaj być - powiedziała cicho, wpatrzona w ścianę.
Chwycił
ją za rękę. - Tutaj ci pomogą.
-
Nie potrzebuję pomocy.
Po
jej twarzy popłynęły łzy. Sama nie wiedziała czego. Bezsilności?
Złości? A może po prostu powoli uświadamiała sobie, że oni
wszyscy mają rację? Sama w końcu czasami miała wrażenie, że coś
jest nie tak.
-
Skarbie, ej. - Otarł jej łzy z policzków. - Nie płacz, co ty.
Jestem przy tobie, tak? Dasz radę, jesteś dzielną dziewczynką.
Odwróciła
się w jego stronę. Oplotła jego kark rękami i wtuliła się w
jego koszulkę, płacząc jak dziecko. Szlochała głośno mocząc
jego ubranie, a on nie mówił nic. Zresztą, nie widział tak
naprawdę co ma powiedzieć. Było mu jej żal, strasznie żal.
Kochał ją całym sercem i ciężko było mu patrzeć jak cierpi,
wiedział jednak, że to jej pomoże. Że już niedługo będzie tą
dziewczyną, którą poznał.
-
Pierwsze dni zawsze takie są - ciągnęła lekarka. - Pacjenci są
osłabieni i otępiali z powodu leków. Po kilku dniach się do nich
przyzwyczajają. Z czasem pojawia się bunt, agresja. Od pacjenta
zależy jak silna ona jest. Jednak niedługo później następuje
uległość, wie pan o czym mówię. Mniej więcej tak to wygląda.
Pokiwał
powoli głową. Oczywiście, że rozumiał. Aż za dobrze.
-
Czy ktoś wytłumaczy mi, jakim sposobem ona zamknęła się w pokoju
od środka?
Oparła
się plecami o ścianę. Nie chciała nic słyszeć. Osunęła się
powoli na podłogę.
Czuła,
że coś w niej pękło.
Kiedy
pielęgniarka przez nieuwagę zostawiła klucz w drzwiach, szybko
przekręciła go i zamknęła pokój. Była teraz sama. Nie
przewidziała jednak, że kiedy w końcu się do niej dostaną, nie
ujdzie jej to na sucho. Teraz powoli docierało do niej, jakie
konsekwencje swojego zachowania będzie musiała ponieść.
Głosy
za drzwiami odbijały się echem w jej głowie. Ukryła twarz w
dłoniach.
Po
chwili usłyszała uderzenie i drzwi otworzyły się. Do pokoju od
razu wpadła pielęgniarka, dwóch pielęgniarzy oraz jej lekarz
prowadzący.
Mężczyźni
w niebieskich strojach od razu do niej doskoczyli. Chwycili ją za
ramiona i pociągnęli do góry, stawiając na nogach. Zaczęła
krzyczeć, wyrywać się. Podniosła nogę i kopnęła jednego z nich
w brzuch, jednak chyba nic nie poczuł.
Obok
nich znalazł się lekarz. Trzymał coś w ręce. Dopiero po chwili
rozpoznała w tym strzykawkę. Chwycił jej rękę i wbił w nią
igłę. Nie zareagowała.
-
Do izolatki - zadecydował.
Zaczęła
wyrywać się jeszcze bardziej. Krzyczała, a teraz już po jej
twarzy płynęły łzy. Próbowała zaprotestować, kiedy mężczyźni
siłą wyprowadzili ją z pokoju i pociągnęli korytarzem, ale była
za słaba. W końcu dotarli do jakichś drzwi. Lekarz, który cały
czas podążał za nimi, nacisnął klamkę i pchnął je. Weszli do
środka. Jeden z pielęgniarzy posadził ją na leżance i przytrzymał
za ramiona, kiedy chciała wstać. Lekarz podał jej kolejną dawkę
jakichś leków, kolejny raz wbijając strzykawkę w rękę.
-
Ja nie chcę - wykrztusiła przez łzy.
-
Nikt nie chce, proszę pani. - Mężczyzna siłą położył ją. -
My też nie chcemy. Czasami jednak jest to ostatnia możliwość.
Czuła,
jak cała drętwieje. Nie dała rady wyrwać się, kiedy przypiął
jej ręce i nogi pasami do łóżka. Zaczęło kręcić jej się w
głowie, była już otępiała. W końcu znieruchomiała zupełnie.
Tylko jej klatka piersiowa unosiła się powoli w górę, a po
rozgrzanych policzkach płynęły łzy.
Ile
dałaby, aby siedzieć teraz z Brodueyem i Avą w salonie i oglądać
jakąś nudną komedię, wcale nie śmieszną. Jednak ktoś chciał
inaczej i musiała leżeć tutaj. Wiedziała, że sama zawiniła.
Wiedziała, że to przez nikogo, ale przez nią samą.
Wiedziała,
ale było jej tak strasznie ciężko...
Oto i druga część, zapraszam bardzo serdecznie, chyba, że po
Sylwestrze jeszcze nie wszyscy przytomni ;)) Ja opiłam się Piccolo,
jabłkowym, z Violetty, nie zadawajcie pytań.
Pożyczyłabym wam trochę szczęścia na ten rok, ale w sumie, to
tak trochę głupi, bo już po trzeciej jest, mniejsza :)
Mam nadzieję, że wam się ta część parta spodobała - bo ja ją
oczywiście zrąbałam, jak zawsze, nieważne - i zostawicie po sobie
ślad w postaci komentarza ;))
I gdyby ktoś jeszcze nie czytał, to zapraszam na parta świątecznego
[KLIK]
No i jeszcze mam dwa covery, zapraszam do wysłuchania ;))
Kocham was <3


moje, ^^
OdpowiedzUsuńokej ^^
UsuńŚwietny part !!!
OdpowiedzUsuńNie wiem co ci się w nim nie podoba...
Biedna Cami, żal mi jej ;-;
Mam nadzieję, że z tego wyjdzie
Czekam na next :*
Genialny part
OdpowiedzUsuńTak jak wszystkie. Każdy one shot jaki napiszesz totalnie mnie wzrusza. Masz naprawdę wielki talent i wyobraźnię. Ta część jest jedną z najlepszych jakie stworzyłaś. Biedna Camila... Wylądowała w tak okropnym miejscu... Czemu musiałaś zakończyć w takim momencie? Co będzie dalej? Pisz szybko następny
Pozdrawiam <3
Bardzo dziękuję *.*
UsuńPięknie, jak zwykle. Wszystkie twoje one shoty są takie wzruszające i opowiadają niezwykłe historie zwykłych ludzi. Brzmi to trochę jak slogan z filmu xD Czekam na kolejną część.
OdpowiedzUsuńDziękuje ;))
UsuńNa prawdę podziwiam twój talent, którym z każdym dziełem zadziwiasz mnie coraz bardziej! ;3
OdpowiedzUsuńTo jest na prawdę genialne i już nie mogę doczekać się kolejnej części!
Strasznie dziękuję <3
UsuńCudowna druga część!
OdpowiedzUsuńW końcu przybyłam. Wczoraj na serio zapomniałam o tym aby przeczytać i skomentować. Więc teraz tu wracam :)
Mi tam podobała się ta część jak każda inna. Tobie nie podoba się nigdy, tak zauważyłam ;) Federico w końcu jeden powiedział jej jak jest na prawdę. Może nie był jakiś taktowny lub coś, ale powiedział to jako jedyny. Już było tak źle, że rzuciła się na Brodueya z nożem. Dobrze, że na czas się obrócił. Zawieźli ją z Leonem do psychiatryka. Szkoda mi jej, ale byłoby tylko gorzej :( Teraz może być tylko lepiej, znaczy taką mam nadzieję :D Czekam na kolejną część ;*
Co ty masz do mojego szampana z Violetty? Smakował więc cicho ;D
Kocham Cię <333
Witaj, sklerozo. :)
UsuńDziękujeee kocham <3
Witaj ;*
OdpowiedzUsuńPrzepraszam od razu, że mój komentarz będzie krótki i dość marnej jakości ;* Czas mnie goni i mam trochę zaległości ;*
To jest cudowne ♥
Proszę, nie mów, że zrąbałaś bo to co prezentujesz zawsze jest wspaniałe ;* Nie jedna osoba zazdrości Ci ogromnego talentu ;*
Zamarło mi serce, gdy Camila rzuciła się na Brodueya z nożem O.O Bałam się, że nie skończy się to dobrze. Na szczęście w odpowiednią porę powstrzymał ją od zrobienia mu krzywdy. Biedna Cami ;( Znalazła się w miejscu, w którym tak bardzo nie chciała się znaleźć. Było to jednak nieuniknione i konieczne, bo co by było gdyby podobny incydent powtórzył się? Gdyby to nie był jej mąż, tylko córka? Nie, nie mogę nawet o tym myśleć. Jestem pewna, że po skończonym leczeniu będzie wdzięczna bliskim i w końcu będzie w pełni cieszyła się życiem ;)
Cudoo <3
Pozdrawiam,
Rachel ;*
Bardzo dziękuuuję <3
UsuńFantastyczny OP <3
OdpowiedzUsuńJak zawsze oczywiście ;*
I skończ narzekać - masz prawdziwy talent, naprawdę <3
Szkoda mi Cami, ale to dla jej dobra, prawda?
Oby wszystko skończyło się dobrze ;)
Lecę czytać next