przez ludzi podstawowych problemów swojego
życia,
z niemożności kochania innych, nieumiejętności zrealizowania
własnych możliwości.
Nie mogąc kochać, człowiek zaczyna poniżać innych
ludzi i sprawiać im ból."
Mijały dni,
tygodnie, miesiące, a moja sytuacja wciąż się nie zmieniała.
Jednak wydawało mi się, że Ezequiel z dnia na dzień był coraz
gorszy, coraz bardziej brutalny… Starałam się go unikać, nie
chciałam przebywać zbyt często w domu. Nie wchodziłam mu w drogę
i nie dopuszczałam do niego Candelarii. Nigdy nie mogłam
przewidzieć, kiedy się zdenerwuje. Wolałam, żebym to wtedy ja
była w pobliżu, nie moja córka. Dotąd jej jeszcze nie uderzył,
ale nie chciałam ryzykować. Byłam gotowa się poświęcić,
sprawić, by to mi coś zrobił, bo wolałam to, niż gdyby on miał
choćby krzyknąć na Cande.
Usłyszałam dzwonek
mojego telefonu. Zostawiłam moją córkę w pokoju i poszłam do
salonu, gdzie wcześniej go zostawiłam.
- Halo? –
Przyłożyłam słuchawkę do ucha.
- Halo, Fran? –
Usłyszałam głos chłopaka. – Marco z tej strony. Przeszkadzam ci
w czymś?
- Nie, nie –
zaprzeczyłam. – O co chodzi?
- Chciałem cię
spytać, czy wyskoczyłabyś ze mną do kina? Oczywiście, tylko jako
znajomi, nic więcej – zapewnił.
Przez chwilę nie
mówiłam nic, po chwili jednak zebrałam się w sobie.
- Nie, Marco, to
chyba nie jest dobry pomysł… - zaczęłam. – On mógłby się
dowiedzieć, a wtedy… Wtedy nie byłoby za wesoło…
- Hej, Francesca, o
nic się nie martw – rzekł. – Nie dowie się. A nawet jeśli, to
ja nie pozwolę, żeby coś ci zrobił, przysięgam.
- Nie wiem… -
wciąż byłam niepewna. – Chyba nie powinnam…
- Ufasz mi? –
spytał nagle.
- Słucham? –
zdziwiłam się.
- Pytam, czy mi
ufasz? - powtórzył.
- Ja… - zająknęłam
się. – Ja… Tak, ufam ci…
- Cieszę się. –
Mogłam przysiąc, że w tym momencie się uśmiechnął. –
Przyjadę po ciebie za pół godziny, weźmiemy Candelarię i
zostawimy ją u Federico i Ludmiły, już wszystko załatwiłem.
- Czyli miałeś
pewność, że się zgodzę? – również się uśmiechnęłam.
- Można tak
powiedzieć – zaśmiał się. – Dobrze, Fran, nie przedłużam.
Szykuj się. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. –
Nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Odłożyłam telefon
na szafkę i poszłam do pokoju mojej córki. Weszłam do środka.
Cande siedziała na podłodze i układała puzzle.
- Co robisz? –
Kucnęłam obok niej.
- Układam –
odparła spoglądając na mnie. – Prawie kończę, mamusiu.
- To dobrze. –
Uśmiechnęłam się. – Ułóż do końca i pojedziesz do cioci
Ludmiły i wujka Federico.
- A ty?
- Ja… - zająknęłam
się. – Ja jadę z wujkiem Marco do kina. Zostaniesz u wujka i
cioci, a później po ciebie przyjedziemy, dobrze?
- Dobrze. –
Pokiwała głową. – A tata ci pozwolił?
- Candusia… -
zaczęłam. – Tata nic nie wie i nie może się dowiedzieć,
dobrze? Nic mu nie mów, tak?
- Nie powiem –
zaprzeczyła. – Mamusiu…
- Słucham,
córeczko?
- Ja bym chciała
mieć takiego tatusia jak wujek Marco – rzekła. – Ja go bardzo
lubię, a… A taty nie. Mamusiu, a tata mnie w ogóle kocha?
Nie wiedziałam co
mam jej odpowiedzieć. Sama nie byłam pewna odpowiedzi. Ezequiel
może i ją kochał – w co bardzo wątpiłam – ale jakoś tego
nie okazywał. Gdyby rzeczywiście jej nie kochał, to na pewno już
dawno by ją uderzył. Nie zrobił tego, co znaczyło, że ma
jakiekolwiek uczucia względem niej. W końcu była jego córką. A
to do czegoś zobowiązywało.
- Oczywiście, że
cię kocha, córeczko. – Pogłaskałam ją po głowie. – Jest
twoim tatą, na pewno jesteś dla niego najważniejsza.
- Naprawdę?
- Naprawdę. –
Pocałowałam ją w czoło. – Dobrze, teraz układaj te puzzle, a
za pół godziny przyjedzie wujek Marco i pojedziemy do wujka i
cioci.
- Dobrze, mamusiu –
zgodziła się dziewczynka.
Uśmiechnęłam się
jeszcze, wstałam i wyszłam z pokoju.
Skierowałam się do
sypialni. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej czarne spodnie i
pomarańczową bluzkę do łokcia. Skierowałam się do łazienki,
ubrałam się i uczesałam. Makijażu nie zrobiłam. Był on u mnie
rzadkością. Ceniłam sobie naturalność.
Kiedy byłam już
gotowa, ruszyłam do mojej córeczki.
Pomogłam jej ułożyć
puzzle, z którymi miała problem. Później ubrałam ją, a jej
włosy związałam w dwa długie warkocze.
Nie zauważyłam,
kiedy minęło pół godziny, a ja usłyszałam dzwonek do drzwi.
Chwyciłam Candelarię za rączkę i zeszłam z nią na dół,
kierując się do wiatrołapu. Otworzyłam drzwi, przed którymi
zobaczyłam Marco.
- Hej. –
Otworzyłam je szerzej. – Wchodź.
- Hej. – Wszedł
do środka. – Gotowa?
- Prawie –
uśmiechnęłam się. – Poczekasz chwilę? Wejdź do salonu.
Chłopak pokiwał
głową. W tym momencie zauważyłam moją córkę.
- Cześć,
księżniczko. – Kucnął obok niej. – Jak tam, gotowa na
odwiedziny u wujka Federa i cioci Lu?
- Gotowa! –
Potwierdziła mała.
- Dobrze – zaśmiał
się. – Więc my pójdziemy do salonu, a mamusia jeszcze zrobić co
tam miała zrobić.
- Chodź. – Cande
złapała go za rękę i pociągnęła w głąb domu.
Zaśmiałam się i
ruszyłam za nimi. Dziewczynka pociągnęła Marco na kanapę i
kazała mu przeczytać sobie jedną z bajek.
Wbiegłam po
schodach na górę, poszłam do garderoby i wyjęłam z niej czarną
torebkę, do której wrzuciłam telefon, chusteczki i dokumenty.
Ponownie zeszłam na
do salonu.
- Możemy już iść?
– zwróciłam się do Marco.
- Oczywiście –
potwierdził. – Chodź mała.
Wziął moją
córeczkę na rączki i ruszył z nią do wyjścia, wcześniej
przepuszczając mnie przed sobą.
Kiedy znaleźliśmy
się na zewnątrz, zamknęłam drzwi na klucz i wrzuciłam je do
torebki.
Wsiedliśmy do
samochodu. Ruszyliśmy.
- Mogę wiedzieć na
jaki film jedziemy? – spytałam spoglądając na chłopaka.
- Nie wiem –
uśmiechnął się. – Zobaczymy co grają, i coś wybierzemy. Zdamy
się na ciebie.
- Na mnie? –
zdziwiłam się.
- Na ciebie –
potwierdził. – Coś nie tak?
- Nie, po prostu…
- zająknęłam się. – Nikt mnie nigdy nie pytał na co mam
ochotę.
- Kiedyś musi być
ten pierwszy raz.
- Dziękuję.
Spojrzał na mnie,
uśmiechnął się, a później z powrotem skierował wzrok na drogę
za szybą.
Po kilkunastu
minutach podjechaliśmy pod dom naszych przyjaciół. Marco wysiadł
z samochodu i otworzył mi drzwi. Następnie wyciągnął z auta
Candelarię i wziął ją na ręce. Przepuścił mnie pierwszą, i
weszliśmy przez furtkę na podwórko Federico i Ludmiły.
Zapukałam do drzwi.
Po chwili ktoś je otworzył, a ja zobaczyłam Federa.
- Cześć –
powiedział. – Przywieźliście małą?
- Tak –
potwierdził Marco. – Zostawimy ją i będziemy się zbierać.
Nagle przy Federico
zjawiła się jego narzeczona.
- Więc wyruszacie
na podbój kina? – zaśmiała się.
- Ja nic o tym nie
wiem – broniłam się. – Nie wiem nawet na jaki film jedziemy.
- Fran, mówiłem
ci, ja też nie wiem. – Uśmiechnął się Meksykanin.
- Marco, istnieje
takie coś jak Internet – przypomniała mu blondynka. – Teraz
zabierzesz Francescę do kina na jakąś niemrawą komedię albo
bajkę dla dzieci, i co?
- Ja mogę obejrzeć
nawet „Kopciuszka” – odparłam. – Tak dawno nie byłam w
kinie…
- Tym bardziej
dawajcie Candelarię i jedźcie – powiedział Fede.
Marco podał mu moją
córeczkę. Ta uśmiechnęła się i pomachała nam.
- Miłej zabawy –
rzekła Ludmiła.
- Dzięki –
opowiedziałam. – Przyjedziemy później po Cande, tak?
- Ty już się o nic
nie martw, Fran – zaśmiał się Marco. – Nic jej nie będzie.
- Nie chcę po
prostu za bardzo obciążać Federico i Ludmiły…
- Francesca, co ty
mówisz? – zdziwiła się blondynka. – To dla nas sama
przyjemność.
- A teraz już
jedźcie – dodał jej partner. – Do zobaczenia.
Pożegnaliśmy się,
i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.
Droga do kina zajęła
nam dziesięć minut. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się… Z Marco
miałam wiele wspólnych tematów, był moją pokrewną duszą.
Interesowaliśmy się tym samym, tak dobrze się rozumieliśmy.
Czasami potrafiłam zatracić się w jego zielonych oczach… Nie.
Stop. Ja mam męża. Nie mogę tak myśleć. Poza tym Marco to tylko
znajomy. Nie wierzę, że mogłaby mu się spodobać taka osoba jak
ja…
- Jesteśmy –
rzekł w pewnym momencie. – Mam nadzieję, że znajdziemy jakiś
względny film.
Wysiedliśmy z auta
i skierowaliśmy się w stronę budynku kina. Weszliśmy do środka.
W holu było pełno
ludzi. Dzieci uciekały przed swoimi rodzicami, a ci zawzięcie je
gonili, przez co tracili miejsca w kolejce.
Podeszliśmy do
ściany, na której wywieszony był repertuar.
- Dobra, co tutaj
mamy… - zastanowił się Marco. – Która jest godzina?
Wyjęłam telefon i
spojrzałam na wyświetlacz.
- Wpół do piątej.
- A na jaki film
chciałabyś iść? – Spojrzał na mnie.
- Mną się nie
przejmuj, wybierz coś pod siebie – odparłam.
- Chyba żartujesz –
powiedział. – Przyszliśmy tu razem, więc razem coś wybierzemy.
Chodź.
Złapał mnie za
rękę i przyciągnął bliżej.
I znów te dreszcze…
Stanęłam bliżej
ściany.
- Poczytaj i
powiedz, na który chcesz iść – rzekł.
Przeniosłam wzrok
na tablicę przede mną. Widziałam masę tytułów, których
większość nic mi nie mówiła. Większość były to filmy
angielskie, chociaż zdarzały się też hiszpańskie, argentyńskie
czy włoskie…
- „Trzy metry nad
niebem”? – zaproponowałam odwracając się do Marco.
- Słyszałem o nim,
podobno niezły – potwierdził. – Idziemy?
- Możemy iść.
- „Możemy” czy
„idziemy”? – Uśmiechnął się.
- Idziemy –
odwzajemniłam uśmiech. – O której grają?
- Jeśli się
pośpieszymy, to zdążymy na ten za piętnaście minut. – Spojrzał
na repertuar. – W międzyczasie kupimy jakiś popcorn, co ty na to?
- Eee… -
zająknęłam się. – Nie wzięłam pieniędzy…
- Myślisz, że
pozwoliłbym ci płacić za siebie? – zdziwił się. – Ja cię
zaprosiłem, więc ja kupuję.
- Ale…
- Żadnego „ale”
– przerwał mi. – Idź, usiądź na kanapie i poczekaj na mnie,
dobrze?
Pokiwałam głową,
a na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech, tak samo jak na jego.
Odwróciłam się i
ruszyłam w stronę sofy. Usiadłam niej wygodnie. Zaczęłam
wpatrywać się w Marco stojącego w kolejce.
Przy nim czułam się
inna. Dawał mi poczucie, że nie jestem tylko bezużyteczną
dziewczyną, za jaką uważał mnie Ezequiel. Candelaria bardzo go
polubiła. Dużo o nim wspominała. Uwielbiała się z nim bawić.
Marco przychodził
do nas tylko wtedy, kiedy mojego męża nie było w domu. Z jednej
strony chciałam, by nas odwiedzał, ale z drugiej bałam się, że
Ezequiel może kiedyś wrócić wcześniej z pracy…
Ja również lubiłam
przebywać w mieszkaniu Marco. Całkiem niedawno wyprowadził się od
Maxiego i Naty. Teraz mieszka kilka przecznic ode mnie. To bardzo
wszystko ułatwia.
Wiele razy próbował
mnie namówić, żebym odeszła od mojego męża. Tłumaczył mi to
cierpliwie mając nadzieję, że w końcu zrozumiem. Ale ja nie
rozumiałam. Byłam nieugięta, nie chciałam zostawiać Ezequiela.
- Możemy już
wchodzić. – Obok mnie niespodziewanie zjawił się chłopak. – O
czym tak rozmyślasz?
- O niczym ważnym.
– Podniosłam się z kanapy. – Idziemy?
- Chodźmy.
Przepuścił mnie
przed sobą i weszliśmy na salę kinową. Chwilę zajęło nam
odnalezienie naszych miejsc. W końcu jednak nam się to udało i
zajęliśmy je.
Po
piętnastominutowych reklamach film się zaczął. Trwał on dwie
godziny. Był naprawdę piękny.
Opowiadał o dwójce
ludzi, którzy mimo dzielących ich różnic potrafili ze sobą być.
To tak jakbym
widziała… siebie i Marco.
Różniło nas
wiele. On był radosnym, energicznym chłopakiem, umiejącym postawić
na swoim. Ja byłam nic nie znaczącą dziewczyną, bez perspektyw na
życie, dającą poniżać się swojemu mężowi.
Jedyny różnica
między nami, a tym filmem była taka, że my nigdy nie będziemy
razem. Nigdy. Nie zasługuję na niego. Poza tym… Od kilku lat
jestem mężatką. I nie zmienię tego. Nie mogę.
- Mamusiu, mamusiu,
tata już przyjechał! – Usłyszałam wołanie mojej córki.
Spojrzałam na zegar
wiszący na ścianie. Było bardzo wcześnie, a ja nie miałam
jeszcze gotowego obiadu…
- Idź do siebie,
Cande – rzekłam. – Poukładaj puzzle, pobaw się, cokolwiek. Ale
nie wychodź, póki cię nie zawołam, dobrze?
- Dobrze –
zgodziła się mała.
Pobiegła do swojego
pokoju. Po chwili usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Minutę
później zobaczyłam mojego męża.
- Ezequiel, ja
przepraszam, ale jeszcze nie ma obiadu… - zaczęłam się
tłumaczyć. – Nie wiedziałam, że tak wcześnie przyjdziesz i…
Nie dokończyłam,
ponieważ podszedł do mnie i uderzył mnie w twarz.
- Ja naprawdę zaraz
zrobię jedzenie. – Przytrzymałam się szafki. – Za dziesięć
minut będzie gotowe.
- Tutaj nie chodzi o
obiad, suko – warknął.
- A… A o co? –
spytałam ze strachem.
Nie wiedziałam, o
co mogło mu chodzić. Przecież ja nie zrobiłam nic, co mogłoby mu
się nie spodobać…
- Jeszcze się
pytasz? – zdenerwował się. – Nie zgrywaj idiotki. Gdzie byłaś
trzy dni temu?
- Trzy dni temu? –
powtórzyłam. – Ja… Byłam w domu z Candelarią…
Znów poczułam jego
silną rękę na swoim policzku.
- Nie łżyj! –
wrzasnął. – Myślisz, że jestem debilem? Mój znajomy widział
cię w piątek z jakimś fagasem w kinie!
No tak. W piątek
byłam z Marco na filmie…
- Musiało mu się
przywidzieć… - broniłam się. – To nie mogłam być ja…
Niespodziewanie
uderzył mnie w brzuch. Upadłam na ziemię. On kucnął obok mnie i
odwrócił moją głowę w swoją stronę.
- Źle ci ze mną? –
zagrzmiał. – Pytam, czy jest ci ze mną źle?!
- Nie… -
skłamałam. – Jest mi bardzo dobrze.
- Więc po co do
cholery – Rzucił mnie na ścianę – prowadzasz się z jakimiś
chłoptasiami? Myślałaś, że się nie dowiem?
- Ale to naprawdę
nie byłam ja… - Bałam się powiedzieć prawdy. – Twój znajomy
musiał mnie z kimś pomylić.
- Posłuchaj mnie. –
Chwycił mnie za włosy. – Masz w tej chwili powiedzieć mi, gdzie
byłaś trzy dni temu, rozumiesz?
- Byłam w domu… -
Nadal utrzymywałam swoją wersję.
- Nie chcesz mi
powiedzieć? – zaśmiał się szyderczo. – Sam się dowiem.
Puścił mnie i
wyszedł z kuchni. Słyszałam, jak wchodzi po schodach na górę.
Candelaria…
Czym prędzej
podniosłam się z podłogi i najszybciej jak mogłam pobiegłam za
nim. On nie mógł zrobić nic mojej córeczce… Nie pozwolę na to.
- Candelaria! –
wrzasnął mój mąż. – Do mnie w tej chwili!
Moja córka wyszła
niepewnie z pokoju akurat w tym momencie, w którym ja wbiegłam na
górę.
- Gdzie była twoja
matka w piątek? – zagrzmiał.
- Mamusia była w
domku… - odparła niepewnie.
- Nie kłam! –
krzyknął. – Lepiej powiedz prawdę!
- Ale ja mówię
prawdę – Mała dzielnie mnie broniła.
- Tak nie będziemy
rozmawiać. – Zbliżył się do niej.
Ona cofnęła się o
krok i zamknęła oczy. Ezequiel podniósł rękę.
Musiałam
zareagować.
Doskoczyłam do
niego i w ostatnim momencie złapałam go za nadgarstek. Szybko się
wyszarpnął.
- Zachciało ci się
ze mną kłócić? – spytał złowrogo. – Chcesz dostać jeszcze
mocniej?
Zrobiłam krok w
tył.
Jednak nie
spodziewałam się tego, że ponownie będzie chciał uderzyć Cande…
Odwrócił się w
jej stronę. Widziałam, jak mała płacze.
Podszedł jeszcze
bliżej niej. Znieruchomiała, podobnie zresztą jak ja.
Zamachnął się. I
byłby ją uderzył, gdyby nie moja szybka reakcja.
W jednej chwili
znalazłam się przy mojej córce i odepchnęłam ją tak, że
dostałam ja zamiast niej. I wolałam to, aniżeli jej miałaby się
stać krzywda.
- Biegnij, Candusia!
– zawołałam. – Uciekaj!
Przerażona
dziewczynka pokiwała głową, a ja usłyszałam tylko tupot jej
nóżek zbiegających po schodach.
O dziwo, Ezequiel
nie zamierzał jej gonić. Widocznie wolał pobić mnie. Bo byłam
pewna, że teraz nastąpi ta straszna chwila…
- I co? – Klęknął
obok mnie. – Opłacało mi się sprzeciwiać?
Poczułam mocne
uderzenie w głowę, która odbiła się do znajdującej się za mną
ściany. Czułam ból rozchodzący się po mojej czaszce.
- To co, powiesz mi,
gdzie byłaś trzy dni temu? – Usłyszałam jego pytanie.
Spojrzałam na
niego. W jego oczach widziałam furię podczas, gdy z moich wypływały
łzy.
Nie odpowiedziałam.
Po chwili uderzył
mnie w twarz.
- Tak myślałem –
mruknął. – Jesteś nic nie wartą dziewuchą!
Schyliłam głowę.
Nagle Ezequiel wstał
i odszedł ode mnie. Podniosłam wzrok.
Czyżby to był już
koniec? Odpuścił sobie tak łatwo? Nie pobił mnie?
Nie chciałam się
nad tym zastanawiać. Stanęłam na nogi i skierowałam się w stronę
schodów.
Zostały mi do
pokonania tylko cztery stopnie, kiedy nagle ktoś mnie popchnął, a
ja runęłam na ziemię.
- Taka jesteś
mądra? – Złapał mnie za szyję. – Mi nie uciekniesz.
Dostaniesz teraz to, na co zasłużyłaś.
Rzucił mnie na
podłogę.
Nagle poczułam ból
na całym ciele. Nie wiedziałam, co się dzieje.
Podniosłam głowę
i zobaczyłam nad sobą mojego męża. Trzymał w ręce kij od
szczotki…
- Może to oduczy
cię wałęsania się po mieście z jakimiś idiotami, i okłamywania
mnie – rzekł.
Zaczął znów mnie
okładać.
Wszędzie. Po
plecach, bo brzuchu, po nogach, po rękach, a nawet po głowie.
Bolało. Bolało jak
cholera. Nigdy chyba nie dostałam tak mocno. On również nigdy nie
używał żadnych „narzędzi”…
Do głowy nasuwało
mi się tylko jedno pytanie: gdzie jest Candelaria?
Miałam nadzieję,
że opuściła dom, że nie ma jej nigdzie w kącie, że nie
obserwuje tego, co się tu dzieje.
Dostałam w głowę.
Ból był nie do zniesienia.
Czułam uderzenia na
całym moim ciele.
Po chwili już nie
wytrzymałam tego cierpienia, i zemdlałam… Pierwszy raz, odkąd
poślubiłam Ezequiela.
I przysięgłam
sobie, że był to zarówno ostatni raz…
Słyszałam wokół
siebie głosy. Walczyłam z tym, żeby podnieść ciężkie powieki
do góry. Czułam niewyobrażalny ból głowy, zresztą nie tylko
jej.
Po kilku próbach
udało mi się otworzyć oczy. Nad swoim łóżkiem zobaczyłam
mężczyznę w białym fartuchu.
- Gdzie… gdzie ja
jestem? – spytałam cicho. – Co się stało?
- Jest pani w
szpitalu – rzekł lekarz. – Została pani pobita. Jak się pani
czuje?
- Głowa… -
szepnęłam. – Głowa mnie boli…
- Proszę się nie
martwić, to nic dziwnego – uspokoił mnie. – Na korytarzu
czekają pani znajomi. Zaprosić ich do środka, czy chce pani
odpocząć?
- Nie… Proszę ich
wpuścić – odparłam.
- Oczywiście.
Wyszedł z sali.
Rozejrzałam się wokół. Byłam jedyną osobą leżącą w tym
pomieszczeniu. Dwa łóżka stały puste. Naprzeciwko mnie znajdowało
się duże okno.
Drzwi otworzyły
się. Do środka weszło kilka osób.
- Francesca. –
Podbiegła do mnie Camila. – Boże, Fran, jak ty się czujesz?
- W porządku –
odpowiedziałam.
- Co on ci zrobił…
- Ktoś chwycił mnie za rękę.
Podniosłam głowę
i zobaczyłam przed sobą Federico.
- Nie wrócisz do
niego – dodał. – Nie wrócisz, rozumiesz?
- Gdzie on jest? –
odezwałam się.
- Zabrali go –
wtrącił Maxi. – Niedługo ma być rozprawa. Gdybyś wcześniej od
niego odeszła, nic takiego nie miałoby miejsca.
- A… Co się
stało?
- Nie pamiętasz? –
rzekł Broduey. – Ten bydlak cię pobił. Skatował cię. Jak
nigdy. Byłaś nieprzytomna przez tydzień. Candelaria pobiegła po
pomoc…
- Gdzie jest Cande?
– przerwałam mu. – Gdzie jest moja córka?
- Spokojnie. –
Ludmiła położyła mi rękę na ramieniu. – Violetta i Leon jej
pilnują. Jest bezpieczna. To ona zadzwoniła na pogotowie. –
Odetchnęłam z ulgą.
- Uczyłam ją –
wyjaśniłam.
- I bardzo dobrze. –
Uśmiechnęła się Naty. – To zdolna dziewczynka.
- Wiem. –
Odwzajemniłam uśmiech. – Najzdolniejsza.
Poczułam, jak ktoś
łapie mnie za dłoń. Spojrzałam w prawo i dostrzegłam tam Marco.
W jego oczach widziałam ból… Martwił się o mnie?
- Powiesz nam, co
się tam stało? – spytał.
- Nie chcę o tym
mówić… - Zamknęłam oczy.
- Proszę, powiedz –
powtórzył. – Chcemy ci tylko pomóc.
- Wiem.
Nastała cisza.
Czułam spojrzenia moich przyjaciół przewiercające mnie na wylot.
Zbierałam się w sobie przez kilka minut. W końcu postanowiłam
wszystko im wyznać.
- Gotowałam obiad –
zaczęłam. – Candelaria bawiła się w pokoju… Nagle przybiegła
do mnie, powiedziała, że Ezequiel już wrócił. Przestraszyłam
się, bo nie miałam jeszcze gotowego jedzenia… - Zatrzymałam się.
– Zaczął na mnie krzyczeć, ale z zupełnie innego powodu.
Powiedział, że jego znajomy widział nas – Spojrzałam na Marco –
w piątek w kinie. Nie chciałam się przyznać. Upierałam się, że
to nie byłam ja. Uderzył mnie, ale ja nadal kłamałam. Poszedł na
górę. Cande była u siebie… Pobiegłam za nim. Ona też nie
chciała powiedzieć mu prawdy, nie chciała mnie wydać. Chciał ją
uderzyć… Nie mogłam na to pozwolić, odepchnęłam ją i kazałam
jej uciekać. Nie gonił jej. Ale nagle wyszedł. Myślałam, że
sobie odpuścił… Chciałam wybiec z domu, ale on złapał mnie,
zanim zdążyłam zejść ze schodów. Zaczął mnie bić… To był
chyba kij od szczotki. Bolało mnie wszystko, dosłownie. Jak nigdy.
Myślałam, że nie przeżyję, że to jest już koniec… A później
zemdlałam, nie wiem co się działo dalej.
Obolałą ręką
wytarłam łzę spływającą po moim policzku.
Nigdy nie przeżyłam
czegoś takiego. To była najstraszniejsza rzecz, jaka mogła mnie w
moim beznadziejnym życiu spotkać.
- Nie wiem co
powiedzieć… - Usłyszałam głos kuzyna Natalii.
- Chyba słowa, że
nam przykro, nie są tutaj na miejscu – dodał Broduey.
- Dlaczego my
wcześniej nie zareagowaliśmy? – odezwała się Camila. –
Dlaczego dopiero teraz?
Widziałam, jak jej
mąż przytula ją do siebie i ociera łzy płynące z jej oczu.
- Francesca, dasz
sobie teraz pomóc? – Za Marco stanęła Naty. – Pozwolisz nam?
Nie odpowiedziałam.
Wpatrywałam się tylko we wszystkich po kolei.
- Mogłabyś
zamieszkać ze mną – dodał Meksykanin. – Ty i Cande. Pomógłbym
wam. Dałbym wam wszystko co najlepsze.
Znów cisza. Nie
hamowałam już płaczu. Nie potrafiłam. Wolałam dać upust swoim
emocjom.
- To jak? –
spytała Ludmiła.
Wzięłam głęboki
wdech, a po chwili znów wypuściłam powietrze z płuc.
- Nauczcie mnie żyć…
- wyszeptałam. – Pokażcie mi prawdziwe życie, proszę…
Wolnym krokiem
weszłam do kuchni. Oparłam się o futrynę drzwi.
- Pomóc ci? –
spytałam.
Marco odwrócił się
w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Jeśli chcesz –
odparł. – Wiesz, kucharzem to ja nie jestem.
- Zaraz zobaczymy –
zaśmiałam się.
Podeszłam bliżej i
wzięłam od niego łyżkę, którą trzymał w ręce, po czym
zanurzyłam go w garnku z zupą.
Zaczęłam się
krztusić. Poczułam, jak ktoś klepie mnie po plecach.
- Aż tak bardzo
źle? – jęknął.
- Przesoliłeś to
na całego. – Uśmiechnęłam się.
- No, mogłem się
spodziewać…
- Możemy zamówić
pizzę? – zaproponowałam.
- Jadasz takie
rzeczy? – zdziwił się.
- Wiesz… Nie
jadłam od kilku lat, ale chyba można wrócić do dawnych lat,
prawda?
- Oczywiście, że
można – odparł. – To ja najpierw posprzątam, a później
zadzwonię, dobrze?
- Nie, nie –
zaprzeczyłam. – Ja posprzątam, a ty idź zamów.
- Dasz sobie radę?
- Pewnie. Nie takie
rzeczy robiłam.
Obdarzył mnie
jednym z tych swoich zniewalających uśmiechów, po czym zgodził
się na moją propozycję.
Podeszłam do szafki
i zaczęłam wkładać do zmywarki wszystkie talerze, łyżki i inne
rzeczy, które Marco zdążył już pobrudzić. A nie było tego
mało.
Chwyciłam do ręki
dwie szklanki, które po chwili wyślizgnęły się z mojej dłoni i
wylądowały z brzękiem na podłodze.
Zamarłam.
Usłyszałam tupot
małych stópek. Po chwili poczułam, jak ktoś obejmuje moje nogi.
- Nie krzycz na
mamusię – poprosiła moja córeczka. – Wujku, nie bij mamusi.
- Candusia, idź do
pokoju – odezwałam się spoglądając na nią.
Mała niepewnie
pokiwała głową i wybiegła z kuchni.
Nie podnosząc
wzroku kucnęłam i zaczęłam rękami zbierać odłamki szkła.
Ktoś podszedł do
mnie.
- Wstań –
powiedział.
Zdrętwiałam.
Zamknęłam oczy i powoli podniosłam się do pionu.
Poczułam jego rękę
na moim policzku. Jednak nie było to uderzenie. Było to czułe
dotknięcie.
- Naprawdę sądzisz,
że mógłbym cię uderzyć? – spytał.
Nie odpowiedziałam.
W środku byłam pewna, że on nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
Jednak byłam już przyzwyczajona. Ezequiel nie miał skrupułów.
Ale Marco był przecież jego zupełnym przeciwieństwem…
- Nigdy nie
podniósłbym na ciebie ręki – ciągnął. – Nie zasługujesz na
to. Jesteś piękną, młodą kobietą, która nie dostała w życiu
tego, co powinna. Ofiarowano ci tylko ból, smutek i łzy. Ale teraz
wszystko się zmieni. Twoje życie będzie zupełnie inne. Twoje, i
twojej córki. Ciebie nikt nie będzie więcej poniżał, a ona nie
będzie żyła w strachu, że jej własny ojciec ją uderzy.
Z moich oczu
popłynęły gorzkie łzy. Spojrzałam na chłopaka stojącego przede
mną.
Złapał mnie za
ramiona i przyciągnął lekko do siebie. Wtuliłam się w jego tors,
starając się opanować drżenie rąk.
- Już nikt nigdy
cię nie uderzy… Obiecuję.
No i przedstawiam
wam ostatnią część Parta o Marcesce. Mam nadzieję, że jesteście
zadowoleni choć trochę, bo ja minimum takie zadowolenia odczuwam.
Chyba nie zespułam tego na maxa i da sie to jakoś przeczytać, ja
mam taką nadzieję :D
Za tydzień
pojawi się tutaj pierwsza część OP o Fedemile, mam nadzieję, że
wam się ona spodoba :)
Dobra.
LUDZIE,
OGŁASZAM KONKURS NA ONE PARTA!
Jak wyżej. W
ankiecie dziewięć osób zagłosowało, że weźmie udział, więc
mam nadzieję, że dostanę przynajmniej kilka prac xD To co, może
przedstawię wam zasady? xD
1. OP
musi być napisany przez was.
2. OP
może być opublikowany wcześniej na waszym blogu.
3. OP
może mieć dowolną długość. Możecie zapisać pół strony, a
możecie zapisać pięćdziesiąt stron, w to nie wnikam xD
4. OP
musi dotyczyć serialu. Nie musi być Studia, to nie jest konieczne.
Należy jednak zachować bohaterów :)
5. Możecie
napisać o kimkolwiek. Może być Naxi, Marcesca, Leonetta, Fedemiła,
Bromila, Semi, Cares, Pablangie, Germangie, Tomasetta cokolwiek. Para
jest dowolna, ale wcale nie musi być żadnego parringu, możecie
napisać o jednej osobie :D
6. OP
powinien mieć wątek. Nie musi, ale byłoby dobrze :D
7. Udział
w konkursie może wziąć każdy bez względu na
to, czy jest zarejestrowanym użytkownikiem, czy nie. Nie musicie
mieć własnego bloga, żeby wysłać pracę.
Konkurs
trwa od dzisiaj DO 19 STYCZNIA czyli dwa
tygodnie, mam nadzieję, że nie jest to za krótki okres czasu xD
Prace
należy wysyłać pod adres alexandracomello19@gmail.com a
w treści należy podać wasz nick, nazwę, imię czy co tam chcecie
xD
No
i oczywiście nie zapomnijcie dodać pracy w załączniku xD Ja
kiedyś tak miałam :P
Nagrody
oczywiście będą. Nie jakieś niewiadomo jakie, bo każdy wie
jak jest, ale coś postaram się wymyślić :) Przedstawię je wam
pod koniec trwania konkursu xD
Nie
bójcie się brać udziału w konkursie. Nawet jeśli uważacie, że
nie macie talentu, możecie spróbować :) To nie jest jakiś konkurs
poprawnej polszczyzny, czy ortografii, nie jesteśmy mistrzami.
Nikt
nie pisze doskonale, nawet ja xD
Spróbujcie
coś naskrobać, a może wam się spodoba i zaczniecie pisać na
poważnie? Na pewno większość z was, nie wiem, czy nie wszyscy,
chodzi do szkoły i dopiero się uczy, więc nikt nie będzie pisać
jak zawodowiec. Ja nie gryzę, nie połykam w całości, nie zjadę
po was na całej linii, bo znalazłam jakiś błąd ortograficzny czy
interpunkcyjny xD Sama nieraz robię ich aż za dużo, więc rozumiem
:)
Nie
zmuszam, ale polecam xD
Okey,
to chyba tyle xD Rozpisałam sie, ja wiem :) Jeśli jest dla was coś
niezrozumiałego, to piszcie pod spodem, w komentarzach xD
Dziękuję
za komentarze pod poprzednią częścią Parta. Znaczą one dla mnie
naprawdę bardzo dużo, bo to one dają siłę do dalszego pisania
<33333 Dziękuję dziewczynom za rozmowy na GG i ogólnie za
wszystko :)
Kocham
waaaaaaaaas :****
Widzimy
się za tydzień, mam nadzieję, że wytrzymacie xD Ja tymczasem idę
pisać mojego parta, którego będę chciała wam za tydzień
zaprezentować :D
Całujeeeeeeeeee
:***********
